Jak do nieba

Ostatnio na lekcji religii /edukacja wczesnoszkolna/ zastanawialiśmy się co trzeba robić, by dostać się do nieba. Najczęściej można było usłyszeć: być grzecznym. Ale dość szybko usłyszałem coś milszego moim uszom: trzeba kochać Pana Boga. No właśnie. Co jest ważniejsze? A może: co jest pierwsze? Wiara czy uczynki? Zdaję sobie sprawę, że temat stary jak świat chrześcijański. A bywało w historii, że mocno on rozgrzewał dyskusje uczniów Chrystusa. Zbawienie dokonuje się przez wiarę i to jest streszczenie całej Ewangelii, tej Dobrej Nowiny. Niemniej wiara bez uczynków jest martwa, jak czytamy w Liście św. Jakuba. To co mnie niepokoi i nieraz zasmuca to sprowadzanie chrześcijaństwa do dobrego zachowania. Bycie „wierzącym” /już w tym miejscu słychać, że coś nie pasuje/ to bycie człowiekiem przyzwoitym, który ma na swoim koncie dobre uczynki. W konsekwencji Kościół powinien realizować się przez działalność społeczną na rzecz bliźnich. Upraszczam, ale tak często można to usłyszeć nie tylko w kręgach niekatolickich. Może dlatego, że dekalog staje się ważniejszy niż wyznanie wiary. Dzieje się to już na etapie wychowania. Ale czy też wychowania chrześcijańskiego? To znaczy takiego, które prowadzi nas do czynienia dobra ze względu na Boga, na Jego miłość do nas i naszą do Niego. Może trzeba często powtarzać dzieciom: „Jesteś zawsze kochany przez Boga. On dla Ciebie zrobi wszystko, bo umarł z miłości do Ciebie. Jeśli robisz coś złego, to swoim złym postępowaniem zasmucasz Tego, który Cię kocha. I sam odsuwasz się od Niego i nieba.” Odnoszę wrażenie – poparte różnymi głosami – że może i mamy niezłą katechezę /głównie chodzi o ilość podręczników, godzin lekcji religii, ludzi zaangażowanych/, ale szwankuje ewangelizacja. Wielu wie jak postępować, ale w zmaganiu się z życiem /realizacją dobrych uczynków/ nie korzysta z tego co ma za darmo, z łaski pochodzącej z miłości Boga. „Uwierz w Pana Jezusa – powiedział św. Paweł strażnikowi – a będziesz zbawiony ty i twój dom”. To jest pierwsze, a wszystko inne ma z niego wypływać.

Czas po burzy

Lubię taki czas po burzy czy deszczu, kiedy pojawia się słońce. Najczęściej powietrze staje się takie czyste, słońce – tak się wydaje – świeci jaśniej. Przyroda, to co nas otacza, nabiera barw. Kolory są intensywniejsze i wszystko jest takie … żywsze. To wrażenie dotyka mnie szczególnie mocno, kiedy słońce ma już krótszą drogę do swojego zachodu. Zdaję sobie sprawę, że moja przyrodnicza obserwacja jest subiektywna. To tylko wrażenia. Niemniej ten obraz osobiście odnajduję w świecie relacji międzyosobowych. Piszę „międzyosobowych”, bo oprócz ludzi mam tu tez na myśli Boga /a według chrześcijańskiej nauki jest On Osobą/. W tych relacjach dochodzi niekiedy do sytuacji, które przypominają burze i różne wyładowania atmosferyczne. Deszczem bywa płacz. Kiedy to minie, w tych międzyosobowych relacjach pojawia się słońce i wszystko to, co napisałem na początku o przyrodzie. Kiedy obeschną łzy, opadną podniesione dłonie, krzyk przejdzie w zwykły ton, a serce uspokoi się i znowu zacznie pompować krew z normalnym ciśnieniem, człowiek odzyskuje spokój. Stan, w którym życie i ludzie wydają się barwniejsi. I tak jak zieleń uspokaja nasz wzrok, a co za tym idzie nasz umysł, tak słowa przeprosin, przebaczenie daje ulgę naszemu sercu /w tym przypadku serce to nasze „ja”, a nie tylko ”pompa”, jak mówią medycy/. Myślę, sobie, że przyroda nie lubi burz. Są takie niebezpieczne, ale muszą się pojawić. Podobnie i człowiek nie przepada za wyładowaniami w naszych relacjach, ale czy można przejść przez życie, nie doznając burz? Deszcz zmywa brud i nawadnia. Nasze łzy…
Bywa, że po deszczu, kiedy pojawia się słońce, ukazuje się nam na niebie tęcza. Meteorolodzy i fizycy nie mają problemu z wyjaśnieniem tego zjawiska. Ale dla mnie jest to piękny obraz tego, co trzeba zrobić po każdej kłótni i – choć brzmi to paradoksalnie – cichych dniach. Trzeba „przerzucić” łuk tęczy, który połączy i ukaże całą paletę barw tej naszej relacji czy związku. Warto się zachwycić na nowo.
P.S. Szkoda mi tęczy. To taki dobry, stary, piękny, biblijny znak. Dziś ryzykownie jest pisać o tęczy. Niestety, tak się dzieje z każdym znakiem, który ktoś zawłaszcza. Moje niszczy nasze.

