Z głowy

„Mieć to z głowy”  to, jak podaje słownik frazeologiczny, zwrot, który oznacza, że coś jest załatwione, skończone. Gdy ktoś to mówi, słychać w jego głosie ulgę. Nierzadko młodzi czy starsi mają już coś z głowy. Konieczna sprawa, obowiązek został spełniony. Kiedy patrzę na wychodzących spiesznie /często przed zakończeniem Mszy św./ wiernych, dociera do mnie, że być może ktoś ma tę świętą „czynność” /że tak obcesowo nazwę Eucharystię/ z głowy. Muszę ze smutkiem przyznać, że i z ust osób, które winny z racji swojego stanu i stroju, który noszą, dostrzegać niezwykły i cenny dar od Boga, jakim jest Msza św., słyszałem ten właśnie zwrot. Pewnie ktoś zastosował ten myślowy skrót odruchowo i bezwiednie. Nie byłbym jednak sobą, gdybym się nie czepił i nie zapytał prowokacyjnie, czy nie tylko wypada, ale i można mieć Pana Boga /i sprawy z Nim związane/ z głowy. Na pewno zależy to od naszego pojęcia Istoty Najwyższej, naszej relacji z Nią.  Niejednokrotnie jest to ktoś nam daleki i obcy, choć jednak ważny /np. taki sędzia, który na razie nie wszczyna sprawy, ale wszystko zapisuje i jak przyjdzie ten właściwy moment – po śmierci – to „za dobre wynagrodzi, a za złe skarze”, jak – niestety  – uczą się przed komunią czy bierzmowaniem katolicy z książeczek/. Zainfekowani takim pojęciem, chcemy jak najszybciej zrobić co trzeba i mieć to z głowy, no bo przecież czeka nas za chwilę /nawet w taką wolną i leniwą niedzielę/ coś bardziej ekscytującego i ważnego. Pewnie moje krzywe oko źle widzi, a spaczony podejrzliwością umysł węszy brak miłości wiernych do swojego bliskiego i kochającego /ich/ najlepszego Tatusia /tak swoich uczniów prosił Jezus, by nazywali Boga – „Abba” to z hebrajskiego bardziej „tatuś” niż „ojciec”/. Ale nieraz to wyraźnie słyszą moje uszy, a zachowanie podpowiada, że tak naprawdę może być. I można by się cieszyć z tego planu minimum, który każe wypełniać /dumnie wyprężamy pierś z wyższością, patrząc na „zachód”/ w niedzielę i święta nasze kościoły. Jednak moim skromnym zdaniem, takie podejście /”mieć z głowy”/, często nieświadomie nie pozwala rozwinąć się tej pięknej więzi między osobami /tak, tak, to Pan Bóg jest osobą, a nie doskonałym i bezdusznym komputerem/, jaką jest miłość i wszystko co od niej pochodzi i do niej sprowadza. Dlatego będę się bronił, by po odprawieniu porannej Mszy św. /według zapisanego dyżuru/ nie wychodzić z zakrystii z poczuciem, że mam to już z głowy. Będę prosił „TEGO”, by chronił mnie przed ogarniającą mnie niedostrzegalnie zatwardziałością serca.

Z bliska

Tydzień temu, w ramach peregrynacji kopii obrazu Matki Bożej Częstochowskiej po męskich wspólnotach zakonnych archidiecezji krakowskiej, do nas, na Kopiec zawitała Matka Boża. Oczywiście, że zawsze była i nie myślę tutaj o różnych wizerunkach /mamy kilka obrazów i figur/. W końcu zostaliśmy Jej powierzeni pod krzyżem za pośrednictwem św. Jana Apostoła. Także i podczas różnych prywatnych objawień zapewniała, że możemy – a nawet nas gorąco zachęcała – do uciekania się pod Jej obronę. Obraz, który do nas przybył nie był tak duży jak oryginał, który jest w cudownej kaplicy na Jasnej Górze, ani jak kopia, która kiedyś wędrowała po Polsce. Był powleczony jakimś środkiem /niestety nie znam się/, który sprawiał, że w świetle reflektora nie było wiele widać z daleka. Należało przyjść dość blisko wizerunku. Z dużej odległości widziałem tylko aureole. Stojąc na środku kaplicy, dostrzegałem rękę Matki Bożej. Ten oświetlony, a jednocześnie niewidoczny obraz uświadomił mi, jak często w życiu na coś patrzymy i jednocześnie tego nie widzimy. I nie chodzi tylko jakiś brak koncentracji czy problemy ze wzrokiem. Obraz jest nam dany, ale nie możemy go odczytać. I znowu nie chodzi o jakiś ukryty kod czy niedostępną symbolikę. Bywa, że potrzeba czasu, cierpliwości i dojrzałości, która oznacza przebytą drogę. A może przede wszystkim – tak jak w naszej świątyni – warto pomyśleć o lepszym oświetleniu obrazu. Albo podejść bliżej. To ostatnie będzie pewnie najlepszym rozwiązaniem dla oczu i dla serca.

