Leń

„W tamtej szkole /przedszkolu/ było lepiej, nie trzeba było odnosić talerzy” – usłyszałem, przechodząc w czasie obiadu obok stołów, przy których zasiadały szkolne maluchy. To prawda, nie jest lekko. Nie ma u nas „jednorazówek” – plastikowych naczyń czy kubków. Trzeba nakryć do stołu /to robią dyżurni/, a potem każdy sam musi odnieść do okienka umywalni swoje naczynia. Jest wysiłek, wędrówka, a bywa, że i pod samym okienkiem zawracanie „klienta”, który jedynie markował jedzenie i odnosi pełny talerz. Wiem, że narzekania pojawiają się zawsze tam, gdzie są obecne wymagania. To marudzi leń siedzący w każdym z nas. U jednych nie dopuszcza się go do głosu, u innych rozpanoszył się na dobre i to on decyduje co i jakie ma być. Z perspektywy szkoły widać jak bardzo potrzebne są działania wszystkich wychowawców: rodziców, dziadków, nauczycieli, by nie ułatwiać dzieciom życia. I nie chodzi tu o zmuszanie ich do jakichś niewolniczych prac czy rzucanie pod nogi kłód. Myślę, że wystarczy wyznaczanie im domowych obowiązków, angażowanie do różnych prac i wysiłku. Słyszałem nieraz: „ty się ucz, a ja to zrobię za ciebie”. Pewnie, że nauka też jest pracą i bywa jej  więcej niż zwykle. Jednak nawet wykonywanie różnych drobnych prac na rzecz rodziny czy domu jest pożyteczne dla dziecka i w końcu uczy go tego właściwego stosunku do lenistwa. Nie ułatwiajmy zbytnio najmłodszym życia, bo w ten sposób dokładamy cegiełkę do ich przyszłej wyuczonej bezradności. Lenistwo zabija ducha służby. Brak służby – w dzieciństwie czy w dorosłym życiu – rodzi pretensje i konflikty, a nawet /i tu nie histeryzuję/ dramaty.

Orędzie

Dużo pisze się i mówi o objawieniach w Fatimie. W końcu w tym roku mija 100 lat od tego dnia, kiedy Matka Boża ukazała się trojgu pastuszkom: Łucji, Franciszkowi i Hiacyncie. I nie chodzi mi tylko o samo przypomnienie, co raczej o namysł nad orędziem Matki Bożej, nad Jej słowami. Słyszałem różne próby wyjaśniania „co, jak i dlaczego”. Sam też przy różnych okazjach próbowałem to czynić. Miałem – tak to mogę określić – pewien przywilej bycia /i to nie raz/ w miejscu objawień. Właściwie nie zabiegałem o to. Byłem zapraszany. I jestem bardzo wdzięczny, że mogłem chodzić po fatimskich drogach, modlić się przed figurą Matki Bożej, gdzie kiedyś stał ten szczególny dąb, nad którym ukazała się Pani. Przypominam sobie poranne Msze św., na których było niewielu ludzi, i wieczorne nabożeństwa ze świecami, w których uczestniczyły wielotysięczne tłumy. Zawsze było pięknie, bo tam jest szczególna atmosfera. Jakoś nie słychać zgiełku i wciskających się kramów z pamiątkami /choć nie brakuje miejsc, w których można się dobrze zaopatrzyć/. Cieszę się, że próbuje się ciągle odczytywać na nowo o co chodziło Matce Bożej. Wielu szuka tam cudów i tajemnic. I tylko ich. Gdzieś giną słowa, przesłanie, prośba. Należy je czytać, nie gubiąc z oczu kontekstu miejsca, czasu, czy choćby wieku pastuszków. Trzeba o tym pamiętać. Podobnie przecież jest z czytaniem i komentowanie Pisma Świętego, choć ono znacznie starsze i obszerniejsze. Dobrze, że jest urodzaj na nabożeństwa fatimskie, figury stawiane w kaplicach czy domach. Ale nie powinno się tego czynić tylko dlatego, że to dziś jest modne i – jak w przypadku działań duszpasterskich – przyciągnie do kościoła ludzi. To byłby tani chwyt, a z Fatimy płynie droga Bogu myśl: nawróćcie się, bo pragnę Waszego szczęścia. I nie straszmy wizjami piekła /ono istnieje i jest takie prawdziwe/, ale z nadzieją zawierzmy się Bogu, który chce nam dać niebo. Matka Boża dlatego przyszła, bo nas kocha. I chce nam dobrze poradzić. Weźmy Jej słowa do serca. Mimo, że od 13 maja 1917 roku minęło tak dużo czasu.

