Dach

Nie wiem ile ma lat, ale już nie nadaje się do naprawy. Można by jeszcze pomalować, ale nie przeżyje przygotowań do owego malowania, a więc czyszczenia, zrywania starej farby. To, że jest źle, widać w środku /po zaciekach/ i na zewnątrz /coraz większe plamy rdzy po odpadnięciu farby/. Ilość kwadratowych metrów jest tak duża, że trzeba rozłożyć pracę na kilka sezonów. Poza tym nie brakuje na dachu różnych trudnych miejsc, które wymagają większej i dokładnej obróbki. No i finanse. Zgromadzić je, przygotować… Przy okazji warto byłoby ocieplić dach, bo do tej pory na gołych deskach leżała blacha. Dom tracił zimą ciepło, jak – że się tak wyrażę – łysy bez czapki. Pewnie też przy okazji wpłynęliśmy na ocieplenie światowego klimatu. Co by nie mówić pracy jest dużo. Ale byłoby mniej, gdyby nie trzeba było zdejmować starej blachy i zniszczonych przez mrozy i gorąco deski. Tak, tak… jak się buduje nowe jest łatwiej. Ze starym… nie tylko dachem…

Biorąc pod uwagę fakt, że za kilka miesięcy przestanę być rektorem /we wspólnocie przełożony może być 3 kadencje po 3 lata – ja i tak „dostałem” jeszcze wyjątkowo jedną dodatkową kadencję „z powodu szkoły”/, powinienem raczej zbierać kartony na przeprowadzkę, a nie zabierać się do wymiany dachu. Niemniej uważam, że nie można pewnych spraw odkładać, a co się zacznie, to się potem dokończy. I tyle. Szukam nieraz różnych obrazów w życiu i myślę, że tu pasowałby obraz pociągu. On ma jechać przed siebie i w dobrym kierunku, a maszyniści, którzy zmieniają się, niech dbają o bezpieczną podróż. Niech nie myślą zanadto o sobie i nie zaciągają hamulców. Bo jeśli nawet zatrzymają pojazd, to zanim ruszy pod nowym kierownictwem, minie sporo cennego czasu. W końcu podróżujący nie mają go w nadmiarze, a dobrze by było, żeby go możliwie jak najlepiej wykorzystali, zanim wysiądą na jakiejś stacji. Maszyniści winni dbać o skład i podróżnych. W końcu KTOŚ im powierzył to zadanie. Ważne i odpowiedzialne.

Pierwszy

Na ostatnich zajęciach z dziećmi przedszkolnymi przyglądaliśmy się ewangelicznemu obrazowi pasterza z owcami. Pomocą były drewniane elementy, z których można było zrobić zagrodę, ustawić potrzebne figurki /to z Katechezy Dobrego Pasterza/. Kiedy doszliśmy do momentu, kiedy trzeba było wyprowadzić z zagrody na pastwisko owce, okazało się, że dzieci nie mają większego problemu z określeniem kto idzie pierwszy. Oczywiście pasterz. Zresztą pewną pomocą było przypomnienie sobie, że i u nich, gdy wychodzą np. na spacer, pierwsza idzie pani. No właśnie zawsze na początku idzie ktoś, kto wskazuje drogę, przewodnik. I tu chciałbym zapytać siebie i innych, kto w moim życiu idzie pierwszy? Kto wskazuje mi drogę? Za kim ze spokojem i ufnością idę dalej w życie? Gdybym o to zapytał w kościele podczas nabożeństwa, pewnie nie mielibyśmy kłopotu z odpowiedzią, choć ona mogłaby być trochę „naprowadzoną”. Ale przecież Jezus pragnie być przewodnikiem po wszystkich naszych drogach. To, że nie zawsze mamy ochotę pójść za Nim, przypomina przypowieść o zgubionej owcy. W kwestii zagrożeń w życiu powinien przemówić do nas obraz wilka. Ktoś powie: ładne bajeczki, w sam raz dla małych dzieci. Dla małych też. Ale Jezus opowiadał je wszystkim. Pewnie łatwiej było im zrozumieć te historie, bo widzieli owce, pasterzy, a może i wielu z nich na co dzień zajmowało się pasterstwem.  Myślę, że warto – a może szczególnie w Wielkim Poście, choć Niedziela Dobrego Pasterza przypada po Wielkanocy – zająć się tym obrazem Pasterza i mnie jako owcy.