 

Humbak i winda

Kiedy mam okazję, lubię oglądać w telewizji programy przyrodnicze. Niedawno mignął mi przed oczami film o humbakach. Czasu na oglądanie miałem tyle, że usłyszałem tylko, iż mają pod skórą 15 cm tłuszczu i ważą 40 ton. W tym momencie przypomniałem sobie chodzące mi po głowie myśli na blogowy wpis. Otyłość czy nadwaga to bardzo złożony problem. Wiem o tym i nie zamierzam wytaczać dział, by strzelać jak popadnie. Ale kiedy przyglądam się wykorzystaniu w naszym domu windy czy też powszechnym w galeriach handlowych ruchomym schodom, dochodzę do wniosku, że nie zawsze są one tylko pomocą dla słabych, chorych czy z dużymi bagażami. Bywa, że zwalniają one z wysiłku, który jest nam – jak mówią lekarze – potrzebny. Patrzę ze smutkiem jak ludzie – mali i duzi – robią sobie kłopot, nie pozwalając spalić swojemu organizmowi spożytych /a może pożartych/ kalorii.

– Dlaczego jesteś taki gruby?

– Bo nie ćwiczę.

– A dlaczego nie ćwiczysz?

– Bo jestem gruby.

I mamy zamknięte koło, a właściwie balon, z którego nie można tak sobie spuścić powietrza. A przecież nie potrzeba wcale siłowni /wiem, wiem, tam jest trener, który dobierze właściwe ćwiczenia/, by nas nie przybywało. Szukamy cudownych diet /ciekawe, ale dzisiaj są chyba mniej reklamowane niż żele do miejsc intymnych i specyfiki na potencję/, a one – jeśli oprócz wyszczuplenia naszej sakiewki, trochę nas wypróżnią /wiem, to nie brzmi dobrze, ale prawdziwie/ – to tylko na chwilę. Bez ruchu, ani rusz. Może się ktoś obrazi, przeczytawszy ten tekst, może będzie bronił, że ci z brzuchami są sympatyczniejsi od tych szczupłych. Zdaję sobie sprawę z ryzyka. Jednak ten tekst – tak jak inne – piszę także do siebie. Humbak ma takie ciało, bo takie musi mieć. Ale jeśli on dla mnie będzie wzorem, to za chwilę wszystko zacznie mi wysiadać, bo moje serce, nogi, stawy i wszystko inne przygotowane jest do pracy z normalnym ciałem, a nie z ciałem do kwadratu. Dlaczego dawniej ludzie nie mieli problemu z nadwagą? Bo biegali. Za zwierzyną do upolowania albo za czymś czy kimś innym. Dzisiaj nawet polowanie na promocję można przełożyć na wygodny zakup w sieci przy biurku. A jeśli mamy jeszcze pod ręką jakąś przekąskę to…

Życzę zdrowia.

PS. Dlaczego nie pisałem? Bo najpierw zmogła mnie choroba /ale nie taka, która zmierza ku śmierci, jak widać/, a potem zaczęły się ferie. Takie wymówki.

Nowy

Tekst powstał w głowie w Nowym Roku, ale z różnych powodów /m.in. dłuższej choroby/ pojawia się dopiero teraz. Zawsze na przełomie starego i nowego roku czyni się podsumowania, przelicza, zestawia w słupki. Nie tylko, żeby się pochwalić, ile to nam się udało. To służy także temu, by patrząc w przyszłość móc coś zaplanować. Wiemy – albo nam się tak wydaje – co mamy. Owszem dużo jest niewiadomych. Bywa, że tak wiele, iż człowiek z lękiem patrzy na przyszłe dni. Tym bardziej, że więcej jest spraw, na które nie mamy wpływu, a one nas owszem tak, i to nieraz bardzo, bardzo. Pojawia się w wielu ludziach pragnienie, by się dowiedzieć jak będzie i  – tak to  często argumentują – przygotować się i przede wszystkim uspokoić. Ale najczęściej wizyta u wróżki lub porada wróżbity /kiedyś to była domena kobiet, cyganek i nie należała do zawodów, którymi można by się szczycić – a dziś?/ nie uspokaja. Nie wiem jaki będzie ten czas, który już się zaczął, a skończy 31 grudnia 2017 roku /oczywiście możliwy jest wcześniejszy koniec wszystkiego, ale o tym wie tylko Ojciec w niebie/. Wiem z całą pewnością, że to jest NOWY rok. I w tym określeniu mieści się bardzo wiele: obawy, ale i nadzieje. Chciałbym, aby tych ostatnich było znacznie więcej niż pierwszych. Może po prostu nadzieję trzeba złożyć w Panu Bogu.

