Na grobie założyciela naszego Domu ktoś kiedyś napisał: „wieloletni misjonarz”, choć na misjach był niecałe cztery lata. Słyszałem też, gdy ktoś mówił: „wielodzietna rodzina”, mimo, że było w niej troje dzieci. Nie wiem skąd się biorą te „matematyczno-językowe” kłopoty. Może to chęć podkreślenia zasług? A może trzeba na nowo – o czym już kiedyś pisałem – odczytywać właściwy, dzisiejszy sens konkretnych słów. Pewnie dzisiaj, kiedy w rodzinach najczęściej bywa jedno, dwoje dzieci, każde kolejne sprawia, że moglibyśmy nazwać tę rodzinę wielodzietną. Nie wiem czy matematyka okazuje się naszą nie najmocniejszą stroną, czy może trochę manipulujemy wynikami. W naszych portfelach najczęściej widzimy mniej, niż chcielibyśmy zobaczyć. A u innych, np. sąsiadów, szczególnie tych nielubianych, więcej niż posiadają /i te podejrzenia, że pewnie dorobili się na krzywdzie innych/. W mediach podaje się jakieś kwoty, których, nawet jeśli okazują się nieprawdziwe, nikt nie prostuje lub robi to po cichu i „drobnym drukiem”. W końcu liczą się oddźwięk i emocje. Niedawno jedna Pani, publicznie przypisując Kościołowi jakieś pieniądze, stwierdziła, że kwota, którą podała jest „pewną prowokacją, ale takie dane pojawiają się w Internecie, a skoro do tej pory nikt nie przedstawiał wiarygodnych wyliczeń, to mamy prawo tak domniemywać”. Kiedyś mówiło się o oszczerstwie czy pomówieniu, dziś o prowokacji /dobrze, że nie jest ona „artystyczną prowokacją”, co można zobaczyć w niektórych galeriach, które nie szanują świętości/. Ktoś pisze o milionach, inny o miliardach, a człowiek zasypany tymi danymi nawet nie jest niekiedy w stanie wyobrazić sobie takich sum. Bo gdyby mu się to udało, to – włączając zdrowy rozsądek /każdy, o dziwo, do posiadania takowego przyznaje się / – uznałby niektóre liczby za niemożliwe lub wyssane z palca. A tak krążą te sumy, złoszczą i denerwują, zatruwają nam życie i mącą umysł. Matematyka to nauka ścisła, ale ludzie potrafią uczynić z niej narzędzie manipulacji. Szkoda, że nie może zdzielić nas w głowę jakimś odjemnikiem czy procentem. Pozostaje mi podzielić się nadchodzącą wiosną /w parku przebiśniegi, próby śpiewu ptaków i tłukący w drzewa dzięcioł/ i życzyć pomnożenia radości. Takiej wielkopostnej.
Archiwum kategorii O wszystkim
Wielość
mar 4
Rynienka
lut 25
Jadąc samochodem, usłyszałem w radiu publicznym, w programie, który ma chyba największą słyszalność, dyskusję o bakteriach. Moją uwagę przykuło sformułowanie: „rynienka do wody święconej”. Pomijam fakt, że może ktoś nie znać terminu: kropielnica. Ale nie jest to takie trudne – w dobie „Google” – znaleźć odpowiednie słowo. W końcu dziennikarka prowadzi program nawet nie ogólnopolski /przez Internet można usłyszeć go na całym świecie/. Braki w wiedzy religijnej /w tym przypadku także i historii sztuki/ widać w różnych teleturniejach. Trochę to może dziwić. Wszak społeczeństwo jest w ponad 90% katolickie /wiem, wiem, ochrzczone, a niechodzące do kościoła/, a zdecydowana większość dzieci i młodzieży korzysta z nauki religii. Niedawno na pewnym portalu rozgorzała mała dyskusja na temat braków w wiedzy religijnej. Dlaczego tak mało wiemy? Może nasze kazania nie uczą tylko pouczają, a lekcje religii służą do odrobienia lekcji z innych przedmiotów lub pogadania o wszystkim i o niczym? Zdaję sobie sprawę, że to poważne oskarżenie, ale pytania warto zadawać, skoro jest jak jest. Być może też duszpasterze i katecheci wykonują swoją pracę jak trzeba, tylko słuchacze są nieprzemakalni i oporni na wszelką naukę? Wiedza religijna to nie tylko sprawa ludzi wierzących bardziej lub mniej. Kiedyś człowiekiem kulturalnym określano kogoś, kto nie tylko mówił: „proszę, dziękuję”, czy zachowywał zasady dobrego wychowania, ale i znał się na ogólnie pojętej kulturze. Dotyczyło to wiedzy na temat: religii, sztuki, literatury, itd. I nie chodziło o jakąś szczególną wiedzę. Taki ktoś znał pewne terminy, cytaty… Dziś – to moje obserwacje – kulturalnym jest ten, kto nie przeklina. Choć głowy bym nie dał.
