Służyć sobie

Ostatnio za mną „chodzi” pewna parafraza słów Jezusa. Może i brzmi dziwnie, ale jest w niej logika. Smutna, lecz niestety prawdziwa: Wszystko co uczyniliście sobie, sobie uczyniliście. Tak bym inaczej odczytał słowa Jezusa: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” /Mt 25, 40/. Zdaję sobie sprawę, że to Jezusowe stwierdzenie jest zaproszeniem, wezwaniem. Mieści się w nim jednocześnie nagroda. Bo kto usłuży temu najmniejszemu, spotka się z Jezusem. Nieraz mam wrażenie, że ludzie bardzo by chcieli się spotkać z Bogiem /nawet żalą się, że tyle spraw im tym przeszkadza/. I właściwie w tej służbie drugiemu, można znaleźć Niewidzialnego. Przecież zapewnia nas, że Jemu służymy. Wiem, że trudno dopatrzeć się nieraz Jezusowego oblicza w drugim człowieku. Jak piszę te słowa, to przypominają mi się wykrzywione, niemiłe twarze ludzi z obrazów Goi. A jednak Jezus nie daje nam możliwości, która mogłaby wyłączyć jakąś grupę z tej naszej służby. Owszem, warto przypominać o tym, że mamy być mądrzy i roztropni /dla mnie swego rodzaju żyjącą obok mistrzynią w pomocy ubogim jest Siostra Chmielewska/. Ale ci „najmniejsi” to nie tylko ubodzy czy chorzy. Służąc tylko sobie, tracimy okazję, by spotkać Jezusa. I właściwie odbieramy już naszą nagrodę /jak w historii o bogaczu i łazarzu/. Nic nie zostaje nam na koncie na naszym niebieskim funduszu emerytalnym /wiem, że ten termin dziś w Polsce jest zdewaluowany/. Ale nie wybiegałbym aż tak daleko. Dobrze byłoby spotkać Jezusa dziś. Bo „dziś” jest ważne dla nas. Przez to „teraz” wchodzimy do wieczności. Zresztą w Bożym czasie jeden dzień jest jak tysiąc.

Argument

Rozmowy i dyskusje nie należą do łatwych rzeczy /no chyba że o pogodzie albo gdy dyskutanci mają takie samo zdanie/. Kiedy pojawia się konfrontacja, wymiana zdań, to okazuje się, że  argumenty to nie wszystko. Zdarza się, że dyskutanci rozprawiają – jak to głosi stare porzekadło – „jedni o chlebie, drudzy o niebie”. Trudno wtedy o jakieś porozumienie, czy nawet sensowną wymianę myśli. Wygląda to raczej na monologi osób, które przypadkiem znalazły się obok siebie i coś tam mówią. Łączy je przestrzeń i wspólny czas. Być może mylę się (dziś coraz mniej jest spraw oczywistych) twierdząc, że punktem wyjścia dyskusji winna być chęć porozumienia się, by być dobrze zrozumianym. Dopiero później idą argumenty, które mają przekonać do mojej racji. Właśnie, argumenty. Mam z tym nieraz niemały problem. Rozmawiam z kimś, kto – na moje oko – uznaje głównie argumenty z nauk przyrodniczych czy ekonomicznych, a tymczasem ten ktoś sięga do filozofii czy religii. Np. dyskutujemy o sprawach materialnych, kosztach, amortyzacji, a rozmówca zaczyna cytować mi Jezusa czy jakiś fragment Biblii /bywa, że dość opacznie zrozumiany/. I odwrotnie: rozmawiam z osobą duchowną, mówimy o ewangelizacji i słyszę, że u podstaw leży przede wszystkim rachunek ekonomiczny. Nie przeczę, że sfery ducha i materii, religii i ekonomii się przecinają, łączą i zazębiają. Moją trudnością jest znalezienie wspólnej płaszczyzny dyskusji, wspólnego języka. Może to wynika z mojego błędu co do osoby /pozory i nie tylko one mylą/ i przesadnych oczekiwań. Pocieszeniem zawsze są rozmowy z dziećmi. Tam najczęściej jest wszystko proste, nawet jeśli życie dziecka jest skomplikowane. Jak ostatnio usłyszałem tłumaczenie pięciolatka: „Wie ksiądz, spóźniłem się do szkoły, bo musiałem dośnić sen. Gdybym się wcześniej obudził to bym go zapomniał”. Proste i jasne, choć zabawne.

