Rozróżnianie głosów

Mówi się: do trzech razy sztuka. Tyle razy wstawał młody Samuel i biegł do swojego nauczyciela, Helego, myśląc, że to on go woła. Także dopiero za trzecim razem Heli spostrzegł się, że to może Bóg chce mówić do jego ucznia.
Ile razy do mnie mówi Bóg, a ja Go nie słyszę? A może tylko nie wiem, że to Bóg? Kiedyś dawno, dawno temu umiejętność rozpoznawania głosów w przyrodzie, odczytywania różnych zjawisk pozwalała człowiekowi nierzadko uratować życie. Dziś wystarczy GPS, smartfon z aplikacją… Wystarczy, choć najlepiej mieć przewodnika, szczególnie w okolicznościach, których nie da się przewidzieć, kiedy wszystko zmienia się często w oka mgnieniu, a zachodzące reakcje /szczególnie te międzyludzkie/ nie są do opisania żadnym sensownym algorytmem. Takie jest właśnie nasze życie. Stąd niektórzy gubią się i innych. Co prawda ukazuje się mnóstwo różnych rozmówek, słowników, tłumaczeń obcych języków, poradników, mowy ciała… Jednak nie dają nam pewności, że rozumiemy to co się dzieje, czy to co do nas ktoś mówi.
„Mów Panie, bo sługa Twój słucha” – to rada Helego dla Samuela. Dobry nauczyciel sam słucha i wie, że trzeba innych uczyć słuchania. Co dziś chce mi powiedzieć Bóg?

Gada, gada

W czasie okołoświątecznym, bodajże w „Wiadomościach” zobaczyłem krótką migawkę ze Wspólnoty Burego Misia. Dom na Kaszubach, gdzie żyją, pracują, modlą się sprawni z niepełnosprawnymi. W trakcie programu ksiądz mieszkający we Wspólnocie opowiadał m.in. o otwartości osób upośledzonych w wyrażaniu swoich opinii. Najbardziej podobało mi się stwierdzenie jednego chłopaka, któremu najwidoczniej dłużyło się kazanie księdza: „gada i gada, porzygać się można”. Może i nie brzmi to ładnie. Kiedy jednak pomyślę o tym jak nieraz mówię na ambonce, to chciałoby się powtórzyć za tym niepełnosprawnym… Tak łatwo uwierzyć w swoje zdolności, zapomnieć w czyim imieniu się przemawia. Bywa, że z rozpędu powie się za dużo i za mocno, tłukąc niemiłosiernie słowami. Chciałoby się szybko opublikować jakąś erratę.
Słowo padło… Zdarza się, że ich jest za wiele, bo tak łatwo przeciskają się przez usta. Leją się jak woda, zatapiając sens. Usypiają siedzących w ławkach i drażnią przestępujących z nogi na nogę. Czytane z kartki, dają kaznodziei poczucie bezpieczeństwa i nierzadko pozbawiają się życia. Mówione „z głowy” ryzykują odlotem.
A Pan Bóg próbuje się w nich zmieścić. I wystarczy mu oślica. Może być Balaama.

……………….

„Kiedy więc dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak obłudnicy czynią w synagogach i na ulicach, aby ich ludzie chwalili. Zaprawdę, powiadam wam: ci otrzymali już swoją nagrodę. Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie”/ Mt 6,2-4/.