P.S. Po wschodniej stronie domu ptaki podzieliły się karmnikami. Najwyżej, u mnie, posilają się wróble, piętro niżej u ks. Mariana sikorki. To kwestia towarzystwa czy rodzaju kuchni? J

Tradycja

Widać ją wyraźnie w Święta. Choć słychać głosy, że upada, to moim zdaniem trzyma się nieźle. Pomagają nam media, które – mimo, że gonią za nowinkami i sensacjami – przypominają nam ile powinno być potraw na wigilię i jak winna wyglądać szopka. Mamy dużo nowych świątecznych piosenek, tych swoich i tych z importu. Niemniej słychać w radiowym eterze stare kolędy, a w telewizji można przebierać w kolędowych koncertach. Piękną mamy tradycję i pięknie, kiedy ją kultywujemy. Ale nie byłbym sobą, gdybym do tej beczki miodu nie próbował włożyć łyżki dziegciu. Nie ze złośliwości czy smutnego nastroju. Raczej z niepokoju. Otóż, tradycja to naśladowanie. Piękne, jeśli poparte refleksją – im głębszą, tym lepiej. Patrzę i widzę małego chłopca, która klęczy na jednym kolanie /słyszałem, że to „na narciarza/, bo tak robi tata. Dobrze, choć… W wigilię do spowiedzi przychodzi dziewczynka, która robi to tylko przed Świętami. Tak jak mama. Dobrze, że choć teraz, ale…  A porządek wieczerzy wigilijnej? Puste miejsce za stołem? Ciekawe jak wyjaśniamy najmłodszym /czy w ogóle?/ te zachowania i zwyczaje. Samo powtarzanie bezwiednie różnych, nawet najpiękniejszych i najświętszych czynności, może prowadzić do… zaniku owych. Tradycja to piękna rzecz, ale pozbawiona korzeni,  łatwa jest do zastąpienia czymś nowocześniejszym, dzisiejszym, naszym. Podpatrując naszych „starszych braci w wierze” /określenie to wskazuje na wspólne dziedzictwo wiary chrześcijan i wyznawców judaizmu, jakim jest Stare Przymierze/, widzę, jak w przeżywaniu świąt dbają o komentarze i wyjaśnienia. W ich największe święto Paschy /pamiątkę wyjścia z egipskiej niewoli/, gdy siadają do kolacji, to najmłodszy w rodzinie pyta /zawsze tak samo/ jak to było, a najstarszy opowiada całą historię. Może i w nasze chrześcijańskie Święta przydałby się taki zwyczaj. Pewnie niejednemu byłoby trudno. Dobrze, że choć są kolędy, w których tak wiele zapisano. Obyśmy tylko chcieli je śpiewać. I tu naprzeciw wychodzi nam dość nowy zwyczaj: karaoke.

PS. Błogosławieństwa od Bożej Dzieciny!!!

