Jadąc samochodem, usłyszałem w radiu publicznym, w programie, który ma chyba największą słyszalność, dyskusję o bakteriach. Moją uwagę przykuło sformułowanie: „rynienka do wody święconej”. Pomijam fakt, że może ktoś nie znać terminu: kropielnica. Ale nie jest to takie trudne – w dobie „Google” – znaleźć odpowiednie słowo. W końcu dziennikarka prowadzi program nawet nie ogólnopolski /przez Internet można usłyszeć go na całym świecie/. Braki w wiedzy religijnej /w tym przypadku także i historii sztuki/ widać w różnych teleturniejach. Trochę to może dziwić. Wszak społeczeństwo jest w ponad 90% katolickie /wiem, wiem, ochrzczone, a niechodzące do kościoła/, a zdecydowana większość dzieci i młodzieży korzysta z nauki religii. Niedawno na pewnym portalu rozgorzała mała dyskusja na temat braków w wiedzy religijnej. Dlaczego tak mało wiemy? Może nasze kazania nie uczą tylko pouczają, a lekcje religii służą do odrobienia lekcji z innych przedmiotów lub pogadania o wszystkim i o niczym? Zdaję sobie sprawę, że to poważne oskarżenie, ale pytania warto zadawać, skoro jest jak jest. Być może też duszpasterze i katecheci wykonują swoją pracę jak trzeba, tylko słuchacze są nieprzemakalni i oporni na wszelką naukę? Wiedza religijna to nie tylko sprawa ludzi wierzących bardziej lub mniej. Kiedyś człowiekiem kulturalnym określano kogoś, kto nie tylko mówił: „proszę, dziękuję”, czy zachowywał zasady dobrego wychowania, ale i znał się na ogólnie pojętej kulturze. Dotyczyło to wiedzy na temat: religii, sztuki, literatury, itd. I nie chodziło o jakąś szczególną wiedzę. Taki ktoś znał pewne terminy, cytaty… Dziś – to moje obserwacje – kulturalnym jest ten, kto nie przeklina. Choć głowy bym nie dał.
PS. Pominąłem rozważania o tym, że nie każda kropielnica ma kształt rynienki /tak naprawdę to mało która/. Ale chyba kiedyś wrócę do wody święconej i bakterii, bo to też ciekawy temat.
Archiwum - Luty, 2012
Rynienka
lut 25
A ja wiem lepiej
lut 18
Napisano czarno na białym, że nie wolno tędy wchodzić, a jeden pan z drugim przełażą /choć można wejść innymi drzwiami jak należy/. Zwróciłem uwagę, a oni mówią, że tak jest wygodniej, że przecież nic się stało, itd. Miałem wrażenie, że traktują mnie jak faceta, który się czepia. W wielu miejscach dostrzegam, że ludzie łamią przepisy, nie zwracają uwagi na znaki i ostrzeżenia, czy prośby. Wydaje mi się, że czynią tak, bo czują się ponad te zakazy i uwagi. Wiedzą lepiej od innych co trzeba robić. Krótko mówiąc: cwaniaki. Czy warto zwracać im uwagę? Pomocą niech będą słowa św. Augustyna: „Zazwyczaj bowiem grzeszne [jest] uchylanie się od obowiązku pouczenia ich /tzn. czyniących zło/, upominania, niekiedy nawet karcenia ich i nagany; bądź dlatego, że nam się trudzić nie chce, bądź, żeby im przykrości nie sprawić, bądź wreszcie, żeby się nie narazić na ich nieprzyjaźń, przez co by nam dokuczać i szkodzić mogli w tych rzeczach doczesnych, które zdobyć pragnie chciwość nasza lub których utraty lęka się słabość nasza.” /św. Augustyn, Państwo Boże/.
A więc trzeba zwracać uwagę i uczyć od małego, że przepisy nie są po to, by je łamać, ale by ich przestrzegać. Dużą trudnością jednak jest to, że w naszym społeczeństwie ceni się cwaniaków. Mówi się o nich z pewną zazdrością, że „tacy to sobie poradzą w życiu” i „nie dadzą w kaszę dmuchać”. Można nieraz usłyszeć radę: rób tak, by cię nie złapali i nie ukarali. Stąd już niedaleko to bezhołowia i społeczeństwa bez zasad. Dziwimy się innym narodom, że u nich jest porządek. Ale to nie wynik daru z nieba, ale pracy od małego dziecka nad stosowaniem się do reguł. A człowiek uczciwy i praworządny nie jest tam pierdołą, ale przykładem do naśladowania.