Własne tempo

Na drodze zrobił się duży korek. Wypadek? Jakieś prace drogowe? Samochody posuwają się do przodu, ale niespiesznie. Dopiero po jakimś czasie znalazłem się w miejscu, w którym mogłem zobaczyć co się naprawdę dzieje. Na początku zatoru /nomen omen byłem blisko miejscowości o nazwie Zator/ widać było zaprzęg konny. Woźnica pospieszał konia, ale i tak prędkość była niewielka. Za nim jechało auto ze znakiem „Nauki Jazdy”. Kierowca raczej nie miał odwagi czy umiejętności, by spróbować na ruchliwej drodze wyprzedzić. Za nim podążał autobus z grupą dzieci /widać było ten szczególny znak na pojeździe/. Ten też miał kłopoty. Wreszcie toczył się samochód ciężarowy z naczepą /TIR/, który nie miał szans, by zerwać auto do wyprzedzania, wykorzystując okazję. Za nimi jeszcze wiele innych aut, które utknęły w tym korku. Wszyscy odetchnęli, kiedy woźnica zjechał w boczną drogę. Ten przydługi opis /pewnie już ktoś zasnął/ to nie tyle okazja, by ponarzekać na polskie wąskie drogi. To raczej pewien obraz /który zrodził się w mojej głowie/, że każdy z nas wędruje przez życie swoim tempem. Niekiedy trzeba poczekać na innych. Ci, którzy stoją nam na drodze /czasem tej do naszego szczęścia/, nie muszą być li tylko zawalidrogami. Bywa, że dają nam okazję, by troszkę zwolnić, pomyśleć, zauważyć innych. Wpatrzeni w cel do którego podążamy, zerkamy z niepokojem na zegarek, denerwując się, że czas /który jest często przeliczany na pieniądze/ ucieka nam, a my ciągle jesteśmy daleko. Przyspieszamy więc, podejmując niejednokrotnie ryzykowne decyzje. I złościmy się na tych, którzy przeszkadzają. Cel i czas zawężają nasze patrzenie i podnoszą cieśnienie. To nie służy naszemu zdrowiu. Fizycznemu, psychicznemu, duchowemu…
Kiedyś usłyszałem od emerytowanej nauczycielki, że gdyby na sukcesy swoich uczniów patrzyła tylko przez pryzmat realizowanych programów i zaliczanych testów, to pewnie zgubiłaby po drodze wielu swoich podopiecznych. Pędziłaby z tymi najlepszymi, a ci, którzy by nie dali rady, zostaliby sami z tyłu. Nie zgubić nikogo to dać każdemu czas, by posuwał się swoim tempem. To niełatwe. Ale ważne. Byle do przodu.