Janosik

Ostatnio na „Zielonej Szkole” z klasą 2 spotkaliśmy Janosika. Przynajmniej tak się przedstawił. Ubranko też miał takie trochę „harnasiowe” /to tylko moje przypuszczenie, oparte na porównaniu z kostiumami filmowymi z filmu „Janosik”/. Mówił coś o zbójowaniu, ale na nas nie napadł /jeśli nie liczyć „zagarnięcia” nas i zagadania/. Wziął tylko uzgodnione honorarium za wspólną fotkę, do której nas gorąco zachęcał. Piszę o Janosiku, bo mam wrażenie, że mimo legendy /prawie w każdej górskiej krainie taka istnieje/, wielu ludzi czeka na niego. Może nawet nie na spotkanie z nim /a nuż potraktuje nas jak tych bogatych i zabierze/, co na jakąś daninę, którą ofiaruje. Oczywiście Janosik ma tyle ile zabierze innym, tym bogatym. Myślę, że wielu sądzi, że powinien dać nam, bo to my jesteśmy ci biedni. W sumie jego działanie jest bardzo proste, i stąd – jak się rozejrzymy dookoła – dość powszechne. Pewnie, że dziś w obliczu prawa nikt nie będzie zbójował. Są inne metody, dzięki którym jednym się zabiera, a drugim daje. Piszę o zabieraniu, bo inną rzeczą jest dzielenie się /tak z własnej woli i w odruchu serca i rozumu/. Sprawiedliwość społeczna to trudna sprawa i tylko łatwo się ją opisuje. A jeśli dystrybucją dóbr zajmuje się człowiek, to – znając jego ułomność – nietrudno o pomyłkę /bywa, że i celową, przemyślaną, a nawet zaplanowaną/ i działanie na swoją korzyść. W końcu Janosik też musi z czegoś żyć. Musi pobierać swoistą opłatę manipulacyjną /odpowiednią kwotę on sam wyznacza, bo przecież zna swoje potrzeby/. Bycie Janosikiem może być niezłym pomysłem na życie. Pewnie, że ryzykownym /stąd też nieraz wysokie zabezpieczenie w posiadanych dobrach/. Obdarowani mogą go wychwalać /choć wdzięczność ma z reguły krótki żywot/, a obrabowani, będą domagać się sprawiedliwości. Gorzej, gdy Janosik, staje się też sędzią.

Niedoskonały pingwin

To tytuł książki dla dzieci, który wpadła mi w ręce. Opowieść krótka i z przesłaniem, ale jak to się zdarza, określenie zawarte w tytule dało mi impuls to przemyśleń. Nie żebym czuł się pingwinem albo innych tak postrzegał /choć może nieraz…/. Pewnie w stadzie tak samo wyglądających istot /szczególnie w czarno-białych kreacjach /człowiek nie czuje się obco/. Inaczej dzieje się, kiedy ktoś taki pojawia się w kolorowym tłumie, który jest z innej szerokości geograficznej lub innego sposobu życia i myślenia. Trzeba wtedy nie tylko odwagi, ale i wewnętrznego przekonania, że czuję się dobrze we własnej skórze. Myślę tu nie o apologetycznym nastawieniu do bronienia własnych przekonań, co dobrym samopoczuciu, które pozwala ze spokojem patrzeć na innych i siebie. O inności wiele napisano i pewnie wiele się jeszcze napisze, bo zawsze będą inni. Myślę natomiast, że przyglądając się sobie, próbujemy nieraz zrobić coś, co pozwoli nam wtopić się w tłum, odpocząć od tej inności /której znowu nie chcemy tracić, by się jednak jakoś zapisać w życiu i świecie/. Ile gotowi jesteśmy stracić ze swoich ideałów i zasad, to sprawa wagi tychże w naszym życiu, i gotowości na konformizm. Nie mnie oceniać ludzi, bo każdy z nas sam przed sobą i Bogiem /to dla wierzących w Niego/ zdaje egzamin ze swoich postaw. Łatwo się rozgrzeszyć i rzucić w innych ciężkim kamieniem. Osobiście ciągle mam poczucie, że jestem niedoskonały, ale wiem, że intensywne myślenie o tym może mnie wyprowadzić na bezdroża perfekcjonizmu.