Słodko-gorzki

W naszym kościele można poznać zbliżający się czas świąt po kolejkach do konfesjonału. Najpierw jest pracowita ostatnia niedziela przed świętami, a potem im bliżej, tym dłuższe kolejki. Apogeum następuje w wigilię /przed Wielkanocą w Wielką Sobotę/. Pewnie można by pozbyć się kolejek, nie siadając w tych dniach do konfesjonału. Ale… po to między innymi zostaliśmy wyświęceni, by pomagać w pojednaniu się z Bogiem. Widok garnących się tłumów winien cieszyć każdego, komu leży na sercu powrót człowieka do Boga. W tej beczce miodu jest jednak łyżka /a może więcej/ dziegciu. To sposób traktowania spowiedzi przez penitentów. Nierzadko można podejrzewać /wiem, że nieładnie/ chęć uspokojenia sumienia czy odbycia świątecznej praktyki. Pisałem już kiedyś o trudzie tłumaczenia w konfesjonale, o co tu chodzi. Jednak brak czasu i nastawienie penitentów często uniemożliwiają jakąś pomoc. Odnoszę wrażenie, że mogę jedynie temu choremu szybko opatrzyć rany podstawowym zestawem i w krótkich słowach – oceniając stan – zalecić dalsze leczenie. Zdaję sobie sprawę, że „pacjent” może mnie nie posłuchać i za niedługo zapadnie na jeszcze gorszą chorobę, ale co mam robić? Być może chory nie traktuje moich słów poważnie /wie lepiej/, a chorobę bagatelizuje /”daj mi księże coś, żeby tak nie bolało i bym mógł jakoś siąść do wigilii, przeżyć te święta”/. Kiepski jest stan wiedzy pacjentów o własnym zdrowiu, sposobach leczenia /szczątkowa wiedza z katechezy szkolnej/. A najbardziej dotkliwe jest przekonanie, że nic mi nie dolega. Nie można zapomnieć o tym, że wielu jest przekonanych jak się leczyć i nie zamierza nic zmieniać. Nie ukrywam, że dopada mnie nieraz pokusa, by odmówić pomocy lub tłumaczenia choroby. Ale czy mogę? W końcu mam pomagać w leczeniu. Dał mi tę pracę najlepszy Lekarz. I ja przy Nim jestem jedynie instrumentariuszem. Dlatego nie narzekam na dyżury /trochę ściemniam, ale to lepiej brzmi/, choć bywa, że trudno się dogadać z pacjentem. Czy jest jednak coś wspanialszego, niż dar życia i zdrowia? Życzę zdrowia…
Niech Bóg narodzi się w Twoim sercu i Domu. Gloria in excelsis Deo!

Let it be

To nie promocja Beatlesów, choć utwór napisany przez Paula Mccartneya podoba mi się. Doczytałem, że napisał go po tym, jak przyśniła mu się zmarła mama, Maria, która przyszła do niego i „mówiła mu słowa mądrości”. Dodam, że inny muzyk sławnego zespołu – Lennon – nienawidził „Let It Be”, gdyż twierdził, że piosenka ta ma zbyt religijny charakter. Czyżby w tym tekście słyszał historię z Ewangelii św. Łukasza? I tu dochodzimy do innej Marii, tej z Nazaretu. Bo Ona na koniec rozmowy z Bożym posłańcem powiedziała tak samo, jak mama Paula: let it be – niech się mi stanie /oby to się stało/. To były bardzo ważne słowa. Słowa otwierające na życie. Można różnie wyrażać tę zgodę na życie. Z rezygnacją… Z poddaniem… Z ochotą… Bywa, że nie rozumiemy o co chodzi w tej propozycji, którą słyszymy. Zdarza się, że nie jesteśmy w stanie przewidzieć jaka będzie cena naszej zgody. Ale można powiedzieć komuś: „tak”, jeśli mu ufamy, jesteśmy przekonani, że nas nie oszuka.
Często pewnie mówimy: „bądź wola Twoja, jako w niebie tak i na ziemi” w „Ojcze nasz”. Świadomie? Dobrowolnie?
P.S. W czasie łamania opłatkiem usłyszałem życzenie od pierwszoklasisty: aby ksiądz szedł prostą drogą do Pana Boga. Okazuje się, że nie tylko Jan Chrzciciel przypomina o prostowaniu dróg. Mam zadanie domowe. Na całe życie.

Dobre przesłania

Już kiedyś ktoś zauważył, że najlepiej sprzedają się złe wiadomości. Dlatego jest ich tak dużo w różnych mediach /także i w rozmowach/. Myślę, że nie mniej na świecie jest dobrych wieści, ale im trudno przebić się na pierwsze strony czy do głównego wydania. Podobnie dzieje się z opowiadaniem dłuższych historii i kręceniem filmów. Tym bardziej – tak uważam – trzeba podkreślać to, co niesie dobre wieści.
Ostatnio w ramach prezentu od św. Mikołaja dostaliśmy – w naszej Szkole na Kopcu – bilety do kina na „Wielką Szóstkę”. Film jest animowany i amerykański od Walta Disneya. No i można go obejrzeć w technologii 3D. Choć to wszystko nie jest najważniejsze. Nie będę opowiadał fabuły, by nie psuć dobrej zabawy tym, którzy zdecydują się ten film obejrzeć. Mimo, że na ekranie pojawia się fantastyczny i technologicznie rozwinięty świat, roboty, to najważniejsza jest braterska więź, grono przyjaciół. Bardzo mocno brzmi przesłanie, iż zemsta zaślepia, niszczy i nie rozwiązuje problemów. Usłyszałem od dzieci, że któreś z nich popłakało się, kiedy na ekranie jeden z bohaterów poświęcał swoje życie, by mógł żyć ten drugi. Ktoś powie: piękna i wzruszająca bajka. Jednak taki obraz – mam wielką nadzieję – zapada w serce. Niedaleko też prawdy o Bogu, który staje się człowiekiem i oddaje życie za nas. A to już nie jest film i bajka.
PS. Proszę o modlitwę za pewną 8-letnią Martę. Dziś dowiedziałem się, że rozpoznano u niej nowotwór. Rozpoczyna walkę i chemię.