Czarodziejka czy czarownica

Jedna i druga w swojej działalności wykorzystują czary. Pierwsza stosuje je z reguły, by komuś pomóc. Druga – by zaszkodzić. /Choć zdaję sobie sprawę, że tak dzieląc upraszczam./ Czarodziejka kojarzy się pozytywnie i pewnie niejeden chciałby ją spotkać na swej drodze życia. Gorzej jest z czarownicą. Ta w historii raczej nie miała dobrej prasy. Jeśli jakaś kobieta zyskiwała przydomek czarownicy /często niesłusznie/, to kończyła żywot w odosobnieniu lub nawet na stosie. Dlaczego tak mi się zebrało na te rozważania? Bo ostatnio zauważyłem, że zmienia się ta optyka patrzenia. Czarodziejka – na szczęście – nie straciła swojego dobrego imienia. Czarownica natomiast staje się postacią, którą warto naśladować. To widać szczególnie w „przemyśle dziecięcym”. Literatura, filmy, zabawki, gadżety pokazują jak fajnie jest być czarownicą. Można rzucić na kogo urok, zaszkodzić komuś. Daleki jestem od szukania w tym spisku ciemnych mocy /choć tego nie można też wykluczyć/. Widzę raczej sposób na zarabianie pieniędzy. Taka promocja zła /bo ktoś kto drugiemu szkodzi nie jest przecież pozytywnym bohaterem/ szczególnie niszczy dzieci. One lubią baśnie i bajki. I to jest ich wspaniały świat. Niestety coraz częściej czarodziejka, która zamienia kopciuszka w piękną księżniczkę w balowej sukni, przegrywa z czarownicą, która ma zamiar przyrządzić potrawkę z Jasia i Małgosi. My, dorośli możemy się uśmiechnąć i pisać ze spokojem ołówkiem, na którym namalowana jest jakaś „High Monster” /sam kiedyś coś takiego dostałem jako gratis/. Inaczej rzecz się ma z dziećmi. One budują w głowach swój porządek i wartości. Uczą się co jest dobre i złe. I robią to sprawnie i bezwiednie. Uczą się od nas, z telewizji, Internetu, gadżetów, tego wszystkiego co je otacza. Może nieraz trzeba by wyłączyć telewizor. Na pewno zawsze warto z dzieckiem o tym rozmawiać. Ono często miesza rzeczywistość z fikcją. Ale jeśli karmić się będzie niezdrowymi potrawami czy wręcz trucizną, zachoruje. Problemem jest, kiedy małe dziecko moczy się w nocy ze strachu. Ale może być znacznie gorzej, kiedy czynienie zła stanie się sposobem działania. Bywa, że my dorośli trochę lekceważymy sobie tę dziecięcą fascynację czarownicą. Ale to dlatego, że zapominamy, że dzieci są dziećmi i inaczej wchłaniają to co do nich dociera. Ich osobowość i wszystko co jest z nią związane dopiero się kształtuje.
Ps. Zasłyszane i złośliwe. Dla dorosłych. Jaka jest różnica między czarodziejką a czarownicą? Jakieś 40 lat :-). /Mam nadzieję, że nikt się nie obraził/.

Po co iść?

Długo już idziemy. Wszyscy są bardzo zmęczeni. Upał. „Jak na pielgrzymce” – zauważył jeden. „A byłeś na pielgrzymce?” – zapytałem. „Tak. Szliśmy pięć dni, żeby zobaczyć jeden obraz” – odparł. „A nie można go było zobaczyć w Internecie?” – zauważył kolega „pielgrzyma”.
Dziś można nie wychodzić z domu, żeby zobaczyć świat. Wystarczy dobre łącze internetowe, komputer albo telewizor z pakietem programów. Dzięki technice jesteśmy w stanie zajrzeć prawie wszędzie. I to bez większego trudu. Siedząc przy biurku, popijając kawę czy niezdrową colę. A jednak… Wiemy, że istnieje różnica między widzeniem czegoś realnie a oglądaniem tego na ekranie. Czytam sobie teraz książkę „Cyfrowa demencja” Manfreda Spiztera. Ów autor, niemiecki neurobiolog i psychiatra, popularyzator wiedzy o ludzkim mózgu, twierdzi na podstawie badań, że mózg inaczej reaguje na to co widzi i może dotknąć, niż na to co ogląda w komputerze. I podkreśla, że to osobiste doświadczenie wzbogaca pracę mózgu /by tak skrótowo opisać naukowy wywód/. Tylko wtedy mózg się uczy. Nie ma lepszego sposobu niż dotrzeć, zobaczyć, dotknąć, usłyszeć… Niekoniecznie musimy dojść tam pieszo. Podobnie jest ze spotkaniami z ludźmi. Nic nie zastąpi bycia obok. Telefony, skype to tylko środki komunikacji. Brak realnego spotkania często jest bolesnym doświadczeniem i wystawia na próbę niejedną więź /o czym mówią emigranci i często dziś spotykane podzielone odległością, ekranem małżeństwa i rodziny/. Osobiste przeżycia są najbardziej potrzebne najmłodszym, bo oni się rozwijają i uczą /tak jak ich mózg/. Dlatego tak ważne jest, by im stwarzać okazję do doświadczeń, przełamywać lenistwo /bywa, że najpierw jest to lenistwo starszych – rodziców, wychowawców/ i nie dać się zmylić twierdzeniu, że wszystko można mieć na wyciągnięcie ręki /wystarczy kupić ten telewizor, tablet czy smartfon/. Pokusa wygody czy chęć posiadania /ciągle nowe elektroniczne cuda/ niszczy nas. I nie dajmy się uwieść twierdzeniu, że komputery czy Internet nas uszczęśliwią. Owszem przydadzą się, jeśli będą na naszych usługach, a nie odwrotnie.
Ps. „Cyfrowa demencja” przez wiele miesięcy zajmowała pierwsze miejsce na liście bestsellerów czasopisma „Der Spiegel” w kategorii książek popularnonaukowych.

