Coś takiego obowiązywało w naszym Seminarium Duchownym w czasach, kiedy w nim się uczyłem. Wynikało to – jak się domyślam – z faktu, że kleryków było ponad 160, a ksiądz prefekt – jeden. A to on był wychowawcą i pozwalał na to czy owo. A kiedy go nie było albo nie można było się z nim skontaktować /telefony komórkowe jeszcze nie istniały/, to wtedy korzystało się z pozwolenia domyślnego. Zakładało się, że „sprawa” jest ważna i dobra i pewnie prefekt by pozwolił. Ale skoro nie można było pogadać o tym z prefektem wcześniej, należało o tym porozmawiać później. Pewnie były przy tej „opcji” załatwiania spraw różne nadużycia, bo człowiek potrafi sobie radzić. No, choćby wystarczyło poczekać z jakąś sprawą do pewnej nieobecności wychowawcy, a potem zapomnieć o wszystkim. Były też i sytuacje, gdy komuś się wydawało, że „na to” prefekt pozwoli.
Przypominam sobie o tym „pozwoleniu domyślnym”, kiedy ktoś robi coś, co wymagałoby mojej zgody, a przynajmniej rozmowy. Jako przełożony dużego domu i sporych – jak na tutejsze warunki – terenów, niekiedy spotykam się z brakiem poszanowania woli właścicieli. Nie chodzi mi tu o poczucie własnej wartości czy uświadamianiem innym kto tu rządzi. Chodzi mi o porządek i dobre obyczaje. Ktoś powiesił sobie na naszym ogrodzeniu ogłoszenie, ktoś inny wywalił gruz na naszej posesji /ukształtowanie terenu i zadrzewienie uniemożliwia obserwację/, bo chce poszerzyć drogę. To tylko wydarzenia z ostatnich tygodni. Ale gdybym prowadził precyzyjny zapis, byłoby tego więcej. A są pewnie i takie sprawy, których nie zauważyłem. Nie wiem skąd się bierze taka samowola, bo tak trzeba to nazwać. Czy to wychowanie, obecny w nas „homo sovieticus” /wszystko wspólne, a prawo nijakie/, a może coś innego. Pamiętam, gdy byłem w poprzednim domu, jedna z sąsiadek wyrzucała w róg naszej posesji śmieci. Po swojej stronie miała śmietnik i dzieliła się z nami /choć nie mieliśmy na to ochoty, bo śmieci były w pojemnikach regularnie wywożone/. Mimo, że co roku sprzątaliśmy ten kąt do czysta, po jakimś czasie śmieci pojawiały się na nowo. Owszem, można by zadzwonić na policję czy straż miejską i zgłosić. Ale chyba nie o to chodzi, by w takie sprawy angażować stróżów prawa. To powinno wynikać z naszej kultury. Sama znikła, czy ktoś jej w tym pomógł?