A na dodatek mały „kwiatek”, który można było usłyszeć od maluchów. Mężczyzna może pocałować kobietę dopiero wtedy, gdy poczuje, że jest gotowy, by zostać ojcem – wyznał jeden malec. Mocne, co?…

Czyste znaki

Niekiedy – szczególnie po zimie – spotykam na drogach służby, które myją znaki drogowe czy poprawiają rozmyte pasy i linie. I nie chodzi – jak chyba słusznie się domyślam – jedynie o przypomnienie kto i jak sprawuje pieczę nad dobrem publicznym, jakim są drogi. Idzie o czytelność znaków, a więc o porządek i bezpieczeństwo. I te znaki mamy nie tylko na drogach. Z racji miejsca, w którym się poruszam /kościół/ i działań, które tam podejmuję, często myślę sobie o czytelności znaków kościelnych, liturgicznych. Być może wielu odwiedzających świątynie i uczestniczących  w nabożeństwach „jeździ na pamięć”. Nie patrzą na znaki, bo są przekonani, że już wszystko wiedzą albo mają tyle innych spraw na głowie, że pokonują trasy bezwiednie. Może niektórych one zastanawiają, ale skoro zarządzający ruchem nie kwapią się z tłumaczeniem, dochodzą do wniosku, że może nie warto zaprzątać sobie tym głowy. Tym bardziej, że w na tej – ciągle będę używał tego obrazu – drodze mówi się o innych sprawach, sugerując, że są one istotniejsze niż jakieś tam znaki. Nieraz – naprawdę w dobrej wierze – myślę, że może nikt nie wyjaśnia, bo to wydaje się już znane, zrozumiałe, a nawet oczywiste. Niestety, często w to powątpiewam, widząc konkretne zachowania czy słuchając wypowiedzi. Nie zamierzam wyrokować, kto bardziej jest winny: ci, którzy dbają o wygląd znaków czy użytkownicy drogi. Jednak należąc do tych pierwszych /choć i ja też bywam jednocześnie drugim/ widzę swoją odpowiedzialność i konieczną dbałość o czytelność znaków. To wynika także z różnych odgórnych zarządzeń, które nie są tylko produkcją biurkowych mądrali i gryzipiórków. To one przekonują mnie, że nie jestem jakimś samotnym, nawiedzonym reformatorem. Dają mi pociechę i podstawy do dyskusji /jeśli ktoś w ogóle ma ochotę ją podjąć/. Przecież nie jest – jak słyszę – źle. Tak jest na wszystkich – no może wielu – drogach. Praca nad czyszczeniem, a potem – może nawet – tłumaczeniem znaków, wydaje się stratą czasu. W końcu są ważniejsze sprawy, które trzeba omówić. Bywa, że przykładając się do nauki najmłodszych /muszą przecież to jakoś zaliczyć/, zakłada się, że to zostaje na całe życie /choć najczęściej dominuje w takich przypadkach 3xZ: zakuć, zdać, zapomnieć/. Bolą mnie brudne znaki, martwi ich lekceważenie. Kiedy dopada mnie smutek, powtarzam sobie: zadbaj o tę okolicę, która jest twoją. Pilnuj tej przestrzeni i tłumacz, by ci, którzy się w niej poruszają byli świadomi i mądrzy. Bo ta mądrość może dać prawdzie szczęście.

