Dobre przesłania

Już kiedyś ktoś zauważył, że najlepiej sprzedają się złe wiadomości. Dlatego jest ich tak dużo w różnych mediach /także i w rozmowach/. Myślę, że nie mniej na świecie jest dobrych wieści, ale im trudno przebić się na pierwsze strony czy do głównego wydania. Podobnie dzieje się z opowiadaniem dłuższych historii i kręceniem filmów. Tym bardziej – tak uważam – trzeba podkreślać to, co niesie dobre wieści.
Ostatnio w ramach prezentu od św. Mikołaja dostaliśmy – w naszej Szkole na Kopcu – bilety do kina na „Wielką Szóstkę”. Film jest animowany i amerykański od Walta Disneya. No i można go obejrzeć w technologii 3D. Choć to wszystko nie jest najważniejsze. Nie będę opowiadał fabuły, by nie psuć dobrej zabawy tym, którzy zdecydują się ten film obejrzeć. Mimo, że na ekranie pojawia się fantastyczny i technologicznie rozwinięty świat, roboty, to najważniejsza jest braterska więź, grono przyjaciół. Bardzo mocno brzmi przesłanie, iż zemsta zaślepia, niszczy i nie rozwiązuje problemów. Usłyszałem od dzieci, że któreś z nich popłakało się, kiedy na ekranie jeden z bohaterów poświęcał swoje życie, by mógł żyć ten drugi. Ktoś powie: piękna i wzruszająca bajka. Jednak taki obraz – mam wielką nadzieję – zapada w serce. Niedaleko też prawdy o Bogu, który staje się człowiekiem i oddaje życie za nas. A to już nie jest film i bajka.
PS. Proszę o modlitwę za pewną 8-letnią Martę. Dziś dowiedziałem się, że rozpoznano u niej nowotwór. Rozpoczyna walkę i chemię.

Co ludzie powiedzą?

Ważne jest dobre imię i dbanie o nie. Dziś dość łatwo jest rzucić złe słowo, które przykryje szczelnie całego człowieka i zakryje to wszystko co zrobił. Odtąd ma tylko jedno imię. I najczęściej trudno jest wtedy przebić się z prawdą. Bywa, że dopiero czas – dla tych, którzy mają cierpliwość – ukazuje prawdziwe oblicze, intencje. Może dlatego tak dziś walczy się – jest to nieraz niejedna bitwa, a nawet wojna – do upadłego o swoje dobre imię, ale i niestety o złe dla przeciwnika. Kiedyś kanałem, którym płynęły informacje były spotkania i rozmowy. Teraz mamy nie tylko radio, telewizję, ale internet ze swoją szybkością przewyższającą nieraz zdolność do refleksji i zastanowienia się co się pisze /sam się na tym nieraz łapię/. Stąd pojawiają się ludzie pomagający /bywa, że i nie/ w dbaniu o dobry wizerunek. Pragnę dodać, że nie tylko można dbać o dobre imię człowieka, rodziny, ale i np. choćby miasta. Piszę to wszystko, bo dotarło do mnie – wobec wadowickich wyborów – prawie rozpaczliwie wołanie: co teraz o nas powiedzą? Pewnie warto o to pytać, ale nie sądzę, żeby – posługując się cytatem z filmu „Rozmowy kontrolowane” – robić z tego zagadnienia. A już na pewno nie najważniejsze. Przyznam, że kiedy usłyszałem to pytanie, to przed oczami pojawił się – nie wiem dlaczego, może pomogłaby w tym psychoanaliza – obraz młodej niezamężnej córki, która komunikuje swoim rodzicom, że spodziewa się dziecka. Co oni wtedy robią? Często pytają: co ludzie powiedzą? A potem… bywa różnie: pomoc w narodzinach i wychowaniu dziecka, szukanie w pośpiechu kandydata na męża, który nie umie liczyć do dziewięciu, wyrzucenie z domu, a bywa, że i namawianie do pozbawienia życia dziecka. Dodam, że ci rodzice nie są złymi ludźmi, chyba nawet chodzą regularnie do kościoła i przyjmują księdza po kolędzie. Niestety, głównym motywem ich działania staje się: co inni o nas powiedzą? Pytanie, które paraliżuje i odbiera niekiedy zdrowy rozsądek.
Można dalej snuć rozważania czy poszerzać obraz. Niestety, odnoszę wrażenie, że dziś nie opadły jeszcze emocje, a one nie są dobrym towarzyszem do stawiania właściwych ocen. Dostrzegłem tylko, że cała ta kampania wyborcza była brudna. Bardzo brudna.
PS. Wiem, że pisząc ten tekst wchodzę na cienki lód, ale niepokoi mnie to co widzę i słyszę.
Wbrew pozorom wybory to bliski temat dla księdza. To sprawa wiary: któremu kandydatowi wierzymy, że to co mówi jest prawdą, a obietnice będzie chciał zrealizować.