Racja duszpasterska

Niedawno usłyszałem pytanie co to jest: racja duszpasterska? Zwrot ten można niekiedy usłyszeć w ogłoszeniach parafialnych, kościelnych komunikatach. Najczęściej ma on tłumaczyć takie, a nie inne zarządzenia, decyzje, odstępstwa od prawa, itp. Być może ktoś całkiem niedawno słyszał np. że „z racji duszpasterskich Wigilia Paschalna rozpocznie się o godz.18.00”. O rację duszpasterską spytałem w gronie księży. I usłyszałem odpowiedź: „racja duszpasterska to racja, którą ma duszpasterz”. Oooo, pięknie. Można, by rzec: wszystko jasne. Choć ta błyskotliwa odpowiedź może budzić ogólną wesołość, to, niestety, niesie też smutne przesłanie. Mimo pięknych tekstów o wspólnocie Kościoła, które zostawił nam Sobór Watykański II /o okrągłej rocznicy pewnie wielu słyszało, ale kto by czytał soborowe dokumenty/, często tkwimy w – takie ładne, jak i trudne słowo – dychotomii. My i oni. Księża i świeccy. Dzieli ołtarz. A może łączy? Pewnie tak jak świeccy nie wiedzą o wielu sprawach /z różnych powodów – najczęściej nie znają teologii, liturgiki, prawa kanonicznego, itp/, tak księża nie mają doświadczenia w prowadzeniu domu, wychowywaniu dzieci. Owszem, obie strony mogą doczytać, douczyć się, ale… Myślę, że tylko poczucie, że idziemy razem za Chrystusem, pozwala tworzyć wspólnotę, uczyć się nawzajem od siebie, słuchać, tłumaczyć…
Myślę, że można wyjaśnić wiernym, że o godz.18.00 w Wigilię Paschalną trudno będzie z przekonaniem wyśpiewać przy paschale o świecy, która rozświetla mrok tej nocy. A wierni mogą wytłumaczyć, że ich nieobecność na nauce rekolekcyjnej w powszedni dzień o godz.17:00 nie wynika z braku wiary, ale braku czasu /wracają dopiero z pracy/. Szukanie rozwiązań na wspólnej drodze musi wynikać z przekonania, że idziemy razem. I że sobie służymy. Patrz: Jezus umywa nogi Szymonowi Piotrowi.

