Kiedyś kojarzyły mi się z naprawą dętki albo przecierającym się na łokciach swetrem. W pierwszym przypadku ratowały komuś przyjemność z poruszania się kołowym pojazdem. W drugim mogły przedłużyć życie zniszczonej odzieży, a nawet nieraz podkreślić walory sweterka. Dziś częściej słychać o łatkach przyczepianych ludziom, za którymi się nie przepada. Są świetnym narzędziem do wykluczania innych z różnych społeczności. Można by rzec, że taka łatka to często/choć nie zawsze/ potwarz, pomówienie czy oszczerstwo /nie mamy chyba wątpliwości co do oceny moralnej takich zachowań/, ale jak ładnie i niewinnie brzmi. Oznaczamy nią innych, klasyfikujemy, a potem wrzucamy do takiej czy innej grupy. Najczęściej do tej nielubianej przez nas. I mamy takiego kogoś „z głowy”. Łatka zazwyczaj utrudnia, a nawet uniemożliwia prowadzenie rozmowy czy dyskusji. Przecież wiemy czego możemy się spodziewać, a więc po co słuchać, ważyć argumenty, wspólnie szukać rozwiązań… Pewnie dużo o człowieku mówi to co dana osoba czyta, czego słucha, jakie stacje telewizyjne ogląda, ale to nie oznacza, że nie można z nią pogadać. Owszem, może to być stratą czasu, kiedy obie strony tylko mówią, a nie chcą się słuchać, ale to materiał na inne rozważania.
Bywa, że przypięta łatka dobrze się trzyma i nawet jeśli ktoś próbuje ją odczepić, to nie jest to takie łatwe i proste.
Łatki
sty 21
Adekwatność
sty 15
Niedawno zobaczyłem w sieci fragment koncertu noworocznego z pewnego Domu Kultury. Czas świąteczny, no więc „na tapecie” kolędy. Zespół /w nazwie „band” – pewnie, żeby nie było wątpliwości/ i chór „aniołów” /taka charakteryzacja/ z liceum wyśpiewywały piękną kolędę „Cicha noc”. Niestety, w wykonaniu tych artystów, trudno było uwierzyć, że ta noc była „cicha”. Kolęda została przekształcona /przepraszam za eufemizm/ w dynamiczną, skoczną i głośną piosenkę. Na dodatek niemłoda /sorry, kobietom się lat nie wytyka/ wokalistka w krótkiej spódniczce dodawała swoje próby jodłowania. Czyli głośno i z przytupem, choć tekst zapraszał do ciszy i refleksji. Rozumiem, że dziś próbuje się kolędy zaśpiewać na nowo i są różne ich interpretacje. Każdy ma prawo zaaranżować coś znanego i pokazać to w nowej, często zaskakującej szacie. Ale, by to miało ręce i nogi, trzeba wczytać się w tekst i spróbować zrobić coś, co tworzyłoby jakąś harmonię tekstu z muzyką. No, chyba, że chodzi o szok i awangardę /dziś to modne i nadaje się do publikacji w mediach/. Słyszałem wiele kolęd w ciekawych aranżacjach, w stylach i rytmach dalekich od miejsc, w których rodziły się owe kolędy, np. „Tryumfy Króla Niebieskiego” w stylu reggae. Ale one najczęściej oddawały ducha tekstu i współbrzmiąc tworzyły właściwy klimat. Te moje uwagi nie dotyczą tylko kolęd /choć ta konkretna interpretacja „Cichej nocy” była impulsem do skreślenia tych kilku słów/. Nierzadko spotkamy się z sytuacją, w której jakiś tekst, muzyka, ruch, scenografia nie pasują do całości. Być może wynika to z braku szacunku do całości lub chęci pokazania za wszelką cenę czegoś, co potrafimy /może tak było z tym „jodłowaniem?/. A może jest tylko wynikiem niedbalstwa czy niezrozumienia. Nie wystarczy tylko powiązać fakty: skoro „Cicha noc” powstała w Austrii, to trzeba jodłować.