Teraz

Grecy w swojej mitologii mieli dwie postacie, które „zajmowały się” czasem. Jedną z nich był Chronos, starszy gość uważany za personifikację Czasu, który wszystko widzi, ujawnia i wyrównuje. Zwykle przedstawiany jako stary, mądry mężczyzna z długą, szarą brodą. Taki „ojciec czas” od godzin, dni tygodni. Drugi to Kairos od szczęśliwego zbiegu okoliczności, szczęśliwego momentu lub wręcz odwrotnie: niewykorzystanej szansy. Kairos był łysy /polubiłem go jak się o tym w odpowiednim czasie dowiedziałem/. Miał tylko długą grzywkę /tego mu zawsze zazdrościłem/. Ten, kogo mijał, miał jedynie krótką chwilę, mgnienie, by go uchwycić, a wraz z nim swoją szczęśliwą szansę. Kiedy Kairos minął, nikt już nie mógł go złapać. Dlaczego o nich piszę? A bo chronos i kairos pojawiają się w Nowym Testamencie, jako greckie słowa /wszak ta cześć Biblii jest napisana po grecku/ oznaczające czas.
Dziś w Ewangelii można było usłyszeć słowa Jezusa: „Uważajcie, czuwajcie, bo nie wiecie, kiedy czas ten nadejdzie”. I tu czas jest zapisany jako… kairos. Jezus mówi o tym szczególnym momencie, o tej chwili. Łatwo jest ją przegapić, bo lubimy śnić. O przeszłości i przyszłości. Teraz myślę o „potem” albo o „przedtem”. A Bóg chce się ze mną spotkać. Teraz. I zawsze. I na wieki wieków. Amen.

Nie z tego świata

„Moje królestwo nie jest z tego świata” – mówił Jezus, stając przed Poncjuszem Piłatem. Pamiętamy tę scenę? Odnoszę wrażenie, że wielu ludzi o tym zapomina. Liczy czy też marzy o tym Bożym porządku i sprawiedliwości tu i teraz. Niektórzy – tak mniemam – gotowi byliby nawet na ofiary całopalne /głównie ze swoich wrogów i tych inaczej myślących/, by zaprowadzić to Boże królestwo. I tak już w historii świata nieraz bywało. Ale czy rzeczywiście o takie królestwo chodzi Panu Bogu?
Dziwny ten Jezus-Król. Myje nogi, siada do stołu z celnikami, umiera jak przestępca… Bezsilny i bezbronny…
A tak często modlimy się w „Ojcze nasz”: „przyjdź królestwo Twoje”.

Bal wszystkich świętych

A może byśmy zorganizowali bal wszystkich świętych? – usłyszałem od kilku osób. Czy to dobry pomysł – zamyśliłem się… Nie jest oryginalny, ale przecież to nie przeszkoda. W sumie w wielu środowiskach katolickich w Polsce i nie tylko podobne inicjatywy mnożą się jak grzyby po deszczu. Mają też wsparcie duszpasterzy, ba, doktorów teologii. A więc robić… Tym bardziej, że z ust niektórych dzieci słychać o przygotowaniach do halloween i widać ekscytację tym nowym i strasznym obchodem rodem z podziwianej Ameryki. Ale, ale… czy rzeczywiście czymś najbardziej pożądanym w przeddzień 1 listopada jest taniec, bal i występy? Rozumiem, że mimo nieustannego powtarzania z ambon /sam to co roku mówię/ o radości wszystkich świętych, których wspominamy w pierwszy dzień listopada, ludzie w kościołach nie ruszają w pląsy, lecz myślą o swoich zmarłych. I to nie jest tylko wina mediów, które przez całe lata – świadomie i nie – powtarzały, że to dzień zmarłych, zapominając o świętych i dniu zadusznym, przypadającym dzień później. To jest coś naturalnego, że dotykając śmierci milkniemy. I nawet świadomość i przekonanie o niebie nie zabiera nam smutku straty. Bywa, że ktoś powie o zmarłym: „on ma już tam dobrze, nie cierpi”, ale czy to oznacza, że my nie?
Nie tak dawno byłem na pogrzebie mamy kolegi księdza. Pragnął, by Mszę św. pogrzebową sprawowano w kolorze białym, a śpiewy były o zmartwychwstaniu. I tak było. Na początku nabożeństwa wszyscy wysłuchali wyjaśniającego komentarza. W czasie pogrzebu padło wiele słów o nadziei, zmartwychwstaniu i niebie. Ale spokój na twarzach bliskich i znajomych zmarłej mieszał się ze smutkiem odejścia kochanej osoby. I myślę, że nie da się inaczej. Także nie trzeba.
Odnoszę wrażenie, że bale wszystkich świętych są odpowiedzią na halloween. Ale czy ta kontrpropozycja nie zrodziła się czasem ze strachu? Ten nigdy nie jest dobrym doradcą. Zróbmy imprezę o świętych, ale w innym terminie. A halloween… ? Może wystarczy grzecznie powiedzieć: nie, dziękuję, to nie moje święto.