Happy end

Pochodziła z tzw. „dobrego domu”. Zdolna. Zakochała się, a potem raz straciła głowę. Wystarczyło. Gdy kończyła gimnazjum okazało się, że jest w ciąży. Jej chłopak nie chciał wziąć na siebie ojcowskich obowiązków. Byli jeszcze rodzice, ale i oni mieli wątpliwości, czy to dobry pomysł, żeby tak młoda dziewczyna została matką. I to ich córka, która miała przed sobą tak wspaniałą przyszłość. W czasie tych rozterek dostała się do liceum. Pomogli nauczyciele. Najpierw wzięła zwolnienie, by urodzić dziecko, a potem, nie tracąc czasu, zabrała się do nauki. Bardzo dobrze sobie poradziła. Ona sama wie ile ją to kosztowało. W szkole było widać pilną i sumienną uczennicę, która nie marnuje czasu. Zdała z dobrym wynikiem maturę. Po latach rodzice przypomnieli jej wychowawczyni o trudnej rozmowie, która mogła decydować o urodzeniu dziecka / „Mówiła nam Pani, że kiedyś nie będziemy sobie wyobrażali życia bez tego dziecka. Dziś wiemy, że miała Pani rację. To nasze szczęście”/.
W gąszczu złych nowin i smutnych historii, myślę, że warto opowiadać trudne historie o dobrych decyzjach i szczęśliwym zakończeniu. Choć życie toczy się i młoda matka z małą córeczką dalej zmaga się z powszednimi kłopotami.
Czytając Ewangelię / „Dobrą nowinę”/ co chwila napotykamy ludzi, którzy ze swoimi problemami przychodzą do Jezusa. Niektórzy te kłopoty sami ściągnęli sobie na głowę. Dobra decyzja, właściwy kierunek to początek nowego życia. Życia.

Z wonnościami u grobu

Smutny jest wielkopiątkowy wieczór. Krzyż zasłaniający ogołocony ołtarz. Grób, który nawet najpiękniej udekorowany i ukwiecony zawsze pozostanie tylko grobem. I cisza. Słychać tylko skrzypiące charakterystycznie drzwi, otwierane i zamykane przez wędrujących ludzi, kroki, skrzypnięcia ławek, niekiedy szelest kartek, czy dźwięk przesuwanych paciorków różańca. Smutny jest ten wieczór przechodzący w ciemną noc.
Nasłuchując tych głosów przed Bożym Grobem zaczęła mnie nurtować pewna myśl. Do kogo są podobni ci wędrujący i wypełniający dość szczelnie ławki? Do strażników pilnujących grobu? /W naszej polskiej tradycji często taką rolę odgrywają strażacy/. Nie. Ci wszyscy nawiedzający pogrzebanego Jezusa podobni są do niewiast zdążających z wonnościami. Przychodzą do swego ukochanego Mistrza, by Go namaścić. Widziały wszystko. Cierpiały, kiedy widziały jak dźwigał krzyż. I były tak bezradne… Zasmucone i zapłakane. Zwyczaj mówił im o obowiązku namaszczenia. Ale w tej wędrówce była i powinność serca. Chciały być blisko tego, którego kochały i podziwiały.
Przychodzimy do Bożego Grobu z wonnościami naszych modlitw. Smutni naszymi grzechami i zmęczeni swoją bezradnością. Idziemy tam /naprawdę było tego wieczoru w naszej kaplicy dużo ludzi/, by nie tyle zrobić coś co każe nam tradycja, ale potrzeba naszego serca.
Zaskoczenie przychodzi w pierwszy dzień tygodnia, w niedzielę o poranku. Bo Jezus jest Słońcem które wschodzi, by dać nam życie. Zostawmy w grobie nasze smutki. Ten, który wygrał ze śmiercią i szatanem przynosi nam pokój. Niech on wypełni nasze serca, usuwając lęk.
Zmartwychwstał Pan z grobu! Alleluja, Alleluja!