Klops

„A mój tata nie wierzy” – rzucił chłopiec. Zdanie padło tak jakby od niechcenia, pośród innych słów. Nie, to chyba nie była prowokacja, choć usłyszałem to na lekcji religii. Nie wiem czy wyznanie zainteresowało klasę, nie pamiętam. Zresztą zacząłem szybko myśleć co odpowiedzieć, bo widziałem w twarzy chłopca oczekiwanie na moją reakcję. Dlaczego to powiedział? Chciał się pochwalić? Usłyszał to wyznanie ojca w spokojnej rozmowie czy doleciała do niego nerwowa wymiana zdań między dorosłymi? Z tego co wiem, to mamę tego chłopca widuję w kościele. I to nie tylko w niedzielę. Szukałem szybko w głowie właściwych słów, mając świadomość, że nie tylko sam zainteresowany może słuchać mojego komentarza. Dziś pamiętam, że mówiłem o różnych ludzkich drogach i poszukiwaniach Pana Boga. To nie był wykład, bo mówiłem do dzieci. Przed oczami miałem konieczność niepodważania ojcowskiego autorytetu. Nie chciałem też zbagatelizować tych ważnych i trudnych słów – tak myślę – dla małych dzieci, które chodzą na religię i wierzą (???!). Nie wiem czy moich kilka zdań pomogło. Wiem, że dzieciom nie potrzeba wielu słów, wystarczą krótkie wyjaśnienia. Ważniejszy jest kontekst, atmosfera. No i myślę, że celność. Kiedy po kilku godzinach myślałem o tym, przeglądając w internecie różne wypowiedzi „wierzących”, doszedłem do wniosku, że może niejeden na moim miejscu powiedziałby krótko chłopcu: „jak tata nie wierzy w Boga, to pójdzie do piekła”. Proste? Smutne. Wbrew pozorom najsmutniejsze dla tych co tak myślą i mówią, szczególnie dzieciom.

Antropomorfizm

 

Trudne słowo i obce, dlatego warto wyjaśnić. Antropomorfizm (z greckiego „anthropos” – człowiek, „morfe” – kształt) to w religioznawstwie i etnologii przypisywanie ludzkich cech istotom, którym one z natury nie przynależą: zwierzętom i tworom przyrody nieożywionej, a zwłaszcza bóstwom (http://portalwiedzy.onet.pl/72813,,,,antropomorfizm,haslo.html). Piszę dziś o tym,  bo dość często się spotykam z tym zjawiskiem. Także i we własnej przestrzeni życiowej. Kilka miesięcy temu dostałem w prezencie papugę. Nimfę. Próbujemy sobie jakoś ułożyć życie, ale łatwo nie jest. Różnimy się bardzo /przynajmniej tak mi się zdaje/ i  niełatwo się porozumieć. Ten język… Niedawno, kiedy wychodziłem z pokoju /któryś raz z rzędu w tym dniu/, usłyszałem za sobą jej głos. I pierwsza rzecz, która mi przyszła do głowy to jakby ktoś mi mówił: znowu wychodzisz? Wiem, pewnie to odezwały się moje wyrzuty sumienia, ale uśmiechnąłem się do siebie. Zresztą podobne myślenie włącza mi się niekiedy w kontakcie z innymi Bożymi stworzeniami. I myślę, że nie jestem jakimś wyjątkiem. Ludzie mówią o psach, kotach, koniach jak o ludziach, którzy ich dobrze rozumieją /ciekawe, ale nie słyszałem w tym kontekście nic o rybkach/. Przypisują zwierzętom ludzkie cechy i traktują je /nieraz z braku odpowiednich ludzi/ jak powierników swoich sekretów i przyjaciół. Przyznam, że nie tylko mnie to nie dziwi, ale jestem pełen zrozumienia. Nie jest to szkodliwe /chyba, że odgradza nas konsekwentnie od kontaktów z ludźmi/, choć z przykrością można odnotować fakt, że człowiek może liczyć na psa, a nie na drugiego człowieka. Inaczej jest, kiedy myślenie antropomorficzne dopada nas w sferze religijnej. Owszem, ono jest często pomocą, by próbować sobie przybliżyć Boga. Często posługuje się różnymi obrazami Biblia, a Jezus przez swoje „ludzkie” przypowieści pokazuje nam jak Bóg kocha człowieka i czego od niego oczekuje. Niemniej nie wolno zapominać, że to tylko podpowiedzi. Gdy zamykamy Boga w ludzkiej skórze i patrzymy na Niego jak na człowieka /nawet najdoskonalszego/, to ograniczamy Go i błądzimy. Nierzadko trudno wtedy uwierzyć, że On może nam TO przebaczyć /zresztą po raz kolejny/. Przypisując Mu ludzkie cechy, pomniejszamy Go i zamykamy w świecie naszych wartości i możliwości. A On jest większy i inny.

P.S. Kiedy kończę ten tekst, „Grzywka” /bo takie dostała imię moja papuga/ buja się na huśtawce w klatce /widzę, że sprawia jej to przyjemność/ i świergoli /ma dobrze „ustawiony” głos/. Może domyśla się, że piszę o niej?