PS. Pominąłem rozważania o tym, że nie każda kropielnica ma kształt rynienki /tak naprawdę to mało która/. Ale chyba kiedyś wrócę do wody święconej i bakterii, bo to też ciekawy temat.
A ja wiem lepiej
lut 18
Napisano czarno na białym, że nie wolno tędy wchodzić, a jeden pan z drugim przełażą /choć można wejść innymi drzwiami jak należy/. Zwróciłem uwagę, a oni mówią, że tak jest wygodniej, że przecież nic się stało, itd. Miałem wrażenie, że traktują mnie jak faceta, który się czepia. W wielu miejscach dostrzegam, że ludzie łamią przepisy, nie zwracają uwagi na znaki i ostrzeżenia, czy prośby. Wydaje mi się, że czynią tak, bo czują się ponad te zakazy i uwagi. Wiedzą lepiej od innych co trzeba robić. Krótko mówiąc: cwaniaki. Czy warto zwracać im uwagę? Pomocą niech będą słowa św. Augustyna: „Zazwyczaj bowiem grzeszne [jest] uchylanie się od obowiązku pouczenia ich /tzn. czyniących zło/, upominania, niekiedy nawet karcenia ich i nagany; bądź dlatego, że nam się trudzić nie chce, bądź, żeby im przykrości nie sprawić, bądź wreszcie, żeby się nie narazić na ich nieprzyjaźń, przez co by nam dokuczać i szkodzić mogli w tych rzeczach doczesnych, które zdobyć pragnie chciwość nasza lub których utraty lęka się słabość nasza.” /św. Augustyn, Państwo Boże/.
A więc trzeba zwracać uwagę i uczyć od małego, że przepisy nie są po to, by je łamać, ale by ich przestrzegać. Dużą trudnością jednak jest to, że w naszym społeczeństwie ceni się cwaniaków. Mówi się o nich z pewną zazdrością, że „tacy to sobie poradzą w życiu” i „nie dadzą w kaszę dmuchać”. Można nieraz usłyszeć radę: rób tak, by cię nie złapali i nie ukarali. Stąd już niedaleko to bezhołowia i społeczeństwa bez zasad. Dziwimy się innym narodom, że u nich jest porządek. Ale to nie wynik daru z nieba, ale pracy od małego dziecka nad stosowaniem się do reguł. A człowiek uczciwy i praworządny nie jest tam pierdołą, ale przykładem do naśladowania.
Dzieci się nudzą
lut 12
Wiem, pisałem ostatnio o zabawie i dzieciach. Jednak pod wpływem impulsu postanowiłem coś jeszcze w podobnym temacie dorzucić. Powód nie jest nowy, ale ostatnio uderzył w moje uszy i zmącił umysł. Kiedyś w Kabarecie Starszych Panów można było usłyszeć piosenkę o tym, że „w czasie deszczu dzieci się nudzą”. Dodam, że nudzą się nie tylko wtedy, gdy pada deszcz /kto ma do czynienia z dziećmi ten wie/. Od wielu lat obserwuję różne grupy, które przejeżdżają z dziećmi na rekolekcje i skupienia /nie tylko do naszego domu/. Oprócz różnych kategorii grup, widzę też taką, która dzieli grupy na te, które potrafią się zająć dziećmi i te, które się nimi nie zajmują /nawet jeśli twierdzą inaczej/. Wiadomo, że dziecko nie potrafi siedzieć i słuchać konferencji czy kazania /chyba, że krótko i dla dzieci/. Nie ten język, długość wywodu, itp. A więc gdy jest „coś” dla dorosłych, trzeba w tym czasie mieć „coś” dla dzieci i „kogoś”, by się nimi zajął. Bywa, że nawet jest jakiś „ktoś”, to trudno nazwać go nawet opiekunem, skoro jest starszy od dzieci o kilka lat. Zresztą takie podejście nie jest nowe. Kiedy jeździłem na oazy w szkole średniej, uważano, że na Oazę Dzieci Bożych może jechać jakiś młody i nieopierzony, ale do starszych to już ktoś, kto potrafi. Dziś wielu myśli podobnie. A przecież właśnie do dzieci potrzeba kogoś z doświadczeniem /co już nie takie rzeczy widział i potrafi przewidzieć co się może stać – choć i tu trzeba być otwartym na pomysłowość maluchów/. Dzieciak, który opiekuje się dziećmi, to trochę by rzec biblijnie – jakby niewidomy prowadził niewidomego. Kiedyś taki małoletni wychowawca w naszej auli, opiekując się garstką dzieci, rzucił piłkę /taką do piłki nożnej/, siadł na stole i patrzył jak maluchy strzelają na bramkę, którą były duże drzwi. Pomijam poobijane ściany, ale gdyby ktoś wpadł na jakiś mebel /a było ich trochę porozsuwanych po bokach/, ścianę czy strącił lampę, byłoby dużo płaczu, a może nawet telefon po karetkę. Ale taki młodzian nie wyobrażał sobie tego, a pewnie też nie znał zbyt wielu zabaw /a może był fanem piłki nożnej?