Łatwo być wierzącym w kościele, trudniej na rynku lub w zakładzie pracy. Być zawsze sobą. I chcieć się stawać innym, czyli nawracać się /choć minął Wielki Post/.

Mamy kontrolę

Nie jestem zwolennikiem siania niepewności i tworzenia atmosfery podejrzliwości. Jednak gdy słyszę, że „ja mojemu dziecku wierzę” czy „mam pełną kontrolę nad tym co robi”, to rodzą się we mnie wątpliwości, czy to nie są twierdzenia trochę /a może nawet bardzo/ na wyrost. Rozumiem różne mechanizmy /psychologiczne, obronne/, które sprawiają, że chcemy poczuć się dobrze i mieć przekonanie, że np. moje dziecko jest „ok”. W końcu, jeśli ktoś nie złapał swego dziecka na kłamstwie, nie ma powodu, żeby mu nie wierzyć. Ale czy na pewno wszystko było i jest w porządku? Ktoś powie, że jeśli nawet nie było, to przecież poszło o drobiazgi /nie bądźmy małostkowi/, i chodzi o dziecko, a nie dorosłego. Wobec dziecka należy być wyrozumiałym. Prawda. Ale trzeba też jasności i konsekwencji. Święty /choć nic nie ma ze świętości/ spokój rozłożył już niejeden proces wychowawczy. Nie zazdroszczę rodzicom i podziwiam ich. Mimo to będę zawsze prosił o czytelność słów i czynów. I to zarówno w tych dużych, jak i małych sprawach. Zresztą wielkość spraw mierzymy swoją miarą, a dzieci mają własną. Dla nas drobiazg, dla niego wydarzenie dnia. Dla nas zbycie pytania /bo brak czasu i sił/, dla niego – być może – poczucie odrzucenia. Nie przesadzam, to kwestia wieku, sytuacji, relacji. Najwięcej człowiek uczy się przez naśladownictwo. Dziecko tym bardziej. Jeśli nam się zdarza okłamać innych, to – nie łudźmy się – dziecko pójdzie w nasze ślady. No bo skoro tata, mama… Oni przecież wiedzą co trzeba robić.

- „Bronku, dzwoni ktoś do Ciebie”

- „Powiedz, że wyszedłem”.

Tylko tyle, ale przestrzeń kłamstwa została otwarta. Pewnie mi ktoś zarzuci, że jakie tam kłamstwo, to tylko brak ochoty na rozmowę, tak przecież się robi. Owszem, niestety. Ale taka sytuacja przy dzieciach jest lekcją pokazową. Nie łudźmy się, wykorzystają to i to przeciw nam. A my możemy być dumni, że byliśmy ich nauczycielami.

Nie rzucam w nikogo kamieniem. Raczej próbuję zdjąć zasłonę poczucia bezpieczeństwa i pewności siebie. Trudne to, bo trzeba zrobić rachunek sumienia. Czynię go też sobie, bo wierzę, że prawda nas wyzwoli /jak mówi Jezus/, a miłość /także Boża/ odbuduje i wzmocni.