Dzieci się nudzą
lut 12
Wiem, pisałem ostatnio o zabawie i dzieciach. Jednak pod wpływem impulsu postanowiłem coś jeszcze w podobnym temacie dorzucić. Powód nie jest nowy, ale ostatnio uderzył w moje uszy i zmącił umysł. Kiedyś w Kabarecie Starszych Panów można było usłyszeć piosenkę o tym, że „w czasie deszczu dzieci się nudzą”. Dodam, że nudzą się nie tylko wtedy, gdy pada deszcz /kto ma do czynienia z dziećmi ten wie/. Od wielu lat obserwuję różne grupy, które przejeżdżają z dziećmi na rekolekcje i skupienia /nie tylko do naszego domu/. Oprócz różnych kategorii grup, widzę też taką, która dzieli grupy na te, które potrafią się zająć dziećmi i te, które się nimi nie zajmują /nawet jeśli twierdzą inaczej/. Wiadomo, że dziecko nie potrafi siedzieć i słuchać konferencji czy kazania /chyba, że krótko i dla dzieci/. Nie ten język, długość wywodu, itp. A więc gdy jest „coś” dla dorosłych, trzeba w tym czasie mieć „coś” dla dzieci i „kogoś”, by się nimi zajął. Bywa, że nawet jest jakiś „ktoś”, to trudno nazwać go nawet opiekunem, skoro jest starszy od dzieci o kilka lat. Zresztą takie podejście nie jest nowe. Kiedy jeździłem na oazy w szkole średniej, uważano, że na Oazę Dzieci Bożych może jechać jakiś młody i nieopierzony, ale do starszych to już ktoś, kto potrafi. Dziś wielu myśli podobnie. A przecież właśnie do dzieci potrzeba kogoś z doświadczeniem /co już nie takie rzeczy widział i potrafi przewidzieć co się może stać – choć i tu trzeba być otwartym na pomysłowość maluchów/. Dzieciak, który opiekuje się dziećmi, to trochę by rzec biblijnie – jakby niewidomy prowadził niewidomego. Kiedyś taki małoletni wychowawca w naszej auli, opiekując się garstką dzieci, rzucił piłkę /taką do piłki nożnej/, siadł na stole i patrzył jak maluchy strzelają na bramkę, którą były duże drzwi. Pomijam poobijane ściany, ale gdyby ktoś wpadł na jakiś mebel /a było ich trochę porozsuwanych po bokach/, ścianę czy strącił lampę, byłoby dużo płaczu, a może nawet telefon po karetkę. Ale taki młodzian nie wyobrażał sobie tego, a pewnie też nie znał zbyt wielu zabaw /a może był fanem piłki nożnej?/. Żeby zająć się sensownie dziećmi trzeba mieć, oprócz zdolności, trochę doświadczenia. I twierdzę, że łatwiej poprowadzić dorosłych, aniżeli dzieci. Owszem, można nieraz dać kredki i kazać malować. Z reguły dzieci to lubią, ale nie wszystkie i nie zawsze. Wolny czas dorośli sobie jakoś zorganizują, a dzieci raczej nie. Może nie będą siedzieć cicho w kącie, tylko wymyślą np. wyścigi po korytarzach, krzycząc wniebogłosy. Zabawa przednia, o ile się w niej uczestniczy. Bierni obserwatorzy, a raczej słuchacze, mają – krótko i potocznie mówiąc – przechlapane. Wiem, dzieci mają energię i muszę ją gdzieś wyładować /dodam, że jeśli w pokoju dzieci jest cicho, to może znak, że są chore lub coś zbroiły/. Właśnie wychowawcy są po to, by tym dziecięcym żywiołem mądrze pokierować. Wiem, że to możliwe, bo widziałem na własne oczy.
PS. Słyszałem kiedyś, że dzieci dzielą się na czyste i szczęśliwe. Piękne i jakże prawdziwe.
Ciepło – zimno
lut 5
Pewnie wielu zna grę ciepło-zimno. Przypomnę, że polega ona na szukaniu schowanego przedmiotu. Osoba, która schowała ową rzecz podpowiada: ciepło lub zimno /w zależności od tego, jak blisko-daleko są poszukiwania od miejsca, gdzie ukryty jest ów przedmiot/. Przypomniała mi się ta gra nie tylko z powodu większych mrozów, które nadeszły /nomen-omen: ze wschodu/. Nie ogłoszę niczego nowego, gdy stwierdzę, że człowiek najczęściej ciągle czegoś w życiu szuka. Jedni szczęścia, inni miłości lub pieniędzy. Pragnienia są różne, bo i każdy człowiek jest inny. Chciałbym jednak w tym tekście podkreślić jak wielką rolę odgrywają ci, którzy towarzyszą nam w szukaniu owych rzeczy. Bywa, że najpierw budzą w nas pożądliwość tego czy owego /normalnie nie byłoby nam to potrzebne/. A potem na różne sposoby są z nami w poszukiwaniach, wiodąc nieraz przez manowce lub wyprowadzając w pole. Nie jest to uczciwa gra, ale nie na darmo ktoś zauważył, że człowiek jest homo ludens i życie jest zabawą. Machnąłbym ręką na dorosłych, którzy mają /albo powinni mieć/ swój rozum i sami decydują czego i w jaki sposób będą szukać w życiu. Gorzej jest z dziećmi, które z natury lubią się bawić. One wybierają to, co im dorośli podsuną /jeśli ktoś ze starszych nie pamięta w co się bawił, na rynku księgarskim jest mnóstwo dobrych i mądrych zabaw i gier/. Bywa, że tzw. wychowawcy /piszę tak, bo trudno nazwać kogoś, kto jest tylko stróżem, a winien być kimś więcej/ niczego nie proponując, dają szansę innym. Czynią to nieraz w imię: niech dziecko samo wybierze, co ja mu będę narzucał, szanuję jego wolność. Choć pod pozorem owego nowoczesnego /słowo magiczne, używane na określenie wszystkiego, co jest w moim mniemaniu dobre/ i bezstresowego wychowania kryje się nieraz lenistwo i niechęć do wysiłku. Kiedy oddamy pole innym, to możemy być pewni, że zaraz znajdą się ci, którzy pomogą szukać /a najpierw wzbudzą pożądliwość/ rzeczy, które zazwyczaj nie są potrzebne, a bywa, że i złe. W tym podpowiadaniu zabaw i towarzyszeniu w ich realizacji przewagę mają rodzice /muszę w to jednak uwierzyć/, bo to oni są autorytetem dla dzieci i osobami godnymi zaufania.
Myślę, że dziecko uczy się ciepła nie tylko przez kontakt z kaloryferem, ale przede wszystkim z ciepłem bijącym od bliskich. Oby ciepło kojarzyło się z rodziną i domem, a zimno z miejscem wygnania, które mrozi nasze złe pragnienia.