/. Żeby zająć się sensownie dziećmi trzeba mieć, oprócz zdolności, trochę doświadczenia. I twierdzę, że łatwiej poprowadzić dorosłych, aniżeli dzieci. Owszem, można nieraz dać kredki i kazać malować. Z reguły dzieci to lubią, ale nie wszystkie i nie zawsze. Wolny czas dorośli sobie jakoś zorganizują, a dzieci raczej nie. Może nie będą siedzieć cicho w kącie, tylko wymyślą np. wyścigi po korytarzach, krzycząc wniebogłosy. Zabawa przednia, o ile się w niej uczestniczy. Bierni obserwatorzy, a raczej słuchacze, mają – krótko i potocznie mówiąc – przechlapane. Wiem, dzieci mają energię i muszę ją gdzieś wyładować /dodam, że jeśli w pokoju dzieci jest cicho, to może znak, że są chore lub coś zbroiły/. Właśnie wychowawcy są po to, by tym dziecięcym żywiołem mądrze pokierować. Wiem, że to możliwe, bo widziałem na własne oczy.
PS. Słyszałem kiedyś, że dzieci dzielą się na czyste i szczęśliwe. Piękne i jakże prawdziwe.
Ciepło – zimno
lut 5
Pewnie wielu zna grę ciepło-zimno. Przypomnę, że polega ona na szukaniu schowanego przedmiotu. Osoba, która schowała ową rzecz podpowiada: ciepło lub zimno /w zależności od tego, jak blisko-daleko są poszukiwania od miejsca, gdzie ukryty jest ów przedmiot/. Przypomniała mi się ta gra nie tylko z powodu większych mrozów, które nadeszły /nomen-omen: ze wschodu/. Nie ogłoszę niczego nowego, gdy stwierdzę, że człowiek najczęściej ciągle czegoś w życiu szuka. Jedni szczęścia, inni miłości lub pieniędzy. Pragnienia są różne, bo i każdy człowiek jest inny. Chciałbym jednak w tym tekście podkreślić jak wielką rolę odgrywają ci, którzy towarzyszą nam w szukaniu owych rzeczy. Bywa, że najpierw budzą w nas pożądliwość tego czy owego /normalnie nie byłoby nam to potrzebne/. A potem na różne sposoby są z nami w poszukiwaniach, wiodąc nieraz przez manowce lub wyprowadzając w pole. Nie jest to uczciwa gra, ale nie na darmo ktoś zauważył, że człowiek jest homo ludens i życie jest zabawą. Machnąłbym ręką na dorosłych, którzy mają /albo powinni mieć/ swój rozum i sami decydują czego i w jaki sposób będą szukać w życiu. Gorzej jest z dziećmi, które z natury lubią się bawić. One wybierają to, co im dorośli podsuną /jeśli ktoś ze starszych nie pamięta w co się bawił, na rynku księgarskim jest mnóstwo dobrych i mądrych zabaw i gier/. Bywa, że tzw. wychowawcy /piszę tak, bo trudno nazwać kogoś, kto jest tylko stróżem, a winien być kimś więcej/ niczego nie proponując, dają szansę innym. Czynią to nieraz w imię: niech dziecko samo wybierze, co ja mu będę narzucał, szanuję jego wolność. Choć pod pozorem owego nowoczesnego /słowo magiczne, używane na określenie wszystkiego, co jest w moim mniemaniu dobre/ i bezstresowego wychowania kryje się nieraz lenistwo i niechęć do wysiłku. Kiedy oddamy pole innym, to możemy być pewni, że zaraz znajdą się ci, którzy pomogą szukać /a najpierw wzbudzą pożądliwość/ rzeczy, które zazwyczaj nie są potrzebne, a bywa, że i złe. W tym podpowiadaniu zabaw i towarzyszeniu w ich realizacji przewagę mają rodzice /muszę w to jednak uwierzyć/, bo to oni są autorytetem dla dzieci i osobami godnymi zaufania.