Kolor życia

Piękny był dziś dzień, choć rano się taki nie zapowiadał. Usiadłem sobie w parku /wiem, że niektórzy mi tego zazdroszczą/ i patrzyłem jak spadają liście. W niektórych alejkach zrobił się już z nich kolorowy dywan. Pewnie – jak znam dzieci – będą miały z tego wielką uciechę. Można się obrzucać tym liśćmi jak śnieżkami. A zabawa jest bezpieczniejsza od zimowej, bo śnieżki bywają cięższe. Wspaniale też biega się po takim liściastym kożuchu.
Wiem, że niedawno narzekałem na tę porę roku. Niektórzy w komentarzach patrzyli innym wzrokiem. Tym cieplejszym. Dziś te liście uświadomiły mi, że nie tylko wiosna jest kolorowa. Pomyślałem dalej: tak jak w życiu nie tylko młodość jest barwna. Jesień życia może też mieć piękne kolory. Trzeba tylko to zauważyć. A potem od oczu przejść do serca. Liście mogą być niezłymi kroplami nasercowymi. I w dodatku są lekiem bardzo naturalnym.
Ps. Ostatnio z dziećmi kopaliśmy ziemniaki, a potem piekliśmy je w ognisku. To jest jesienne przeżycie…

Coraz mniej czasu

Kiedy chodzę po tym Bożym świecie, tematy rozważań biegają za mną jak wiewiórki spieszące się przed zimą. Gdy siadam przed komputerem mam pustkę w głowie i zaczynam wątpić w ogóle w sens pisania. Tym bardziej, że zaraz pojawia się mnóstwo nie tylko ciekawych, co nieraz mało pożytecznych zajęć.
Widać wyraźnie, że nadchodzi jesień. Niespecjalnie przepadam za tą porą roku /za zimą jeszcze mniej/. Ciemno rano, ciemno wieczorem. I coraz zimniej. Nawet jak przygrzeje w południe, to po zmroku trzeba się ciepło ubrać. Wiewiórki – jak już zaznaczyłem – śmigają po drzewach i polu, robiąc zapasy. Wczoraj zajrzały do pokoju sikorki, ale doszły do wniosku, że, mimo mojego bezruchu, nie mają ochoty na rozsiadanie się. Pewnie też już myślą – w sensie instynktu – o zimie. Znajomi, przewidując różne zimowe dolegliwości, dostarczyli mi różne soki na przeziębienie. Niestety, nie mieli nic na porost włosów. Na dobry humor muszę sobie sam coś znaleźć. Jeszcze trzeba wykopać ziemniaki. I przeprowadzić owce. Baran nieustannie mnie atakuje, choć nie uważam, żebym mu w stadzie robił konkurencję. A może wyczuwa we mnie znak zodiaku: jestem baran. Osioł „Ares” zanosi się swoim płaczem przy każdej okazji i nie traci głosu /przy niedużych gabarytach ryczy na całą okolicę – to się nazywa dobre ustawienie głosu/. Zazdroszczę mu, gdy z wysiłkiem próbuję uspokoić dzieciaki w szkole. Nie jest źle, ale mogłoby być lepiej. Może ta tęsknota za ciszą to przejaw posuwania się w latach? Ale czy w mądrości i łasce u Boga i u ludzi?
Coraz mniej czasu…