Co ludzie powiedzą?

Ważne jest dobre imię i dbanie o nie. Dziś dość łatwo jest rzucić złe słowo, które przykryje szczelnie całego człowieka i zakryje to wszystko co zrobił. Odtąd ma tylko jedno imię. I najczęściej trudno jest wtedy przebić się z prawdą. Bywa, że dopiero czas – dla tych, którzy mają cierpliwość – ukazuje prawdziwe oblicze, intencje. Może dlatego tak dziś walczy się – jest to nieraz niejedna bitwa, a nawet wojna – do upadłego o swoje dobre imię, ale i niestety o złe dla przeciwnika. Kiedyś kanałem, którym płynęły informacje były spotkania i rozmowy. Teraz mamy nie tylko radio, telewizję, ale internet ze swoją szybkością przewyższającą nieraz zdolność do refleksji i zastanowienia się co się pisze /sam się na tym nieraz łapię/. Stąd pojawiają się ludzie pomagający /bywa, że i nie/ w dbaniu o dobry wizerunek. Pragnę dodać, że nie tylko można dbać o dobre imię człowieka, rodziny, ale i np. choćby miasta. Piszę to wszystko, bo dotarło do mnie – wobec wadowickich wyborów – prawie rozpaczliwie wołanie: co teraz o nas powiedzą? Pewnie warto o to pytać, ale nie sądzę, żeby – posługując się cytatem z filmu „Rozmowy kontrolowane” – robić z tego zagadnienia. A już na pewno nie najważniejsze. Przyznam, że kiedy usłyszałem to pytanie, to przed oczami pojawił się – nie wiem dlaczego, może pomogłaby w tym psychoanaliza – obraz młodej niezamężnej córki, która komunikuje swoim rodzicom, że spodziewa się dziecka. Co oni wtedy robią? Często pytają: co ludzie powiedzą? A potem… bywa różnie: pomoc w narodzinach i wychowaniu dziecka, szukanie w pośpiechu kandydata na męża, który nie umie liczyć do dziewięciu, wyrzucenie z domu, a bywa, że i namawianie do pozbawienia życia dziecka. Dodam, że ci rodzice nie są złymi ludźmi, chyba nawet chodzą regularnie do kościoła i przyjmują księdza po kolędzie. Niestety, głównym motywem ich działania staje się: co inni o nas powiedzą? Pytanie, które paraliżuje i odbiera niekiedy zdrowy rozsądek.
Można dalej snuć rozważania czy poszerzać obraz. Niestety, odnoszę wrażenie, że dziś nie opadły jeszcze emocje, a one nie są dobrym towarzyszem do stawiania właściwych ocen. Dostrzegłem tylko, że cała ta kampania wyborcza była brudna. Bardzo brudna.
PS. Wiem, że pisząc ten tekst wchodzę na cienki lód, ale niepokoi mnie to co widzę i słyszę.
Wbrew pozorom wybory to bliski temat dla księdza. To sprawa wiary: któremu kandydatowi wierzymy, że to co mówi jest prawdą, a obietnice będzie chciał zrealizować.