Myślę, że dziecko uczy się ciepła nie tylko przez kontakt z kaloryferem, ale przede wszystkim z ciepłem bijącym od bliskich. Oby ciepło kojarzyło się z rodziną i domem, a zimno z miejscem wygnania, które mrozi nasze złe pragnienia.
Stać nas?
sty 29
Ile w człowieku niekonsekwencji? Z jednej strony krzyczy, że ta energia tak droga, paliwo, woda, itd. A z drugiej: nie gasi niepotrzebnie świecących się żarówek, nie wyłącza nieużywanych urządzeń i leje bez opamiętania wodę /w mowie też jest to marnotrawstwem/. I jeszcze te podróże autem do oddalonego o 200 m sklepu. Pewnie jest to zrozumiałe, gdy trzeba zrobić „porządne zakupy” i można by, dźwigając te siaty, uszkodzić sobie np. kręgosłup. Niestety – widać to często gołym okiem – nie potrafimy rozumnie gospodarować dobrami. W naszej narodowej tradycji i całej historii słychać nierzadko: „zastaw się, a postaw się”. W PRL-u, kiedy „wszystko było wspólne”, rozumiano, że jest niczyje. I wiele rzeczy się marnowało. Trzeba było przynosić makulaturę, żeby mieć dobrą ocenę ze sprawowania w szkole. A potem widziało się jak owa makulatura wala się z kąta w kąt, nikomu niepotrzebna. A przy okazji można było zobaczyć jak marnuje się mnóstwo papieru zbyteczne ulotki czy zarządzenia i raporty. Minęło trochę czasu i my – tak słychać – posunęliśmy się w rozwoju cywilizacyjnym. Jesteśmy wielu rzeczy świadomi, czyli można by mniemać, że nasze szare komórki lepiej pracują. Może i wydajniej, ale czy to tylko przetwarzanie danych? Gdzie ta mądrość? Dziś nieraz słyszę: stać nas! I mam wrażenie, że to „mówi” jakaś przekorna duma do bogatszego od nas przeciwnika /który przy okazji chce nas upokorzyć/. Ale czy rzeczywiście mamy tyle? A nawet gdyby, to gdzie to rozumne zarządzanie, myślenie o przyszłości, o innych, itd. Wyrzucamy pieniądze w błoto, a potem jęczymy, że takie ciężkie życie. Oczywiście to nie dotyczy wszystkich, bo problem – jak to często bywa – jest złożony. Ale niekonsekwencja w zarządzaniu dobrami jest widoczna w wielu miejscach. Zawsze przykład idzie z góry: skoro oni tak robią, to po co ja mam robić inaczej? Najgorzej mają dzieci, bo „czym skorupka za młodu nasiąknie…”. A od kogo tu się uczyć? Dziś często dzieci zbierają makulaturę, plastikowe butelki, ale raczej dociera do nich, by nie śmiecić, a nie by mądrze gospodarzyć. Oby mądrość nie była towarem deficytowym, a jej pragnienie udziałem każdego człowieka.
PS. Znowu sobie ponarzekałem. A tu słońce świeci. Tylko dlaczego taki mróz…?
Łatki
sty 21
Kiedyś kojarzyły mi się z naprawą dętki albo przecierającym się na łokciach swetrem. W pierwszym przypadku ratowały komuś przyjemność z poruszania się kołowym pojazdem. W drugim mogły przedłużyć życie zniszczonej odzieży, a nawet nieraz podkreślić walory sweterka. Dziś częściej słychać o łatkach przyczepianych ludziom, za którymi się nie przepada. Są świetnym narzędziem do wykluczania innych z różnych społeczności. Można by rzec, że taka łatka to często/choć nie zawsze/ potwarz, pomówienie czy oszczerstwo /nie mamy chyba wątpliwości co do oceny moralnej takich zachowań/, ale jak ładnie i niewinnie brzmi. Oznaczamy nią innych, klasyfikujemy, a potem wrzucamy do takiej czy innej grupy. Najczęściej do tej nielubianej przez nas. I mamy takiego kogoś „z głowy”. Łatka zazwyczaj utrudnia, a nawet uniemożliwia prowadzenie rozmowy czy dyskusji. Przecież wiemy czego możemy się spodziewać, a więc po co słuchać, ważyć argumenty, wspólnie szukać rozwiązań… Pewnie dużo o człowieku mówi to co dana osoba czyta, czego słucha, jakie stacje telewizyjne ogląda, ale to nie oznacza, że nie można z nią pogadać. Owszem, może to być stratą czasu, kiedy obie strony tylko mówią, a nie chcą się słuchać, ale to materiał na inne rozważania.
