Niedawno zobaczyłem w sieci fragment koncertu noworocznego z pewnego Domu Kultury. Czas świąteczny, no więc „na tapecie” kolędy. Zespół /w nazwie „band” – pewnie, żeby nie było wątpliwości/ i chór „aniołów” /taka charakteryzacja/ z liceum wyśpiewywały piękną kolędę „Cicha noc”. Niestety, w wykonaniu tych artystów, trudno było uwierzyć, że ta noc była „cicha”. Kolęda została przekształcona /przepraszam za eufemizm/ w dynamiczną, skoczną i głośną piosenkę. Na dodatek niemłoda /sorry, kobietom się lat nie wytyka/ wokalistka w krótkiej spódniczce dodawała swoje próby jodłowania. Czyli głośno i z przytupem, choć tekst zapraszał do ciszy i refleksji. Rozumiem, że dziś próbuje się kolędy zaśpiewać na nowo i są różne ich interpretacje. Każdy ma prawo zaaranżować coś znanego i pokazać to w nowej, często zaskakującej szacie. Ale, by to miało ręce i nogi, trzeba wczytać się w tekst i spróbować zrobić coś, co tworzyłoby jakąś harmonię tekstu z muzyką. No, chyba, że chodzi o szok i awangardę /dziś to modne i nadaje się do publikacji w mediach/. Słyszałem wiele kolęd w ciekawych aranżacjach, w stylach i rytmach dalekich od miejsc, w których rodziły się owe kolędy, np. „Tryumfy Króla Niebieskiego” w stylu reggae. Ale one najczęściej oddawały ducha tekstu i współbrzmiąc tworzyły właściwy klimat. Te moje uwagi nie dotyczą tylko kolęd /choć ta konkretna interpretacja „Cichej nocy” była impulsem do skreślenia tych kilku słów/. Nierzadko spotkamy się z sytuacją, w której jakiś tekst, muzyka, ruch, scenografia nie pasują do całości. Być może wynika to z braku szacunku do całości lub chęci pokazania za wszelką cenę czegoś, co potrafimy /może tak było z tym „jodłowaniem?/. A może jest tylko wynikiem niedbalstwa czy niezrozumienia. Nie wystarczy tylko powiązać fakty: skoro „Cicha noc” powstała w Austrii, to trzeba jodłować.