Nie przepadam za sztucznymi ogniami. Z reguły raczej więcej robią huku niż jakiegoś wrażenia estetycznego /te różne spadające kule, różnobarwne pióropusze, itp./. Domyślam się, że najtańsze są petardy, a za „pokazy iluminacji” trzeba słono zapłacić. Stąd więcej wybuchów niż okazji do podziwiania pirotechnicznych fajerwerków. Wydaje mi się, że z roku na rok coraz więcej huku w okolicach Sylwestra. Z ekonomicznego punktu widzenia kupowanie hałasu nie ma większego sensu, ale ktoś może zauważyć, że to przecież rozrywka i nie wypada zaglądać do cudzej kieszeni. W końcu trzeba niekiedy się rozerwać. I to zdarza się, że dosłownie. Umiłowanie huku ostatnio skojarzało mi się z wybuchami bomb i ostrzałem artyleryjskim. Nie miałem – na szczęście –jakichkolwiek wojennych czy terrorystycznych przeżyć. Nie jest żadną tajemnicą, że we wszelkich działaniach pirotechnicznych prym wiodą mężczyźni. Może, gdyby się wyszaleli na jakimś poligonie, oszczędziliby innym tego hałasu? Ciekawe, że zwierzęta nie cierpią Sylwestrowej nocy. Właśnie z powodu huku. Ktoś powie, że gdyby ktoś im wytłumaczył, że ten hałas nic złego im ni zrobi, to może polubiły go. Ale instynkt podpowiada im niebezpieczeństwo i konieczność ucieczki. Może warto by było się zastanowić, czy czasami swoim nielubieniem petard nie podpowiadają nam, ludziom, że hałas niszczy. W końcu Pan Bóg zwierzęta stworzył przed nami. Może wiedzą więcej? Instynktownie.
PS. A może ten hałas ma zagłuszyć cały nasz niepokój?