Podział ról

„Proszę księdza, a Judasz powinien mieć złączone brwi. I rude włosy” – stwierdziła jedna z uczennic, kiedy przygotowując Misterium Męki Pańskiej myśleliśmy o rolach. „A skąd to wiesz?” – zapytałem. „Tata mi mówił”. Zaintrygowany poprosiłem ową uczennicę o dostarczenie mi informacji, skąd takie wiadomości o Judaszu posiada jej tata, ale temat ucichł. W Piśmie Świętym nie mamy „zdjęć” apostołów, a nawet samego Jezusa. Owszem, są opisane ich zajęcia lub pochodzenie. Skąd więc ta wiedza o urodzie Judasza? Mam pewne domysły. Skoro Judasz zdradził Jezusa, to pewnie był rudy, bo rudzi  –  jak wszyscy wiedzą – to ludzie fałszywi. Podobnie jak blondynki, które są głupie. Są jeszcze Cyganie, którzy kradną, Rumuni, którzy żebrzą…,  a Polacy są pijakami /przynajmniej tak słyszałem za granicą/. Jak się do kogoś powie: „ty Żydzie”, to też wiadomo o co chodzi, choć pewnie można by to powiedzieć np. o Jezusie, św. Piotrze czy Pawle. Ładnie poukładaliśmy sobie te wyglądy czy nacje. Wszystko jest uporządkowane i przyporządkowane. Człowiek się nie gubi w tłumie ludzi. Wystarczy, popatrzeć czy posłuchać i wiemy z kim mamy do czynienia. Warto się z nim zadawać, czy trzeba mieć się na baczności?

Mimo „szczupłości” grupy kandydującej do gry w naszym misterium, udało się – tak mi się wydaje – jakoś podzielić role. Mając więcej kobiet w klasie czwartej i pierwszej gimnazjalnej, trzeba było tak napisać scenariusz, by pojawiły się na scenie te, które są w ewangeliach /jedynie narratorka jest zmyślona, choć jestem przekonany, że były takie kobiety w gminach chrześcijańskich, które przekazywały innym to co widziały na własne oczy: życie Jezusa i apostołów/. Są tacy, którzy muszą się wcielić w różne role. I przyznam, że to też mogło być możliwe. Może nie w krańcowo różne, wykluczające się, ale przecież w Ewangelii taki Piotr pokazuje różne swoje oblicza. Myślę, że podobnie jest z nami.

W naszym misterium nie Judasz jest rudy, ale Jezus. A może tak właśnie wyglądał? I co teraz zrobimy z tym stereotypem?

Dach

Nie wiem ile ma lat, ale już nie nadaje się do naprawy. Można by jeszcze pomalować, ale nie przeżyje przygotowań do owego malowania, a więc czyszczenia, zrywania starej farby. To, że jest źle, widać w środku /po zaciekach/ i na zewnątrz /coraz większe plamy rdzy po odpadnięciu farby/. Ilość kwadratowych metrów jest tak duża, że trzeba rozłożyć pracę na kilka sezonów. Poza tym nie brakuje na dachu różnych trudnych miejsc, które wymagają większej i dokładnej obróbki. No i finanse. Zgromadzić je, przygotować… Przy okazji warto byłoby ocieplić dach, bo do tej pory na gołych deskach leżała blacha. Dom tracił zimą ciepło, jak – że się tak wyrażę – łysy bez czapki. Pewnie też przy okazji wpłynęliśmy na ocieplenie światowego klimatu. Co by nie mówić pracy jest dużo. Ale byłoby mniej, gdyby nie trzeba było zdejmować starej blachy i zniszczonych przez mrozy i gorąco deski. Tak, tak… jak się buduje nowe jest łatwiej. Ze starym… nie tylko dachem…

Biorąc pod uwagę fakt, że za kilka miesięcy przestanę być rektorem /we wspólnocie przełożony może być 3 kadencje po 3 lata – ja i tak „dostałem” jeszcze wyjątkowo jedną dodatkową kadencję „z powodu szkoły”/, powinienem raczej zbierać kartony na przeprowadzkę, a nie zabierać się do wymiany dachu. Niemniej uważam, że nie można pewnych spraw odkładać, a co się zacznie, to się potem dokończy. I tyle. Szukam nieraz różnych obrazów w życiu i myślę, że tu pasowałby obraz pociągu. On ma jechać przed siebie i w dobrym kierunku, a maszyniści, którzy zmieniają się, niech dbają o bezpieczną podróż. Niech nie myślą zanadto o sobie i nie zaciągają hamulców. Bo jeśli nawet zatrzymają pojazd, to zanim ruszy pod nowym kierownictwem, minie sporo cennego czasu. W końcu podróżujący nie mają go w nadmiarze, a dobrze by było, żeby go możliwie jak najlepiej wykorzystali, zanim wysiądą na jakiejś stacji. Maszyniści winni dbać o skład i podróżnych. W końcu KTOŚ im powierzył to zadanie. Ważne i odpowiedzialne.