Mniej więcej

Pewnie wielu już słyszało o modzie na „mniej”. Mniej mieć, mniej potrzebować do życia, zadowalać się tylko tym co najpotrzebniejsze. Myślę, że to taka odpowiedź na zalew produktów i nieustanną konsumpcję. Tak dużo jest rzeczy, które jawią się /głównie w reklamach/ jako niezbędne, tak wiele jest wrażeń, których trzeba doświadczyć, itp. itd., że właściwie brakuje nam nie tylko funduszy, ale przede wszystkim czasu, żeby to skonsumować. Przyznaję się bez bicia, że sam nieraz ulegam temu pędowi, głównie w dziedzinie posiadania i czytania książek /może nie jestem całkiem już „zepsuty”, ale mam wyrzuty sumienia/. Jako, że życie religijne i duchowe /warto to rozróżnić, bo wbrew pozorom nie musi to być tożsame/ dotyka tych samych ludzi, którzy ulegają lub nie modom, i w tych dziedzinach zauważam problem „posiadania”. Taki np. kościół może być pełny obrazów, figur i wszystkiego tego, co przyniosą wierni albo przygotuje im duszpasterz, by im się lepiej modliło. Nieraz zauważam, że w  niejednej świątyni w ciągu ostatnich kilkunastu lat przybyło więcej różnych ołtarzy, epitafiów itp. niż w całej jej – bywa, kilkuwiekowej – historii. Zdarzają się też kościoły /i nie myślę tu  o kościołach i zborach protestanckich, które z natury są oszczędne w wystroju/, swoiście puste i ubogie, ale jednocześnie bardzo czytelne i sprzyjające modlitwie. Nie chcę twierdzić, że brak czy wielość w przestrzeni kościelnej to lepiej czy gorzej. To sprawa naszych potrzeb, a one mogą być bardzo różne. I nie wyklucza to naszej relacji do tego samego Boga. W końcu On jest Ojcem wszystkich dzieci tej ziemi.

Podobnie jak z wystrojem kościołów sprawa się ma z ilością i rodzajami modlitw, które zanosimy do Boga. Jedni potrzebują pękatych książeczek z modlitwą na różne okazje i litaniami do wielu świętych. Innym /taka jak np. pustelnikom z pierwszych wieków chrześcijaństwa/ wystarcza jeden wers lub najwyżej kilka. Osobiście bardzo podoba mi się ta moda na „mniej” w Kościele. Uważam, że w ten sposób jest szansa na zwrócenie uwagi na to, co najważniejsze.  Bogactwo nie musi być w wielości, a nieraz staje się zwykłym zagracaniem przestrzeni /także  duchowej/.

W adwencie często słychać aramejskie wołanie: Marana tha. „Przyjdź Panie”. Mało to, czy dużo?

Szara mysz

Zajrzała do mnie w ostatnią niedzielę. Byłem tak zaskoczony, że w pierwszej chwili pomyślałem: jak to możliwe? Otóż kilka miesięcy temu – myśląc o ptakach, które muszą u nas zimować – postanowiłem zainstalować mały karmnik. Zakupiłem w sieci i umieściłem przy oknie. Trochę wisi, ale właściwie stoi na parapecie. Nie brakuje w nim ziarna. Mieszkam wysoko, na poddaszu, to prawie drugie piętro /zależy jak liczyć/. Może dlatego nie ma u mnie tłoku i rzadko widuję sikorki /a może jest jeszcze za ciepło/. Ale niedawno… spojrzałem znad biurka i … ujrzałem jak w uchylonym oknie zagląda do mnie mały pyszczek. Tak, tak, to była mysz. Mała i polna. A może kościelna? Na pewno była odważna, a nawet ciekawska. Mysz w karmniku?! Śmiem wątpić, że jej celem było poznanie mojego pokoiku /a może?/. To pewnie ziarno, zwykły głód i okazja do posilenia się zaprowadziły ją tak wysoko. Przywędrowała na poddasze i zajrzała przez okno… Już kiedyś wyznałem, że lubię zwierzęta. Małe i duże. Te, które wydają się pożyteczne i te, które traktuje się z lekceważeniem, a nawet tępi się. Wydaję mi się, że raczej nie jestem jakimś nawiedzonym obrońcą zwierząt. Nawet nie jestem wegetarianinem. W dzisiejszym świecie /jak ja „lubię” ten zwrot, który tak się rozgościł na ambonie/ tak została zaburzona równowaga w świecie przyrody, że ludzie próbują decydować o kształcie rzeczywistości. A skoro nie są Stwórcą i noszą ludzkie słabości, to ten świat wygląda tak, a nie inaczej. W tym obrazie przyrody znajduję też odniesienia do sytuacji człowieka i nie chodzi mi o fakt, że jesteśmy częścią przyrody. Tylko o konkretne obrazy. Ta szara mysz szukająca jedzenia… I proszę, odsuńmy tani sentymentalizm i wygodną puszkę na biednych, nieznanych /choć są potrzebne na jałmużnę, tak ważny element obok pokuty i postu/. Przyznaję się, że bardzo często nie wiem jak pomóc /nieraz mi się nie chce albo jestem zły, widząc zwykłe naciągactwo/, ale podobnymi obrazami /jak te odwiedziny myszy/ bronię się przed pokusą stworzenia na ziemi raju i ludzkiej sprawiedliwości społecznej. Dobrze, że dane mi jest je widzieć, bo mogę ciągle zadawać sobie pytania, czy nie zamykam oczu lub okna na innego. Tak, innego.