Kruszyna chleba

Gdzieś tam – w telewizji czy w internecie – mignął mi jakiś program o zawodach w rzucaniu różnymi warzywami i owocami. Widać było jak – ku uciesze uczestników – rozbijane są pomidory, pomarańcze, arbuzy itp. itd. Przypomniał mi się festiwal bitwy na pomidory, który odbywa się corocznie w Hiszpanii i przyciąga turystów i telewizje z całego świata. Myślę, że ze smutkiem oglądaliby to ci, którzy cierpią głód. A jest ich niemało. Jak podają różne organizacje, jest ok. 800 mln głodujących i 2 miliardy niedożywionych. Zdaję sobie sprawę z różnych trudności w dystrybuowaniu żywności. Wojny, konflikty, odległości itd. sprawiają, że nie zawsze można podzielić się tym, co mamy do jedzenia. Sprawa dobrego wykorzystania i niemarnowania żywności to problem, który nie tylko ma zawracać głowy międzynarodowym organizacjom. Słychać i widać jak obok nas wyrzuca się różne produkty spożywcze do śmietnika. Czynią to sklepy, które muszą się pozbyć tego, co utraciło swoją przydatność do spożycia. Robią to rodziny i pojedynczy ludzie, którzy kupili za dużo i niepotrzebnie, a teraz sprzątają lodówki i spiżarki. Ile razy widzę takie obrazki, to przypominam sobie tekst Cyprian Kamila Norwida: „Do kraju tego, gdzie kruszynę chleba// podnoszą z ziemi przez uszanowanie// dla darów Nieba// tęskno mi, Panie”. To marnowanie rodzi się z wielości i wielkości, z przesytu. Kiedy czytam opowieści wojenne czy łagrowe, to widzę, jak tamci ludzie każdą kromkę traktowali jak skarb. Dobrze, że mamy lepsze czasy, ale szacunek do żywności jest szacunkiem do darów, prezentów od Stworzyciela, czy tych, którzy zarabiają w domu na wspólny chleb. Dzisiaj, lejąc do kubka mleko z kartonika łatwo zapomnieć, że, by ono powstało, potrzebna jest krowa, która je trawę wyrosłą na polu dzięki słońcu, wodzie, glebie. Sam trud człowieka /też potrzebny/ nie wystarczy. Pewnie, że można w laboratoriach tworzyć żywność, ale, jak powoli człowiek dostrzega, to nie jest dobre dla niego. Biegniemy do zdrowej żywności. Mam nadzieję, że natura, z którą tak się obchodzimy, nie zbuntuje się. W innym przypadku marny nasz los.

P.S. Przyznaję się do błędu, do literówki. Ten zeszłotygodniowy jubileusz to 7- lecie, a nie 5-lecie. Chciałem zrobić małe podsumowanie zgodnie z kalendarzem biblijnym. A tam „siódemka” jest ważną cyfrą, która sprawia, że świętujemy.

 