Pierwszy

Na ostatnich zajęciach z dziećmi przedszkolnymi przyglądaliśmy się ewangelicznemu obrazowi pasterza z owcami. Pomocą były drewniane elementy, z których można było zrobić zagrodę, ustawić potrzebne figurki /to z Katechezy Dobrego Pasterza/. Kiedy doszliśmy do momentu, kiedy trzeba było wyprowadzić z zagrody na pastwisko owce, okazało się, że dzieci nie mają większego problemu z określeniem kto idzie pierwszy. Oczywiście pasterz. Zresztą pewną pomocą było przypomnienie sobie, że i u nich, gdy wychodzą np. na spacer, pierwsza idzie pani. No właśnie zawsze na początku idzie ktoś, kto wskazuje drogę, przewodnik. I tu chciałbym zapytać siebie i innych, kto w moim życiu idzie pierwszy? Kto wskazuje mi drogę? Za kim ze spokojem i ufnością idę dalej w życie? Gdybym o to zapytał w kościele podczas nabożeństwa, pewnie nie mielibyśmy kłopotu z odpowiedzią, choć ona mogłaby być trochę „naprowadzoną”. Ale przecież Jezus pragnie być przewodnikiem po wszystkich naszych drogach. To, że nie zawsze mamy ochotę pójść za Nim, przypomina przypowieść o zgubionej owcy. W kwestii zagrożeń w życiu powinien przemówić do nas obraz wilka. Ktoś powie: ładne bajeczki, w sam raz dla małych dzieci. Dla małych też. Ale Jezus opowiadał je wszystkim. Pewnie łatwiej było im zrozumieć te historie, bo widzieli owce, pasterzy, a może i wielu z nich na co dzień zajmowało się pasterstwem.  Myślę, że warto – a może szczególnie w Wielkim Poście, choć Niedziela Dobrego Pasterza przypada po Wielkanocy – zająć się tym obrazem Pasterza i mnie jako owcy.

A na dodatek mały „kwiatek”, który można było usłyszeć od maluchów. Mężczyzna może pocałować kobietę dopiero wtedy, gdy poczuje, że jest gotowy, by zostać ojcem – wyznał jeden malec. Mocne, co?…

Czyste znaki

Niekiedy – szczególnie po zimie – spotykam na drogach służby, które myją znaki drogowe czy poprawiają rozmyte pasy i linie. I nie chodzi – jak chyba słusznie się domyślam – jedynie o przypomnienie kto i jak sprawuje pieczę nad dobrem publicznym, jakim są drogi. Idzie o czytelność znaków, a więc o porządek i bezpieczeństwo. I te znaki mamy nie tylko na drogach. Z racji miejsca, w którym się poruszam /kościół/ i działań, które tam podejmuję, często myślę sobie o czytelności znaków kościelnych, liturgicznych. Być może wielu odwiedzających świątynie i uczestniczących  w nabożeństwach „jeździ na pamięć”. Nie patrzą na znaki, bo są przekonani, że już wszystko wiedzą albo mają tyle innych spraw na głowie, że pokonują trasy bezwiednie. Może niektórych one zastanawiają, ale skoro zarządzający ruchem nie kwapią się z tłumaczeniem, dochodzą do wniosku, że może nie warto zaprzątać sobie tym głowy. Tym bardziej, że w na tej – ciągle będę używał tego obrazu – drodze mówi się o innych sprawach, sugerując, że są one istotniejsze niż jakieś tam znaki. Nieraz – naprawdę w dobrej wierze – myślę, że może nikt nie wyjaśnia, bo to wydaje się już znane, zrozumiałe, a nawet oczywiste. Niestety, często w to powątpiewam, widząc konkretne zachowania czy słuchając wypowiedzi. Nie zamierzam wyrokować, kto bardziej jest winny: ci, którzy dbają o wygląd znaków czy użytkownicy drogi. Jednak należąc do tych pierwszych /choć i ja też bywam jednocześnie drugim/ widzę swoją odpowiedzialność i konieczną dbałość o czytelność znaków. To wynika także z różnych odgórnych zarządzeń, które nie są tylko produkcją biurkowych mądrali i gryzipiórków. To one przekonują mnie, że nie jestem jakimś samotnym, nawiedzonym reformatorem. Dają mi pociechę i podstawy do dyskusji /jeśli ktoś w ogóle ma ochotę ją podjąć/. Przecież nie jest – jak słyszę – źle. Tak jest na wszystkich – no może wielu – drogach. Praca nad czyszczeniem, a potem – może nawet – tłumaczeniem znaków, wydaje się stratą czasu. W końcu są ważniejsze sprawy, które trzeba omówić. Bywa, że przykładając się do nauki najmłodszych /muszą przecież to jakoś zaliczyć/, zakłada się, że to zostaje na całe życie /choć najczęściej dominuje w takich przypadkach 3xZ: zakuć, zdać, zapomnieć/. Bolą mnie brudne znaki, martwi ich lekceważenie. Kiedy dopada mnie smutek, powtarzam sobie: zadbaj o tę okolicę, która jest twoją. Pilnuj tej przestrzeni i tłumacz, by ci, którzy się w niej poruszają byli świadomi i mądrzy. Bo ta mądrość może dać prawdzie szczęście.