Kopcobus

Trochę dziwna nazwa, ale się przyjęła. Nie mogę sobie przypomnieć kto pierwszy głośno wypowiedział to słowo. Kopcobus oznacza autobus, który rano dowozi dzieci do naszej szkoły, a po południu odwozi. Skoro jest „szkolny” to musi zachowywać właściwą postawę: swoją jazdą kreśli dwie pętelki – jedną po Wadowicach, drugą po Kleczy i Zaskawiu. Cieszymy się, że udało nam się porozumieć z przewoźnikiem /dziękujemy za życzliwość i kreatywność w interesach pracownikom PKS Pszczyna/ i możemy pomóc szczególnie rodzicom w bezpiecznym dostarczeniu swoich pociech na naukę i wychowanie do Szkoły na Kopcu. A propos: zasłyszany dialog z 2 września /pierwszy dzień jazdy Kopcobusa/:

– Maju, na którym przystanku wysiadasz – zapytała Pani Dyrektor.

– Nie wiem – odrzekła jedna z naszych najmłodszych.

– A co mówiła mamusia? – dopytywała Pani Renata.

– Mamusia powiedziała, że ten bus uratował jej życie!

Jak dobrze, że dzieci potrafią nieraz dokładnie przekazać zdania wypowiadane przez dorosłych /bywa to ryzykowne, szczególnie np. w czasie dialogowanych kazań/. Taki sobie bus może uratować komuś życie. Wiem, że to tylko przenośnia, ale jak to z nią bywa, często pomaga mocno podkreślić to, co może umknąć naszej uwadze. A co mnie ratuje życie? Może szczera odpowiedź na to pytanie pozwoli mi się zatrzymać w biegu i zauważyć ludzi czy sprawy, które są najważniejsze, a stały się tak zwyczajne, że nawet nie potrafię za nie podziękować. O wdzięczności trzeba przypominać nie tylko dzieciom. Im szybciej biegniemy, intensywniej żyjemy, tym łatwiej jest zapomnieć o tych, którzy ratują mi życie.

P.S. Przepraszam za milczenie, ale… długo by opowiadać. A przecież forma ma być krótka.

Rodzice biologiczni.

I znowu już na początku wyjaśniam, że nie będzie w tym tekście o in vitro, ani np. o problemie adopcji dzieci przez pary jednopłciowe. Choć tematy pewnie są bardzo ważne. Jak to najczęściej bywa, obrazki z życia inspirują mnie, by skreślić kilka słów.

Kilkanaście dni temu media obiegła wieść o tragedii nad polskim morzem. Tego samego dnia w Łebie i Ustce tatuś wszedł z dwójką dzieci do wody, a wrócił z jednym. Drugie utonęło. Był zakaz kąpieli, widoczna czerwona flaga na plaży, słowa i uwagi ratowników.

Kilka dni temu znajoma była z grupą na górskiej wycieczce. Czuła się odpowiedzialna za dzieci, choć byli z nimi tatusiowie. Kiedy jeden chłopiec z kijem zaczął zbiegać z góry, znajoma ostrzegła go, że tak nie wolno, że może zrobić sobie krzywdę. Na to usłyszała od ojca tego dziecka ostrą reprymendę: ja mu na to pozwalam i już! Na szczęście nic się nie stało. Ale gdyby skoczyło się jakąś tragedią czy choćby wypadkiem…  Jestem w stanie zrozumieć dziecko, które nie ma doświadczeń życiowych i może mieć zbyt małą wyobraźnię, co może budzić chęć podejmowania ryzykownych działań. Ale ze smutkiem patrzę na dorosłych, którzy zachowują się jak dzieci. Niechby jeszcze robili coś na własny koszt, pal licho. Jesteśmy wolni i możemy być głupi. Ale gdy ufne dziecko staje się kaleką /i gorzej/ przez durnego rodzica, to opadają mi ręce. Niestety nieraz można by pomyśleć, że tacy rodzice są tylko biologiczni