Hej, kolęda!
sty 8
O „kolędzie”, czyli wizycie duszpasterskiej, napisano wiele. Temat nośny, bo aktualny i wzbudza emocje. Widać to np. po komentarzach w sieci. Można to i owo usłyszeć na ulicy. Jedni bronią „kolędy” i piszą, że jest to okazja do rozmowy ze swoim duszpasterzem. Inni mówią: to zbiórka pieniędzy, ksiądz wpada po „kopertę”, bo na więcej nie ma czasu. Oczywiście owe głosy są uzależnione od wielu czynników. Na wsi będzie inaczej niż w mieście. Oceny „kolędy” zależą od zachowania konkretnych księży: jedni się starają, inni nie. Nie bez znaczenia będzie też zaangażowanie w życie kościoła tych, którzy oceniają. Osobiście cieszę się, że nie muszę chodzić „po kolędzie”. W pierwszym roku kapłaństwa „kolędowałem” w 10 tys. parafii w dużym mieście. Było nas dwóch /proboszcz i ja/, a przez kilka dni pomagał „wynajęty” trzeci ksiądz. Prawie nikogo się nie znało, miało się poczucie, że ludzie wieczorem chcą iść spać, a wielu po prostu nie wie o kolędzie, bo parafia istnieje od roku i jest tylko prowizoryczna kaplica. Jak do tego dołożymy, że pewna grupa mieszkańców nie chciała parafii, to mamy obraz niewesołej wędrówki. Ale był zapał i konieczność /byłem „wypożyczonym” księdzem zakonnym, który pracował w parafii diecezjalnej/. W innej parafii nieraz słyszałem podczas kolędy: „o! mamy nowego księdza”, choć tam byłem od trzech lat. Nauczyłem się też odmawiać proponowanej „na wejście” kawy czy herbaty w domach, gdzie nie znałem – przynajmniej z widzenia – ludzi. Zanim stałem się asertywny, najczęściej po kilku minutach okazywało się, że propozycja była „z grzeczności”, a ludzie tak naprawdę nie chcą rozmawiać z księdzem, bo i o czym? Ale… woda musi się zagotować /wrzątku nie wypiję/, a więc siedzę i kombinuję, by nie było niemiło. W czasie kolędy zdarzało się wiele ciekawych spotkań z ludźmi, których znałem z kościoła, i takich, w czasie których trzeba było robić dobrą minę. Zawsze doskwierała mi myśl, że nie wszyscy może chcą tej wizyty, ale nie wypada im odmówić. I te ilości poznanych szybko ludzi, którzy zacierali się i mieszali w pamięci. Inaczej chodziło się po wsi /z kolegą zastępowaliśmy umierającego na raka młodego proboszcza/. Ważne było, że ludzie nas znają z kościoła.
Kiedy słyszę pytanie: czy kolęda jest potrzebna?, odpowiadam: to zależy. Trzeba by zastanowić się o co nam chodzi w tej wizycie duszpasterskiej i potem dostosować do niej warunki. Bo trudno mówić o okazji do porozmawiania z duszpasterzem, poznania się, kiedy on ma kilka minut albo jest zmęczony tym „ciągłym poznawaniem” /np. gdy jednego dnia jest do odwiedzenia 30 czy 40 mieszkań/. Kiedy nie ma ochoty na spotkanie /czy to ze strony duszpasterza, czy odwiedzanych parafian/, to ono nie może się udać. A jeśli przyjmiemy, że jest to święcenie mieszkań i zbiórka pieniędzy, to powiedzmy to jasno. W takim wypadku kolęda „pójdzie migiem”. Potem tylko to trzeba by wszystko rozliczyć i podać do wiadomości. Transparentność – dziś ważne słowo. Kolęda ma tradycję, ale wypadałoby ją dziś dobrze zaadaptować do warunków.