Kruszyna chleba

Gdzieś tam – w telewizji czy w internecie – mignął mi jakiś program o zawodach w rzucaniu różnymi warzywami i owocami. Widać było jak – ku uciesze uczestników – rozbijane są pomidory, pomarańcze, arbuzy itp. itd. Przypomniał mi się festiwal bitwy na pomidory, który odbywa się corocznie w Hiszpanii i przyciąga turystów i telewizje z całego świata. Myślę, że ze smutkiem oglądaliby to ci, którzy cierpią głód. A jest ich niemało. Jak podają różne organizacje, jest ok. 800 mln głodujących i 2 miliardy niedożywionych. Zdaję sobie sprawę z różnych trudności w dystrybuowaniu żywności. Wojny, konflikty, odległości itd. sprawiają, że nie zawsze można podzielić się tym, co mamy do jedzenia. Sprawa dobrego wykorzystania i niemarnowania żywności to problem, który nie tylko ma zawracać głowy międzynarodowym organizacjom. Słychać i widać jak obok nas wyrzuca się różne produkty spożywcze do śmietnika. Czynią to sklepy, które muszą się pozbyć tego, co utraciło swoją przydatność do spożycia. Robią to rodziny i pojedynczy ludzie, którzy kupili za dużo i niepotrzebnie, a teraz sprzątają lodówki i spiżarki. Ile razy widzę takie obrazki, to przypominam sobie tekst Cyprian Kamila Norwida: „Do kraju tego, gdzie kruszynę chleba// podnoszą z ziemi przez uszanowanie// dla darów Nieba// tęskno mi, Panie”. To marnowanie rodzi się z wielości i wielkości, z przesytu. Kiedy czytam opowieści wojenne czy łagrowe, to widzę, jak tamci ludzie każdą kromkę traktowali jak skarb. Dobrze, że mamy lepsze czasy, ale szacunek do żywności jest szacunkiem do darów, prezentów od Stworzyciela, czy tych, którzy zarabiają w domu na wspólny chleb. Dzisiaj, lejąc do kubka mleko z kartonika łatwo zapomnieć, że, by ono powstało, potrzebna jest krowa, która je trawę wyrosłą na polu dzięki słońcu, wodzie, glebie. Sam trud człowieka /też potrzebny/ nie wystarczy. Pewnie, że można w laboratoriach tworzyć żywność, ale, jak powoli człowiek dostrzega, to nie jest dobre dla niego. Biegniemy do zdrowej żywności. Mam nadzieję, że natura, z którą tak się obchodzimy, nie zbuntuje się. W innym przypadku marny nasz los.

P.S. Przyznaję się do błędu, do literówki. Ten zeszłotygodniowy jubileusz to 7- lecie, a nie 5-lecie. Chciałem zrobić małe podsumowanie zgodnie z kalendarzem biblijnym. A tam „siódemka” jest ważną cyfrą, która sprawia, że świętujemy.