Teraz

Grecy w swojej mitologii mieli dwie postacie, które „zajmowały się” czasem. Jedną z nich był Chronos, starszy gość uważany za personifikację Czasu, który wszystko widzi, ujawnia i wyrównuje. Zwykle przedstawiany jako stary, mądry mężczyzna z długą, szarą brodą. Taki „ojciec czas” od godzin, dni tygodni. Drugi to Kairos od szczęśliwego zbiegu okoliczności, szczęśliwego momentu lub wręcz odwrotnie: niewykorzystanej szansy. Kairos był łysy /polubiłem go jak się o tym w odpowiednim czasie dowiedziałem/. Miał tylko długą grzywkę /tego mu zawsze zazdrościłem/. Ten, kogo mijał, miał jedynie krótką chwilę, mgnienie, by go uchwycić, a wraz z nim swoją szczęśliwą szansę. Kiedy Kairos minął, nikt już nie mógł go złapać. Dlaczego o nich piszę? A bo chronos i kairos pojawiają się w Nowym Testamencie, jako greckie słowa /wszak ta cześć Biblii jest napisana po grecku/ oznaczające czas.
Dziś w Ewangelii można było usłyszeć słowa Jezusa: „Uważajcie, czuwajcie, bo nie wiecie, kiedy czas ten nadejdzie”. I tu czas jest zapisany jako… kairos. Jezus mówi o tym szczególnym momencie, o tej chwili. Łatwo jest ją przegapić, bo lubimy śnić. O przeszłości i przyszłości. Teraz myślę o „potem” albo o „przedtem”. A Bóg chce się ze mną spotkać. Teraz. I zawsze. I na wieki wieków. Amen.

Nie z tego świata

„Moje królestwo nie jest z tego świata” – mówił Jezus, stając przed Poncjuszem Piłatem. Pamiętamy tę scenę? Odnoszę wrażenie, że wielu ludzi o tym zapomina. Liczy czy też marzy o tym Bożym porządku i sprawiedliwości tu i teraz. Niektórzy – tak mniemam – gotowi byliby nawet na ofiary całopalne /głównie ze swoich wrogów i tych inaczej myślących/, by zaprowadzić to Boże królestwo. I tak już w historii świata nieraz bywało. Ale czy rzeczywiście o takie królestwo chodzi Panu Bogu?
Dziwny ten Jezus-Król. Myje nogi, siada do stołu z celnikami, umiera jak przestępca… Bezsilny i bezbronny…
A tak często modlimy się w „Ojcze nasz”: „przyjdź królestwo Twoje”.

Bal wszystkich świętych

A może byśmy zorganizowali bal wszystkich świętych? – usłyszałem od kilku osób. Czy to dobry pomysł – zamyśliłem się… Nie jest oryginalny, ale przecież to nie przeszkoda. W sumie w wielu środowiskach katolickich w Polsce i nie tylko podobne inicjatywy mnożą się jak grzyby po deszczu. Mają też wsparcie duszpasterzy, ba, doktorów teologii. A więc robić… Tym bardziej, że z ust niektórych dzieci słychać o przygotowaniach do halloween i widać ekscytację tym nowym i strasznym obchodem rodem z podziwianej Ameryki. Ale, ale… czy rzeczywiście czymś najbardziej pożądanym w przeddzień 1 listopada jest taniec, bal i występy? Rozumiem, że mimo nieustannego powtarzania z ambon /sam to co roku mówię/ o radości wszystkich świętych, których wspominamy w pierwszy dzień listopada, ludzie w kościołach nie ruszają w pląsy, lecz myślą o swoich zmarłych. I to nie jest tylko wina mediów, które przez całe lata – świadomie i nie – powtarzały, że to dzień zmarłych, zapominając o świętych i dniu zadusznym, przypadającym dzień później. To jest coś naturalnego, że dotykając śmierci milkniemy. I nawet świadomość i przekonanie o niebie nie zabiera nam smutku straty. Bywa, że ktoś powie o zmarłym: „on ma już tam dobrze, nie cierpi”, ale czy to oznacza, że my nie?
Nie tak dawno byłem na pogrzebie mamy kolegi księdza. Pragnął, by Mszę św. pogrzebową sprawowano w kolorze białym, a śpiewy były o zmartwychwstaniu. I tak było. Na początku nabożeństwa wszyscy wysłuchali wyjaśniającego komentarza. W czasie pogrzebu padło wiele słów o nadziei, zmartwychwstaniu i niebie. Ale spokój na twarzach bliskich i znajomych zmarłej mieszał się ze smutkiem odejścia kochanej osoby. I myślę, że nie da się inaczej. Także nie trzeba.
Odnoszę wrażenie, że bale wszystkich świętych są odpowiedzią na halloween. Ale czy ta kontrpropozycja nie zrodziła się czasem ze strachu? Ten nigdy nie jest dobrym doradcą. Zróbmy imprezę o świętych, ale w innym terminie. A halloween… ? Może wystarczy grzecznie powiedzieć: nie, dziękuję, to nie moje święto.