PS. A jeśli ktoś jeszcze zapytałby gdzie był wtedy – w tej Łebie czy Ustce – Pan Bóg /ludzie potrafią stawiać takie pytania/, to szybko wyjaśniam, że był w czerwonej fladze i słowach ratowników.

Potańcówka dla leżaków

Temat wygląda na wakacyjny. I taki trochę jest, bo korzystając z wolnych chwil urlopu dotarłem do dawno niewidzianych znajomych. Ale szybko wyjaśniam, że „leżak” w tym tekście to określenie osoby leżącej w łóżku lub będącej na wózku inwalidzkim, w pewnym Domu Pomocy Społecznej, w którym przebywa dobra Znajoma jeszcze z czasów kleryckich. Kazia mówiła tak o sobie z uśmiechem, chociaż Jej stan nie jest do śmiechu. Jednak to nie stan fizyczny – choć jest bardzo ważny – ale głowa decyduje o tym jak się czujemy naprawdę. Odwiedziny, rozmowa, wspólne wspominanie znajomych i wieczorny sms z podziękowaniami – to wszystko utwierdziło mnie w przekonaniu, że nie tylko potrzebujemy drugich, ale że – jak pisał św. Paweł – „moc w słabości się doskonali”. Ktoś powie, że pierwsze to truizm, a drugie zbyt wielkie. A jednak… Pewnie w ciągu krótkich odwiedzin nie dostrzeże się szarości i smutków codziennego dnia. Mimo to… Inne odwiedziny, u Ani, którą poznałem w szkole-ośrodku dla – jak sama i jej koledzy, koleżanki mówili – „przebiegle” chorych /zamiast przewlekle/. Założyła rodzinę, pracuje i posługuje we wspólnocie. Jest szczęśliwa.

Ostatnie spotkania przypomniały mi, jak to przed laty, będąc klerykami organizowaliśmy różne letnie wyjazdy dla osób chorych i niepełnosprawnych. I nie było z nami księdza. Sami sobie jakoś radziliśmy, docierając na Msze św. do pobliskich parafii /fajnie wyglądały te korowody wózków ciągnące przez miasto/. A jakim szalonym był pomysł, żeby z takimi osobami pływać po jeziorze kajakiem albo zjeżdżać z Czantorii z kimś na wózku. Albo już po święceniach oazy integracyjne… Dużo wspomnień i pięknych chwil. Były i potańcówki. Dla „leżaków” :-)

Te ostatnie dni to także pogrzeb Michasi, jednej z tych chorych Znajomych. Osoby szczególnej. Ale może o Niej osobno. Za chwilę.