Petarda
sty 1
Nie przepadam za sztucznymi ogniami. Z reguły raczej więcej robią huku niż jakiegoś wrażenia estetycznego /te różne spadające kule, różnobarwne pióropusze, itp./. Domyślam się, że najtańsze są petardy, a za „pokazy iluminacji” trzeba słono zapłacić. Stąd więcej wybuchów niż okazji do podziwiania pirotechnicznych fajerwerków. Wydaje mi się, że z roku na rok coraz więcej huku w okolicach Sylwestra. Z ekonomicznego punktu widzenia kupowanie hałasu nie ma większego sensu, ale ktoś może zauważyć, że to przecież rozrywka i nie wypada zaglądać do cudzej kieszeni. W końcu trzeba niekiedy się rozerwać. I to zdarza się, że dosłownie. Umiłowanie huku ostatnio skojarzało mi się z wybuchami bomb i ostrzałem artyleryjskim. Nie miałem – na szczęście –jakichkolwiek wojennych czy terrorystycznych przeżyć. Nie jest żadną tajemnicą, że we wszelkich działaniach pirotechnicznych prym wiodą mężczyźni. Może, gdyby się wyszaleli na jakimś poligonie, oszczędziliby innym tego hałasu? Ciekawe, że zwierzęta nie cierpią Sylwestrowej nocy. Właśnie z powodu huku. Ktoś powie, że gdyby ktoś im wytłumaczył, że ten hałas nic złego im ni zrobi, to może polubiły go. Ale instynkt podpowiada im niebezpieczeństwo i konieczność ucieczki. Może warto by było się zastanowić, czy czasami swoim nielubieniem petard nie podpowiadają nam, ludziom, że hałas niszczy. W końcu Pan Bóg zwierzęta stworzył przed nami. Może wiedzą więcej? Instynktownie.
PS. A może ten hałas ma zagłuszyć cały nasz niepokój?
Magiczne święta
gru 24
Słyszę to hasło z wielu stron. Domyślam się, że chodzi tu wydarzenie „mające niezwykły, tajemniczy urok i wielką siłę oddziaływania” /jak podaje w jednym ze znaczeń Słownik Języka Polskiego/. Ale w pierwszym odruchu /i takie jest też pierwsze znaczenie tego słowa w owym słowniku /„magiczny”, znaczy związany z magią/. Przyznam, że w uroczystości Bożego Narodzenia nie widzę żadnej magii. Po prostu wspominamy dzień narodzenia Jezusa Chrystusa. Dla wierzących w Jego boskość – dzień szczególny, bo przypominający wielką miłość Boga, który posłał swego Syna, by ten stał się człowiekiem. To nie tylko mądrość teologiczna, którą wypadałoby znać /uwaga dla wierzących/, ale i tłumaczenie, dlaczego ten dzień jest tak ważny. Przez wieki na okoliczność Świąt Bożego Narodzenia nagromadziło się mnóstwo tradycji, zwyczajów, obrządków, śpiewów, itd. itp. Pokazują nie tylko pomysłowość człowieka, ale przede wszystkim poszukiwania najlepszego sposobu tłumaczenia sobie i innym co się tam wydarzyło szczególnego w tę noc w Betlejem i jak można to przełożyć na nasze życie. Dziś nieraz odnoszę wrażenie, że te różne zwyczaje traktuje się jak piękną, ale „zalatującą” skansenem tradycję. Można pooglądać jasełka, zaśpiewać kolędę /przecież wypadałoby/ i ocenić grę aktorów lub nasze braki w pamięci i kiepski głos. Ale czy słyszymy ich przesłanie, mówiące o narodzonym Mesjaszu? Mówi się dziś o komercjalizacji świąt, o bieganiu po sklepach /także i internetowych/ za prezentami. Ale problemem – tak myślę – może być i powierzchowność w przeżywaniu świąt, w której tradycja staje się celem sama w sobie, a rzeczywiste powody świętowania tego dnia są coraz bardziej nieznane i obce. Choinka, kolędy, śnieg /mała rozpacz kiedy go nie ma/ i …wzruszenie. Nie chcę być złym prorokiem, ale może za jakiś czas będzie wzruszenie, ale ramion na pytanie: czy Pan/Pani obchodzi święta? Niemniej dziś warto nie tylko pielęgnować zwyczaje, ale i przypominać sobie , a szczególnie maluczkim, dlaczego je obchodzimy. By ten Jezus malusieńki z Betlejem, Bóg zrodzony z Dziewicy, nam błogosławił. Czego z serca życzę czytającym ten tekst.