Na skrzydłach emocji

Zawsze na wiosnę mam wspaniałą szansę /z której skwapliwie staram się korzystać/ podglądać zlatujące się po zimie ptaki. Widać coraz większy ruch i słychać ptasi hałas. Ale wszystko jest – tak mi się laikowi wydaje – celowe: wybór miejsca i budowanie gniazdka, znoszenie wszystkich potrzebnych elementów. Ma swój cel śpiew i krzątanie się w parach.
Patrząc na ptaki, myślę o swoim celowym działaniu. Wydaje mi się, że mam przewagę nad ptakami. One mają instynkt, a ja dodatkowo rozum. Ale czy rzeczywiście korzystam z niego? Tak świadomie? Odnoszę wrażenie, że częściej do głosu dochodzą emocje, na skrzydłach których unoszę się. Kierunek, wysokość, prędkość lotu wynikają z natężenia i rodzaju emocji. Dużo tego ruchu, tylko po co? Ale bywa przyjemnie. A nawet jeśli nie, to jestem w stanie obarczyć winą różne wiatry i prądy powietrzne. Kiedy rozum śpi…
Te refleksje to nie tylko wynik obserwacji ptaków. Coraz częściej w różnych dyskusjach /tych publicznych i nie/ słychać emocje wobec zanikających argumentów odwołujących się do rozumu. A z emocjami trudno dyskutować. O ile w ogóle jest to możliwe. Można się jedyni nimi podzielić. Może warto przysiąść na wspólnej gałęzi i pogadać możliwie jak najbardziej rzeczowo i najmniej emocjonalnie. Nie zaczynajmy też od podcinania gałęzi, na której siedzi nasz rozmówca, bo jeśli jest to wspólna gałąź to… Smutne jest nieraz przekonanie, że lepiej zniszczyć park, las, domy niż wspólnie poszukiwać prawdy. Niełatwy jest dialog.
W tych dniach mamy okazję przyjrzeć się ostatnim chwilom ziemskiego życia Jezusa Chrystusa. Jezus rozmawiał z Piłatem, ale milczał u Heroda.

Mam dziecko

Kobieta w średnim wieku. Lekarka z dużego miasta. Samotna. I pomysł by mieć dziecko. Cóż, przy takim wykształceniu /także zawodowym/, możliwościach finansowych i innych okazuje się, że można to pragnienie zrealizować. Mąż jest zbędny, choć potrzebny jest facet /ale przecież są odpowiednie banki z koniecznym „materiałem”/. Sprawa „in vitro” to nie tylko temat przepychanek w mediach i w parlamencie. To także możliwość realizacji swoich potrzeb. I tak oto pani – o której piszę – ma to czego jej brakowało. Ma dziecko. Nie znam tej kobiety zbyt dokładnie, nie rozmawiałem z nią. Dlatego nie potrafię przedstawić wszystkich argumentów stojących za taką jej decyzją. Patrzę z boku. I – przepraszam, jeśli to zabrzmi za mocno – mam wrażenie, że posiadanie dziecka zaczyna być traktowane jak kolejne spełnienie własnych zachcianek. Wiem, że macierzyństwo jest czymś bardzo ważnym dla kobiety /dla niektórych najważniejszym, choć i są takie, dla których to nic nie znaczy/. Jednak czy w tym planowaniu posiadania dziecka uwzględnia się je samo, jego rozwój, przyszłość…? /Ile już napisano rozpraw o trudnościach tych, którzy wychowują się w niepełnych rodzinach/. Trudno mi uwolnić się od skojarzeń /może krzywdzących/, że posiadanie dziecka przypomina inne nasze własności: psa, kota, kanarka… Ale tu nie można postawić znaku równości.
Jestem zbyt surowy? Zabraniam szczęścia? Zachowuję się jak pies ogrodnika /sam nie zje i drugiemu nie da/? Wtrącam się w nie swoje sprawy?… Raczej martwię się /ktoś optymistycznie pewnie stwierdzi, że niepotrzebnie/ o życie tego dziecka. Mam nadzieję, że jak dziecko nie będzie takie jak sobie wyobraża mama /nie chodzi tu o kolor oczu, włosów – to można już dziś przewidzieć/ i pojawią się trudności, nie odda go do schroniska. A kłopoty zjawią się na pewno, bo takie jest życie człowieka i jego rozwój.
Jeśli wszystko można kupić, to i pewnie można to sprzedać. Zaspokoić swoje pragnienia, zrealizować marzenia, być szczęśliwym… Za jaką cenę? …..A inni…
Ps. W sumie temat „posiadania” dziecka nie jest czymś nowym /jak in vitro/. Nieraz słyszałem, że kobieta wychodziła z mąż /a niekiedy nawet wykorzystywała ewentualnego narzeczonego/ dla posiadania dziecka, a nie dla małżeństwa. Może tylko dziś mówi się o tym jak o zwyczajnym prawie do szczęścia. Własnego. A zdarza się, że wypisuje na sztandarach.