Zamknięty plac zabaw

„Jeśli dzieci chcą się bawić w piasku, to są od tego piaskownice” /są bardzo blisko i widoczne dla opiekunów siedzących na ławce/ – zwróciłem uwagę paniom, które przyszły z dziećmi na plac zabaw. Za chwilę chłopcy znów coś budowali z piasku, który ma pozwolić bezpiecznie upaść z urządzeń na placu. I znowu powtórzyłem mój apel. Kiedy po kilkunastu minutach wracałem z parku, zobaczyłem te same dzieciaki, które jakby nigdy nic grzebały w tym samym piachu. Do trzech razy sztuka – pomyślałem i zszedłem do opiekujących się dziećmi pań. Usłyszałem, że przecież nic wielkiego się nie dzieje, a kiedy powiedziałem coś o zasadach /„w Pań domu też pewnie obowiązują jakieś zasady”/ usłyszałem, że już słyszały jak tutaj nieprzyjemnie jest każdy traktowany, że już sobie idą, że już więcej nie przyjdą, itd. Poczułem się źle, bo nie dość, że ktoś ma mnie w … /dwa razy mówiłem/, to jeszcze jestem tym złym, który dzieciom nie pozwala bawić się na placu zabaw. Gdzie moja otwartość i miłość? Ale kiedy trochę pospacerowałem po parku, doszedłem do wniosku, że nie będę sobie czynił wyrzutów, choć zdarzenie było bardzo nieprzyjemne. Albo są jakieś zasady, albo wolna amerykanka /w polskiej wersji: „róbta co chceta”/. I to gospodarz z jakichś powodów o tym decyduje /w tym przypadku chodzi o możliwość wymieszania żwiru, który jest pod spodem z piaskiem i stworzenie niezbyt bezpiecznego lądowiska dla maluchów – zresztą takie są wytyczne wykonawcy placu zabaw/. Kiedy słyszę o zamkniętych dla dzieci orlikach, to przyłączam się do chóru oburzonych. Przecież to powstało właśnie dla nich. Ale kiedy widzę, że użytkownicy mają w nosie /albo gdzieś znacznie niżej/ regulamin, zasady czy niekiedy poszanowanie miejsca i urządzeń to już inaczej patrzę na ten problem. Wiem, że dzieci są tylko dziećmi. Ale kiedy dorośli nie są dorosłymi, to co zrobić? W tej trudnej rozmowie na placu zabaw usłyszałem w przelocie, że trudno poradzić sobie z tym dziećmi. I w to mogę uwierzyć. Nie zgadzam się jednak, by w imię bezradności nic nie robić. Potem to już tylko zostaje zgodzić się na pajdokrację. Ona kończy się zwykle bardzo smutno dla rodziców i opiekunów.

Ps. Dziwne, ale zanim to o czym piszę wydarzyło się, wyszedłem do parku czytać: „10 największych błędów wychowawczych”. Udało mi się tylko zakończyć przedmowę.

Strzecha

Już kiedyś pisałem o naszym wirydarzu jako miejscu, w którym rodzina kosów postanowiła uwić swoje gniazdo. Biorąc pod uwagę wysokość budynku /kilkanaście metrów/ i niezbyt duże rozmiary, owo miejsce może być niezłą kryjówką, ale może się stać także pułapką. Niedawno, kiedy obradowaliśmy na Radzie Pedagogicznej, za oknem usłyszeliśmy coś na wzór alarmu samochodowego. To różne małe ptaki podniosły rwetes na widok sroki, która do wirydarza raczej nie zagląda. Widać było różnicę wielkości, ale hałas trochę stropił intruza, który wzniósł się i odleciał. Już wcześniej zauważyłem różne ciekawe miejsca, gdzie urządziły swoje domostwa – jak to mawiał św. Franciszek z Asyżu – braciszkowie skrzydlaci. Po ostatnim alarmie zrobiłem większy przegląd i co się okazało? Nawet dla małych dziubków metalowa siatka zamykająca wywietrznik nie jest żadną przeszkodą. Domyślam się, że trzeba żmudnej pracy, ale za to dostaje się już wymurowany, solidny, z dokładnym wymiarowym przekrojem dom. Pewnie trzeba tylko trochę wyścielić /dokładne oględziny zrobię na jesieni, jak sobie polecą gdzie cieplej – i do obserwacji zaciągnę uczniów ze Szkoły na Kopcu/, ale to furda w porównaniu z całym budowaniem takiego pałacu. Inny ptaszek /pewnie z małżonką, ale nie mam czasu i wiedzy, by to dobitnie potwierdzić/ znika w styropianie, który przymocowany jest do ściany pod samiuśkim dachem. Materiał co prawda łatwy do obróbki, ale czy rodzice pomyśleli, czy to, aby nie będzie wpływało na alergie u potomstwa? Nie wiem, nie słyszałem /a może lepiej: nie mogę zrozumieć o czym gadają/. Jak na razie wpadają i wypadają z tej szczególnej dziupli, i …. życie się kręci. W kontekście tych obserwacji z bólem myślę o koniecznej wymianie dachu /niestety, jest z nim coraz gorzej/. Pewnie najlepiej byłoby, gdyby dom był przykryty strzechą. Byłoby naturalnie dla człowieka i dla ptaków. No i może koszt wymiany byłby niższy /ptaszki mają szczęście, że nie mam kasy/, choć dziś to co naturalne jest droższe od tego co można wyprodukować z chemii.