Odleciały jedne ptaki, zadomowiły się inne. Życie nie zna pustki. Park też nie za bardzo. Tak jak w zeszłym roku, także teraz można podziwiać u nas bażanty. Przemykają alejkami /jak zorientują się, że ktoś się zbliża/, paradują po boisku. Widać, że czują się tu u nas w miarę bezpiecznie i stąd ich obecność. Nie ma psów gończych, ani myśliwych z bronią. To poczucie bezpieczeństwa potrzebne jest każdemu stworzeniu. Dobrze, jeśli można je znaleźć. Trzeba też czynić wszystko – jeśli tylko mamy na to wpływ – żeby szczególnie to, co bezbronne, miało warunki, w których czuje się bezpiecznie.
Tydzień temu rozpoczęły się w naszej małej owczarni wykoty – przyszły na świat dwie owieczki i trzy baranki. Kapitalnym doświadczeniem jest obserwacja tych małych stworzeń, kiedy szukają swych matek, a z kolei jak one troszczą się – na swój sposób – o własne dzieci. Już kiedyś pisałem, jak wiele możemy się nauczyć od różnych stworzeń. Te obserwacje mogą nie tylko budzić zachwyt i zadumę nad porządkiem świata, instynktem czy wolą życia. One też przyczyniają się – tak sądzę – do rozmyślań nad naszym ludzkim życiem. Bo skoro zwierzęta potrafią tak dbać o siebie, to o ile bardziej powinni ludzie. Niekiedy można usłyszeć w mediach o wyrodnych rodzicach, porzuconych czy maltretowanych dzieciach. Budzi to w nas oburzenie, ferujemy wyroki czy załamujemy ręce nad obecnym światem. Najczęściej dowiadujemy się o tych dramatycznych historiach, kiedy już pojawią się ofiary – najczęściej dzieci, które są najsłabsze i bezbronne. Chcąc pomóc, szuka się wtedy różnych sposobów. Ale czy jest szansa, by zapobiegać takim sytuacjom? Nie chodzi mi tu o bystrych sąsiadów, którzy widzą wcześniej i reagują, czy wszelkie służby, które z natury swej mają pomagać we wszelkiego rodzaju patologiach. W sumie, by być rodzicem, nie trzeba kończyć kursu z egzaminem, jak na prawo jazdy. Dziecko się ma. I bywa, że na posiadaniu –niestety- się kończy. I tu jest cała tragedia: rodzice mogą mieć dzieci, a dzieci nie mogą mieć rodziców. Brzmi paradoksalnie, ale jak nazwać sytuację, w której dziecko tylko z tego powodu, że jest słabsze, stoi na straconej pozycji? W świecie zwierząt /według mojej wiedzy /o życiu często decyduje instynktowna siła jednostki. Ale zwierzęta nie bawią się w rodziców. Oni nimi są. Bo życie to nie zabawa.
Pozwolenie domyślne
gru 11
Coś takiego obowiązywało w naszym Seminarium Duchownym w czasach, kiedy w nim się uczyłem. Wynikało to – jak się domyślam – z faktu, że kleryków było ponad 160, a ksiądz prefekt – jeden. A to on był wychowawcą i pozwalał na to czy owo. A kiedy go nie było albo nie można było się z nim skontaktować /telefony komórkowe jeszcze nie istniały/, to wtedy korzystało się z pozwolenia domyślnego. Zakładało się, że „sprawa” jest ważna i dobra i pewnie prefekt by pozwolił. Ale skoro nie można było pogadać o tym z prefektem wcześniej, należało o tym porozmawiać później. Pewnie były przy tej „opcji” załatwiania spraw różne nadużycia, bo człowiek potrafi sobie radzić. No, choćby wystarczyło poczekać z jakąś sprawą do pewnej nieobecności wychowawcy, a potem zapomnieć o wszystkim. Były też i sytuacje, gdy komuś się wydawało, że „na to” prefekt pozwoli.