Dobre maniery

Niech Pan zostawi coś dla nas – poprosiłem nieznajomego mężczyznę, który w naszym parku ładował kolejne orzechy do pokaźnej reklamówki. Widać było, że nie jest zadowolony z mojej prośby, choć przerwał zbieranie. W czasie kolejnych zdań, które wymieniliśmy, był nawet moment, gdy położył torbę, bym ją sobie zabrał. Przyznam, że nie chodziło mi o te kilka orzechów, ale o pewne zasady. Zdenerwowany spytał, czy znam tego, czy tamtego księdza /byłych mieszkańców Kopca/. A potem wyjaśnił, że jest z ich rodziny i zna ten nasz dom bardzo dobrze. Nie pierwsze takie spotkanie i trudna rozmowa z kimś, kto zachowuje się u nas jak gospodarz albo domownik. Przypominam sobie, że Pismo święte każe nam pamiętać, że jesteśmy tylko przechodniami i nie mamy tutaj domu. Ale… W moim przypadku w tym domu mieszkam i za to miejsce jestem odpowiedzialny jako przełożony. Mimo to, a może właśnie dlatego zwracam ludziom uwagę, że po przekroczeniu bramy /jest taka/ są u nas gośćmi. Kiedy odwołuję się do ich doświadczenia i pytam, jak potraktowaliby obcego, który kręciłby się po ich posesji, słyszę zdenerwowane sapanie i zdziwione oczy. Dodam, że zawsze w takiej chwili czuję się mało komfortowo, bo muszę tłumaczyć – wydawać by się mogło – proste zasady dobrego wychowania. I to takie, których jako pierwszych uczymy dzieci: mam na imię…, nazywam się…, jestem z… Być może w odpowiedzi na różne braki w dobrych manierach i w związku z rozwojem techniki pojawią się dostępne na świecie jakieś skanery, które zainstalowane np. przy okularach powiedzą mi „kto zacz” i co on tutaj robi. Pewną pomocą byłaby też nadprzyrodzona zdolność pozwalająca wiedzieć więcej niż widzą oczy… Jak na razie pozostaje mi uczenie się cierpliwości i pytanie z troską: w czym mogę pomóc?…
Już kiedyś zauważyłem, że trudno się uczy dorosłych tego, czego nie nauczyli się za młodu. A może tylko zapomnieli…

Chodzenie po drzewach

Wiem, dawno nie pisałem. Można by się wytłumaczyć wakacjami. Taki odpoczynek od pisania /dla mnie/ i czytania /dla zaglądających w to miejsce/. Przyznaję, że nie brakowało tematów i przemyśleń. Ale gdzieś tam odłożone na później pisanie /chyba nie jest w takim działaniu osamotniony/ ciągle było na jutro.
Tytuł tego wpisu zrodził się w pobliżu parku linowego. To takie miejsca – prędko wyjaśniam niewtajemniczonym – gdzie można założyć sobie specjalną uprząż, przypiąć się do liny i chodzić po drzewach. Zabawa wymaga sprawności fizycznej /są różne przeszkody/, wyzwala adrenalinę /bywają niezłe zjazdy, np. nad rzeką/. Usłyszałem niedawno ciekawy komentarz, który wskazuje z przekąsem na swoiste tęsknoty atawistyczne: człowiek zszedł kiedyś z drzewa, a dziś znowu go tam ciągnie. A może to tylko pragnienie, by poczuć się dzieckiem /dzieci z reguły lubią się wspinać, skakać, zjeżdżać, spadać/ lub tarzanem. Nie wiem czy historia zatoczyła tak wielkie koło, że jesteśmy zmęczeni techniką i postępem. Niemniej wielu szuka ostępów, życia zgodnego z naturą.
Patronem wszystkich chodzących po drzewach winien być ewangeliczny Zacheusz. Wszedł na drzewo, by zobaczyć Jezusa. A Ten nie tylko go zauważył, ale i poszedł do niego w gościnę.
PS. Myślę, że wracamy do początków także w ubieraniu się. A raczej rozbieraniu się, czyli noszeniu coraz bardziej skąpych strojów. Czyżby wystarczył tylko listek figowy? Ale… idzie zima.

Magis znaczy więcej

Wydaje mi się, że przyroda /piszę o tej co mnie otacza/ nie zna co to minimalizm. Trochę deszczu, słońca i… trudno nadążyć z koszeniem tego co urośnie. Nawet owce i koniowate nie są w stanie wykończyć wszystkich źdźbeł trawy, choć podobno /pisał o tym Monty Roberts, znawca koni/ nie przepuszczą żadnemu. Jesteśmy jako ludzie częścią przyrody, ale odnoszę nieraz wrażenie, że skłaniamy się raczej do minimalizmu. Zrobić to co konieczne. I tyle. Być może nie było tak od początku. O tym powinno świadczyć wszystko to co jest wytworem człowieka. Ale czy to nie zrodziło się – jak to gdzieś przeczytałem – z wygody i lenistwa człowieka? Czy rzeczywiście chcemy więcej, lepiej… Tak sami z siebie. Bez popychania, zachęcania, nakazywania czy wręcz zmuszania. Czy nie bez powodu na półkach księgarskich leżą podręczniki uczące motywacji? Myślę o tym i dziwię się, że tak różnimy się od tej ożywionej przyrody, będąc jej składnikiem. Może to nasz rozum przeszkadza w pragnieniu przekraczania siebie? Nie wiem. Boli mnie jednak minimalizm. I martwi.
Pójdę do parku. Zieleń ponoć uspokaja, a śpiew ptaków koi nerwy.