PS. Patrząc na tytuł miało być o marzeniach łysego księdza. I jest. Tylko mi się kontekst zmienił.

Piłka a chrześcijaństwo

O piłce nożnej piszą teraz wszyscy. Zresztą Mistrzostwa Europy są obecne nie tylko na koszulkach. To samo jest z naszą reprezentacją „kopaczy” i poszczególnymi piłkarzami. Niewiele może mnie zaskoczyć, ale jak zobaczyłem wielopak papieru toaletowego z wizerunkami polskich bohaterów boiska…. Czy to chodzi o ratunek na wypadek rozstrojenia żołądka podczas dramatycznego meczu, czy też ma znaczyć, że piłkarze są do ….? No właśnie. Można nieraz przesadzić. Inna sprawa, że emocje /pewnie nie u wszystkich/ są wspaniałą pożywką dla puszczania wodzy fantazji, tworzenia całej dramaturgii. Zwykła /no okazuje się, że już nie taka zwykła/ piłka i 22 ludzi może przykuć niejednego do fotela i telewizora. A tam cały spektakl. Nie bez powodu, ktoś rzekł, że część piłkarzy powinna występować w filmach. I nie chodzi tu pokaz piłkarskich umiejętności, ale sprytne udawanie odniesionych domniemanych ran za sprawą przeciwnika. Sędziowie na boisku muszą dziś już nie tylko gwizdać faule, ale i oszustwa. Fair play to hasło dla naiwnych, a jeśli ktoś o tym mówi, to w kontekście otrzymanych żółtych i czerwonych kartek. Cel uświęca środki, a winowajcy przyznają się /jeśli już/ po latach, zarabiając na dyktowaniu swoich wspomnień. Osobiście lubię takie mecze, kiedy drużyna skazana na pożarcie stawia opór i nawet wygrywa. Takie spotkania Dawida z Goliatem, pokazują niekiedy, że jak mówi Księga Przysłów: pycha kroczy przed upadkiem. I dobrze, że piłka jest okrągła, a bramki są dwie. Póki trwa mecz, zawsze może się wtoczyć do bramki przeciwnika i doświadczenie potwierdza, że nie trzeba do końca tracić nadziei. Czy tego wszystkiego nie odnajdujemy w życiu chrześcijanina?

Ps. Osobiście bardzo lubię grać. I wygrywać. Choć teraz rzadziej biegnę na boisko. Te rekonstrukcje więzadeł krzyżowych w lewym kolanie dały mi się trochę w znaki. Może bezpieczniej – jak mówią życzliwi – piłkę nożną oglądać?