Przypominam sobie o tym „pozwoleniu domyślnym”, kiedy ktoś robi coś, co wymagałoby mojej zgody, a przynajmniej rozmowy. Jako przełożony dużego domu i sporych – jak na tutejsze warunki – terenów, niekiedy spotykam się z brakiem poszanowania woli właścicieli. Nie chodzi mi tu o poczucie własnej wartości czy uświadamianiem innym kto tu rządzi. Chodzi mi o porządek i dobre obyczaje. Ktoś powiesił sobie na naszym ogrodzeniu ogłoszenie, ktoś inny wywalił gruz na naszej posesji /ukształtowanie terenu i zadrzewienie uniemożliwia obserwację/, bo chce poszerzyć drogę. To tylko wydarzenia z ostatnich tygodni. Ale gdybym prowadził precyzyjny zapis, byłoby tego więcej. A są pewnie i takie sprawy, których nie zauważyłem. Nie wiem skąd się bierze taka samowola, bo tak trzeba to nazwać. Czy to wychowanie, obecny w nas „homo sovieticus” /wszystko wspólne, a prawo nijakie/, a może coś innego. Pamiętam, gdy byłem w poprzednim domu, jedna z sąsiadek wyrzucała w róg naszej posesji śmieci. Po swojej stronie miała śmietnik i dzieliła się z nami /choć nie mieliśmy na to ochoty, bo śmieci były w pojemnikach regularnie wywożone/. Mimo, że co roku sprzątaliśmy ten kąt do czysta, po jakimś czasie śmieci pojawiały się na nowo. Owszem, można by zadzwonić na policję czy straż miejską i zgłosić. Ale chyba nie o to chodzi, by w takie sprawy angażować stróżów prawa. To powinno wynikać z naszej kultury. Sama znikła, czy ktoś jej w tym pomógł?
Nieudolna władza
gru 3
Już kiedyś pisałem o tym, jak porusza mnie widok pola leżącego odłogiem. Podobnie się czuję, widząc zmarnowany zapał ludzi. Ogarnia mnie smutek i złość „jak moc pospólną trwoni nieudolna władza” – o czym pisał w swoim 66 sonecie Szekspir /przekład: S. Barańczak/. Niestety, często niewiele można zrobić, by było inaczej. Bo ta władza zdaje się czuć dobrze i płynie sobie, ręką mocno dzierżąc ster, choć ten statek to Titanic. Zresztą dość szybko znajdzie klakierów albo mnóstwo wymówek, że przecież niewiele może zrobić, że czasy ciężkie, itd. itp. Jezus kiedyś powiedział, że „komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie; a komu wiele zlecono, tym więcej od niego żądać będą” /Łk 12,48/. Brzmi twardo i może niejednego zarządcę czy szefa przestraszyć. Ale nie od dziś wiadomo, że ten na górze odpowiada nie tylko za siebie, ale przede wszystkim za firmę i pracujących tam ludzi. Przynajmniej tak powinno być, ale obecnie – niestety – coraz częściej spotykamy się z ratowaniem własnej skóry /bywa, że i kosztem podwładnych/. Może dlatego szefowie rzadko bywają lubiani. Dziś nie brakuje różnych kursów menadżerskich, gdzie można się szkolić. Ale dochodzę do wniosku, że ta wiedza /nieraz zdobyta za duże pieniądze/ potrzebna jest do CV, awansu, czy wręcz dobrego samopoczucia. A dobre szefostwo bierze się z umiejętności, dbania o dobre wyniki i… empatii, bycia z ludźmi. Dodałbym jeszcze pokorę, która z pozoru powinna przydać się podwładnym, bijącym czołem przed władzą z przymilnym uśmiechem. Ale właśnie ta pokora, czyli prawda o sobie i swoich ograniczeniach, pozwala zrozumieć kłopoty innych, a i niekiedy zrezygnować z zarządzania, kiedy okazuje się, że nie daje się rady. Kiedy już o tym piszę, nie można też zapomnieć o odwadze, która staje się coraz rzadsza, bo ma za dużo do stracenia. Mówi się, że władza to służba. Brzmi ładnie. Ale chyba zapomina się o pytaniu: komu się służy? Sobie?