Bywa, że przypięta łatka dobrze się trzyma i nawet jeśli ktoś próbuje ją odczepić, to nie jest to takie łatwe i proste.
Adekwatność
sty 15
Niedawno zobaczyłem w sieci fragment koncertu noworocznego z pewnego Domu Kultury. Czas świąteczny, no więc „na tapecie” kolędy. Zespół /w nazwie „band” – pewnie, żeby nie było wątpliwości/ i chór „aniołów” /taka charakteryzacja/ z liceum wyśpiewywały piękną kolędę „Cicha noc”. Niestety, w wykonaniu tych artystów, trudno było uwierzyć, że ta noc była „cicha”. Kolęda została przekształcona /przepraszam za eufemizm/ w dynamiczną, skoczną i głośną piosenkę. Na dodatek niemłoda /sorry, kobietom się lat nie wytyka/ wokalistka w krótkiej spódniczce dodawała swoje próby jodłowania. Czyli głośno i z przytupem, choć tekst zapraszał do ciszy i refleksji. Rozumiem, że dziś próbuje się kolędy zaśpiewać na nowo i są różne ich interpretacje. Każdy ma prawo zaaranżować coś znanego i pokazać to w nowej, często zaskakującej szacie. Ale, by to miało ręce i nogi, trzeba wczytać się w tekst i spróbować zrobić coś, co tworzyłoby jakąś harmonię tekstu z muzyką. No, chyba, że chodzi o szok i awangardę /dziś to modne i nadaje się do publikacji w mediach/. Słyszałem wiele kolęd w ciekawych aranżacjach, w stylach i rytmach dalekich od miejsc, w których rodziły się owe kolędy, np. „Tryumfy Króla Niebieskiego” w stylu reggae. Ale one najczęściej oddawały ducha tekstu i współbrzmiąc tworzyły właściwy klimat. Te moje uwagi nie dotyczą tylko kolęd /choć ta konkretna interpretacja „Cichej nocy” była impulsem do skreślenia tych kilku słów/. Nierzadko spotkamy się z sytuacją, w której jakiś tekst, muzyka, ruch, scenografia nie pasują do całości. Być może wynika to z braku szacunku do całości lub chęci pokazania za wszelką cenę czegoś, co potrafimy /może tak było z tym „jodłowaniem?/. A może jest tylko wynikiem niedbalstwa czy niezrozumienia. Nie wystarczy tylko powiązać fakty: skoro „Cicha noc” powstała w Austrii, to trzeba jodłować.
Hej, kolęda!