PS. Maksymalnie długi będzie w tym roku adwent. Oby to nie był dla nas tylko czas biegania po sklepach, kupowania prezentów, sprzątania domów. Chciałbym nie zapomnieć na Kogo czekam.

Odpowiedzialne słowo

Ludzie dziś statystycznie żyją dłużej. Słowa też. Podobnie jest z prędkościami przemieszczania się. W dobie internetu i różnych komunikatorów, słowa zapisane mkną z prędkością światła. Docierają nie tylko do tych, do których pisaliśmy, ale bywa, że do wielu innych, którzy gdzieś te nasze słowa znaleźli w sieci. Pomyśli się, zapisze … i już. Pofrunęło, ćwierknęło. Nie zdążyliśmy dołączyć komentarza, a już inni nas komentują i bywa, że mleko się rozlało. Jak tu posprzątać? Ta refleksja nie zrodziła się z jakichś moich ostatnich bolesnych doświadczeń. To raczej obserwacja innych. Bywa, że czytając pamiętniki czy dzienniki duchowe świętych czy wielkich ludzi, napotykamy na ich ciemne noce, wątpliwości w wierze, chwile słabości…itp. I zdarza się, że dziwimy się /mam przed oczami dziennik św. Matki Teresy z Kalkuty/, że nie można było zobaczyć tego co przeżywali. Tak świetnie grali, czy też włączali jakiś filtr, który miał nas uchronić przed nieszczęściem? Myślę o tym, gdy dziś czytam, że ktoś dzieli się swoimi wątpliwościami, pytaniami, a powinien /na to liczą niektórzy, słychać to w komentarzach/ tchnąć pewnością siebie, być jak fundament, ostoja. Zdaję sobie sprawę, że w tym chwiejnym świecie, w którym wartości i życie coraz mocniej się bujają jak w łodzi miotanej wiatrem, ludzie szukają dobrych sterników czy pewnych świateł latarni. Ale może warto trochę zrewidować te poszukiwania i  nie pokładać – jak mówi psalm – ufności w człowieku. To tylko trzcina kołysząca się na wietrze i pył, który zmiata historia. Trzeba szukać wyżej i może nawet nie dalej, bo On jest – jak sam mówi – blisko ciebie, w twoim sercu. Być może dzielenie się swoimi słabościami, zgorszy maluczkich. Ale jeśli to nie jest ostentacja czy prowokacja, to tylko może uzmysłowić, że jesteśmy ulepieni z jednej gliny i to Twórca, Rzeźbiarz, Garncarz jest najważniejszy. Nie zamierzam bronić tezy o pisaniu co nam w duszy gra i co ślina na język przyniesie. Warto /czynię to zawsze/ przeczytać zdania, które pragnie się przekazać innym. Znajoma, z którą nieraz wędrowałem po pielgrzymkowych szlakach, widząc moje wzburzenie /a bywały podbramkowe sytuacje i trudne osoby/ i mikrofon w ręku, mówiła: pomyśl co chcesz powiedzieć. Te słowa były jak szklanka /nie kubeł/ zimnej wody. Bywało, że trzeba było machnąć ręką na ludzką słabość albo spokojnie wytłumaczyć.

P.S. Ostatnio zauważyłem przez okno jak do gołębi /siedziały w wolierze i gołębniku/ przyleciały i weszły /tak mi się zadawało/ do środka wróble. Może na małą kawkę? :-) Nie ma to jak odwiedziny. To chyba było w niedzielę.