To wszystko co napisałem można odnieść do różnych rodzajów odpowiedzialności i zarządzania. Może nawet ktoś zobaczy tam siebie albo jakiegoś szefa. Ja zobaczyłem. Stąd ten tekst.
Śpiewać każdy może…
lis 26
W pierwszym odruchu chciałem napisać, że nawet powinien. W porę uświadomiłem sobie, że – biorąc pod uwagę troskę o bliźniego – w niektórych przypadkach można by jednak poprosić o milczenie. Z doświadczenia wiem, że beztalencia muzyczne zdarzają się rzadko. Ale, kiedy je mamy obok, możemy rzeczywiście cierpieć męki. Bywa, że ludzie nie śpiewają, bo brakuje im odwagi /na różnych imprezach, biesiadach czy meczach – być może „po wpływem” – drą się nieźle/. By nie wpaść w zbyt szeroki temat, chciałbym zauważyć rolę śpiewu w kościele, a jeszcze „zawężając” – na Mszy św. Śpiewanie pieśni nie ma charakteru przerywnika /żeby ksiądz przy ołtarzu coś mógł zrobić i ciągle nie musiał „gadać”/ czy też jakiegoś wypełniacza /jak np. jakaś pianka uszczelniająca/. Śpiew ma pomóc w przeżywaniu Mszy św. i być modlitwą – ma nas prowadzić do Boga. Pewnie nie zawsze to się udaje, bo np. pieśni są źle dobrane, organista ma 40% trafień w klawisze, sąsiedzi fałszują, a na dokładkę ja nie znam tekstu. Można by dołożyć jeszcze kilka innych przeszkód, ale nie chodzi mi o to, by coś wyśmiać. Raczej zachęcić do wspólnego śpiewania i pokonywania – na ile to możliwe /tekstu mogę się nauczyć, ale fałszujących nie zastrzelę…/ tych różnych trudności. Przez całe wieki, od czasów Bogurodzicy, powstawały pieśni i śpiewano je na Bożą chwałę i ku zbudowaniu ludzi. Trzeba „tylko”, a może „aż” przypominać je i śpiewać. Pewną trudnością jest słaba znajomość tekstów. Widać to szczególnie np. przy kolędach. Znamy ich dość dużo, ale z reguły po jednej zwrotce. Być może pamięć u nas już nie taka jak kiedyś albo zaprzątnięta tymi wszystkimi PIN-ami i hasłami. Kiedyś na Śląsku każdy chodził do kościoła z książeczką do nabożeństwa i było z czego śpiewać. Potem pojawiły się w kościołach rzutniki. Dziś są telewizory i różne wyświetlacze. Przyznam, że od jakiegoś czasu myślę i dyskutuję ze współbraćmi, co by tu zrobić, by mieć tekst przed oczami. Nawet kiedyś zagościła do nas firma prezentująca wyświetlacze, ale raczej ich nie zainstalujemy. Telewizora też nie – niech sobie siedzi w sali czy pokoju. Dzisiejsze nowinki techniczne – to tylko moje zdanie – psują szczególny charakter kościoła. Jego sakralność. Jak to wszystko pogodzić?… Nie wiem. Ale najważniejsze, by wiedzieć po co się śpiewa i dla Kogo. Jeśli jesteśmy w stanie zaangażować głowę, serce, głos, płuca, uszy, itd. to możemy poczuć się jak na próbie przed tym niebieskim śpiewaniem. No bo przecież każdy z nas przygotowuje się na tę Ucztę w niebie, dokąd zaprasza nas nasz najlepszy Ojciec. By rozwiać niepokoje tych, co „im słoń nadepnął na uszy”, u Boga każdy sobie poradzi. I nie będzie to – jak nieraz pokazują to przeciwnicy Pana Boga – nudne śpiewanie kiepskich kawałków. Ale najlepszy koncert jaki ktokolwiek widział i przeżył – nie do wyobrażenia! Bo czyż można wyobrazić sobie Boga? Albo niebo? Można tylko uwierzyć Bogu na słowo.