sty 8
O „kolędzie”, czyli wizycie duszpasterskiej, napisano wiele. Temat nośny, bo aktualny i wzbudza emocje. Widać to np. po komentarzach w sieci. Można to i owo usłyszeć na ulicy. Jedni bronią „kolędy” i piszą, że jest to okazja do rozmowy ze swoim duszpasterzem. Inni mówią: to zbiórka pieniędzy, ksiądz wpada po „kopertę”, bo na więcej nie ma czasu. Oczywiście owe głosy są uzależnione od wielu czynników. Na wsi będzie inaczej niż w mieście. Oceny „kolędy” zależą od zachowania konkretnych księży: jedni się starają, inni nie. Nie bez znaczenia będzie też zaangażowanie w życie kościoła tych, którzy oceniają. Osobiście cieszę się, że nie muszę chodzić „po kolędzie”. W pierwszym roku kapłaństwa „kolędowałem” w 10 tys. parafii w dużym mieście. Było nas dwóch /proboszcz i ja/, a przez kilka dni pomagał „wynajęty” trzeci ksiądz. Prawie nikogo się nie znało, miało się poczucie, że ludzie wieczorem chcą iść spać, a wielu po prostu nie wie o kolędzie, bo parafia istnieje od roku i jest tylko prowizoryczna kaplica. Jak do tego dołożymy, że pewna grupa mieszkańców nie chciała parafii, to mamy obraz niewesołej wędrówki. Ale był zapał i konieczność /byłem „wypożyczonym” księdzem zakonnym, który pracował w parafii diecezjalnej/. W innej parafii nieraz słyszałem podczas kolędy: „o! mamy nowego księdza”, choć tam byłem od trzech lat. Nauczyłem się też odmawiać proponowanej „na wejście” kawy czy herbaty w domach, gdzie nie znałem – przynajmniej z widzenia – ludzi. Zanim stałem się asertywny, najczęściej po kilku minutach okazywało się, że propozycja była „z grzeczności”, a ludzie tak naprawdę nie chcą rozmawiać z księdzem, bo i o czym? Ale… woda musi się zagotować /wrzątku nie wypiję/, a więc siedzę i kombinuję, by nie było niemiło. W czasie kolędy zdarzało się wiele ciekawych spotkań z ludźmi, których znałem z kościoła, i takich, w czasie których trzeba było robić dobrą minę. Zawsze doskwierała mi myśl, że nie wszyscy może chcą tej wizyty, ale nie wypada im odmówić. I te ilości poznanych szybko ludzi, którzy zacierali się i mieszali w pamięci. Inaczej chodziło się po wsi /z kolegą zastępowaliśmy umierającego na raka młodego proboszcza/. Ważne było, że ludzie nas znają z kościoła.
Kiedy słyszę pytanie: czy kolęda jest potrzebna?, odpowiadam: to zależy. Trzeba by zastanowić się o co nam chodzi w tej wizycie duszpasterskiej i potem dostosować do niej warunki. Bo trudno mówić o okazji do porozmawiania z duszpasterzem, poznania się, kiedy on ma kilka minut albo jest zmęczony tym „ciągłym poznawaniem” /np. gdy jednego dnia jest do odwiedzenia 30 czy 40 mieszkań/. Kiedy nie ma ochoty na spotkanie /czy to ze strony duszpasterza, czy odwiedzanych parafian/, to ono nie może się udać. A jeśli przyjmiemy, że jest to święcenie mieszkań i zbiórka pieniędzy, to powiedzmy to jasno. W takim wypadku kolęda „pójdzie migiem”. Potem tylko to trzeba by wszystko rozliczyć i podać do wiadomości. Transparentność – dziś ważne słowo. Kolęda ma tradycję, ale wypadałoby ją dziś dobrze zaadaptować do warunków.
Petarda
sty 1
Nie przepadam za sztucznymi ogniami. Z reguły raczej więcej robią huku niż jakiegoś wrażenia estetycznego /te różne spadające kule, różnobarwne pióropusze, itp./. Domyślam się, że najtańsze są petardy, a za „pokazy iluminacji” trzeba słono zapłacić. Stąd więcej wybuchów niż okazji do podziwiania pirotechnicznych fajerwerków. Wydaje mi się, że z roku na rok coraz więcej huku w okolicach Sylwestra. Z ekonomicznego punktu widzenia kupowanie hałasu nie ma większego sensu, ale ktoś może zauważyć, że to przecież rozrywka i nie wypada zaglądać do cudzej kieszeni. W końcu trzeba niekiedy się rozerwać. I to zdarza się, że dosłownie. Umiłowanie huku ostatnio skojarzało mi się z wybuchami bomb i ostrzałem artyleryjskim. Nie miałem – na szczęście –jakichkolwiek wojennych czy terrorystycznych przeżyć. Nie jest żadną tajemnicą, że we wszelkich działaniach pirotechnicznych prym wiodą mężczyźni. Może, gdyby się wyszaleli na jakimś poligonie, oszczędziliby innym tego hałasu? Ciekawe, że zwierzęta nie cierpią Sylwestrowej nocy. Właśnie z powodu huku. Ktoś powie, że gdyby ktoś im wytłumaczył, że ten hałas nic złego im ni zrobi, to może polubiły go. Ale instynkt podpowiada im niebezpieczeństwo i konieczność ucieczki. Może warto by było się zastanowić, czy czasami swoim nielubieniem petard nie podpowiadają nam, ludziom, że hałas niszczy. W końcu Pan Bóg zwierzęta stworzył przed nami. Może wiedzą więcej? Instynktownie.
PS. A może ten hałas ma zagłuszyć cały nasz niepokój?