Życzliwość

Trudne słowo. Do zapisania i do wypowiedzenia. Szczególnie dla obcokrajowca. Bywa, że najtrudniej zrealizować to, co ono oznacza. Mam wrażenie, że często dziś pojawia się pod płaszczykiem interesowności. To widać u różnych kupców, ludzi interesu, którzy są życzliwi do momentu, kiedy uda im się sprzedać nam jakiś towar. Piękny uśmiech, miły głos w słuchawce, ciepłe słowo. Później, kiedy już jesteśmy zależni i chcemy o coś poprosić, zasłaniają się prawem, regulaminami. Ale – wbrew pozorom – nie jesteśmy tacy bezradni. Potrzebujemy tylko czasu i dobrej pamięci. Kiedy skończy się umowa /nieraz trzeba bardzo uważać, bo bywają takie, które odnawiają się automatycznie i przedłużają o kolejne lata/ trzeba konsekwentnie zrezygnować z dalszych usług i poszukać kogoś innego. Zdaję sobie sprawę, że mogę być tylko pyłkiem na szali tysięcy i więcej umów. A jednak coś mogę zrobić dla siebie. Tak, dla siebie. Wiem, że to możliwe.

Łatwiej o życzliwość, kiedy w grę nie wchodzą pieniądze i umowy. Wtedy trzeba tylko zwykłego odruchu serca. Nie sprzyja temu zmęczenie, zabieganie, głowa pełna problemów, stres. Mimo to.

Życzliwość jest też zaraźliwa i lubi towarzystwo. Dobrze na nią zapaść i pozwolić, by się stała „przypadłością przewlekłą”. Trzeba wtedy nie stronić od ludzi. Wprost przeciwnie. I szukać także tych zarażonych.

Życzliwi wszystkich krajów łączcie się.

Zawody

Dzień dziecka. Wspaniała pogoda. Każda klasa ubrana w koszulki innego koloru: są niebiescy, zieloni, żółci, czerwoni. Duże boisko, przygotowane konkurencje. Wszyscy gotowi na rywalizację. Jeszcze tylko próba okrzyków, które mają zagrzewać do boju i identyfikować „swoich”. Można zaczynać. Miałem okazję być z boku, robić zdjęcia, obserwować. Im starsza klasa tym większa ambicja /pewnie to już dawno zauważyli psychologowie rozwojowi, ale pewnie nie doczytałem/. Te mniejsze też walczą o zwycięstwo, ale odniosłem wrażenie, że głównie się bawią. Owszem, fajnie dostać medal i to złoty, ale są też inne ważne rzeczy, a poza tym „przewróciłem się i mnie boli. Czy jest ktoś kto mnie przytuli?” Starsi chłopcy /i nie tylko/  nie patrzą na rany. Liczy się zwycięstwo. Nie możemy przegrać. Kiedy piszę te słowa, przesuwają się obrazy z ostatniej środy/naszego Dnia Dziecka/, nakładają na nie te przebitki z programów informacyjnych czy gazet. Wbrew pozorom to nie tylko kolumna sportowa dostarcza wiadomości o rywalizacji. Walka o miejsca trwa ciągle i wszędzie. Nie liczą się te kolejne miejsca /choćby to było czwarte w stawce stu i więcej biorących udział/. Muszę wygrać. A może bardziej: pokonać innych. Moja radość tym bardziej pełniejsza, im więcej zobaczę twarzy przegranych. To często oni dają mi poczuć smak zwycięstwa, choć może przyszło łatwo i stawka była mizerna. Na szczęście widzę, że u dzieci nie jest to jeszcze takie widoczne i dojmujące. Zwycięstwo: tak. Ale zaraz można się bawić z pokonanymi i szukać tego, co nas może połączyć /oczywiście są jak zwykle wyjątki od tej reguły/. Może ta atawistyczna walka o przetrwanie każe nam dorosłym tak postępować z przeciwnikami, by nie mogli nam już zagrażać? A co na to Ewangelia i Boża propozycja, by każdy został zbawiony /a więc wygrał/…?  Pewnie to najtrudniejsze dla tych, którzy  już wszystkich swoich przeciwników poumieszczali w piekle. Pociesza mnie i daje nadzieję fakt, że to Bóg będzie „rozdawał” nagrody, a biblijnie: On sam  będzie nagrodą.

Wszystkie dzieci po zawodach dostały złote medale. Choć patrząc na tabelę wyników wszyscy wiedzą, kto zajął kolejne miejsca.