Tam gdzie nam najlepiej. Czyli w takim miejscu, które pozwoli jak najpełniej przeżywać Mszę św., spotkanie z Bogiem we wspólnocie. Z obserwacji wynika, że najwięcej osób lubi siedzieć pod chórem, jak najdalej od ołtarza. Może to skromność czy poczucie własnej grzeszności nie pozwala zbliżyć się do głównego miejsca. Kiedyś, przed wiekami, o tym kto miał prawo siedzieć bliżej ołtarza decydował status moralny /grzesznicy stali przed kościołem/ albo materialny /bogaci mieli nawet swoje ławki i nie było to znowu tak dawno; pamiętam w swoim parafialnym kościele/. Dziś przed kościołem /u nas rzadko to się zdarza, co przypisuję ruchliwej drodze i braku miejsca/ ludzie stają chyba z innych powodów. Nie zamierzam nikogo oskarżać o złe intencje, ale trudno zrozumieć tych, którzy z własnej i nieprzymuszonej woli nie chcą widzieć, a bywa, że i słyszeć tego, co dzieje się na Mszy św. Ktoś powie przekornie, że przecież co tydzień słyszy się to samo /może z wyjątkiem kazania i ogłoszeń/. Ale czy przychodząc do kogoś w gości – jeśli oczywiście zależy nam na gospodarzu – siadamy w przedpokoju czy nawet za drzwiami? Uważam, że trudniej przeżywa się spotkanie z Bogiem, kiedy jesteśmy fizycznie dalej od miejsca, w którym On objawia się w swoim Słowie i pod postacią chleba i wina. Wiem, że są tacy, którzy może się ze mną nie zgodzą, ale będą to wyjątki lub ci, którzy zechcą za wszelką cenę obronić swoją motywację dotyczącą zajmowania miejsca w kościele. Różne są kościoły i nie zawsze /np. u nas na Kopcu/ jest miejsce przy ołtarzu. Ale jak zinterpretować sytuację, kiedy kościół jest prawie pusty, a na chórze czy gdzieś obok konfesjonałów ukrywają się wierni? Boją się Oka Opatrzności czy wzroku księdza odprawiającego Mszę św.? Może nie mają „szaty godowej” i stąd to odległe miejsce? Przyglądając się niekiedy ludziom młodym, widzę, że może Msza św. ich nudzi, a obowiązek zmusza /rodzice każą kontynuować tradycje przodków, trzeba podpisać w książeczce, bo nie dopuszczą do bierzmowania/, stąd szukanie miejsc wygodnych do przeczekania lub nawet zajęcia się sobą nawzajem /choć należałoby Panem Bogiem/. Ale by nie wpaść w minorowy ton, muszę przyznać, że widzę też wielu, którzy zmierzają do pierwszych ławek. Myślę, że łatwiej im o skupienie i zaangażowanie w modlitwę, choć może czują na sobie taksujący wzrok tych z tyłu. Każdy z nas powinien odnaleźć swoje miejsce w kościele /w tym wypadku, w budynku, żeby nie było nieporozumień/. I może się ono zmieniać w zależności od naszego zaangażowania w przyjaźń z Jezusem. Zdaję sobie sprawę jak wiele może być czynników, które wpływają na wybór tego miejsca, ale będzie dobrze, jeśli to gdzie siedzę czy stoję będzie wynikało z mojego poszukiwania jak najlepszego przeżywania Mszy św.
PS. Nieraz widzę jak wielki problem z zajmowaniem miejsc mają rodzice z małym dziećmi. Być z dzieckiem blisko, ale i mieć możliwość „wycofania się”, kiedy ono nie ma ochoty na skupienie.