Jubileusz

Jubileusz to ważna, okrągła rocznica jakiegoś wydarzenia – jak podają słowniki. Pięć lat wpisywania w to miejsce różnych przemyśleń to nie tak dużo, ale małe dzieci /a ten blog z racji wieku tak wygląda/ właściwie świętują każde urodziny. Nie jestem – tak sądzę – zwolennikiem hucznego obchodzenia jubileuszy i rocznic. Dwa lata temu było jakieś 50-lecie, w zeszłym roku 25-lecie. Zauważyłem je, ale ze względu na to, że nie przepadam za występami ku swojej czci, życie toczyło się dość zwyczajnie. Owszem, były różne miłe życzenia i gesty świadczące o życzliwości i pamięci. Jednak z premedytacją uniknąłem większych imprez /w przypadku duchownych świętowanie takich jubileuszy jest dość powszechną praktyką/, bo nie potrafię ze spokojem słuchać „peanów na cześć”. Wiem, że takie wydarzenia są okazją, by się ucieszyć, zabawić i ich niezorganizowanie przez jubilata, może oznaczać, że nie lubi ludzi, nie docenia przyjaciół czy jest zwyczajnym dusigroszem i skąpiradłem. Tak, to duże ryzyko i możliwa rysa na wizerunku. Jednak własne przemyślenia i niechęć /pewnie za mocno słowo/ do szumu wokół własnej osoby sprawiły, że było jak było. W tym miejscu przepraszam zawiedzionych i rozczarowanych. Jeśli dziś dostrzegam pięć lat pojawiania się w sieci z własnymi przemyśleniami, to tylko dlatego, że – mimo różnych momentów – cieszy mnie to dzielenie się. Śledząc kalendarz ukazywania się wpisów, można dostrzec lepsze i gorsze czasy /pisanie cotygodniowe najpierw było narzuconym sobie porządkiem, a potem wymogiem stawianym przez naczelnego i jedynego – jak na razie – redaktora niedzielnej „gazetki”, którym się kiedyś mianowałem/. Różne były powody zamieszczania lub nie tego co mnie ruszało. Zdarzało się, że tematy atakowały jak ptaki ciężką zimą do bogatego karmnika, innym razem było w moje głowie cicho i pusto jak w naszym parku w mroźne dni. Dopadały mnie głosy /te z zewnątrz i te z wewnątrz/, by dać spokój lub nie poruszać pewnych tematów. I bywało, że miały rację, choć nie od razu zgadzałem się nimi. Myślę, że zachowałem szczyptę odwagi i odrobinę nieostrożności. Ale to może dlatego, że nie umiem – choć życie próbuje mnie stępić – popłynąć z prądem dla świętego spokoju. Lubię śpiewać w chórze /dziś żałuję, że nie mam okazji/, ale nie zawsze odpowiada mi repertuar, szczególnie kiedy  jest wynikiem pójścia za modą lub próbą przypodobania się słuchaczom.

Dziękuję za cierpliwość, komentarze, milczącą aprobatę i wyrazy, które świadczą, że ktoś czyta, to co piszę. A gdyby nikt nie czytał?…

Ps. Teksty bez błędów to zasługa cierpliwej korektorki. Ogromne dzięki.

Z głowy

„Mieć to z głowy”  to, jak podaje słownik frazeologiczny, zwrot, który oznacza, że coś jest załatwione, skończone. Gdy ktoś to mówi, słychać w jego głosie ulgę. Nierzadko młodzi czy starsi mają już coś z głowy. Konieczna sprawa, obowiązek został spełniony. Kiedy patrzę na wychodzących spiesznie /często przed zakończeniem Mszy św./ wiernych, dociera do mnie, że być może ktoś ma tę świętą „czynność” /że tak obcesowo nazwę Eucharystię/ z głowy. Muszę ze smutkiem przyznać, że i z ust osób, które winny z racji swojego stanu i stroju, który noszą, dostrzegać niezwykły i cenny dar od Boga, jakim jest Msza św., słyszałem ten właśnie zwrot. Pewnie ktoś zastosował ten myślowy skrót odruchowo i bezwiednie. Nie byłbym jednak sobą, gdybym się nie czepił i nie zapytał prowokacyjnie, czy nie tylko wypada, ale i można mieć Pana Boga /i sprawy z Nim związane/ z głowy. Na pewno zależy to od naszego pojęcia Istoty Najwyższej, naszej relacji z Nią.  Niejednokrotnie jest to ktoś nam daleki i obcy, choć jednak ważny /np. taki sędzia, który na razie nie wszczyna sprawy, ale wszystko zapisuje i jak przyjdzie ten właściwy moment – po śmierci – to „za dobre wynagrodzi, a za złe skarze”, jak – niestety  – uczą się przed komunią czy bierzmowaniem katolicy z książeczek/. Zainfekowani takim pojęciem, chcemy jak najszybciej zrobić co trzeba i mieć to z głowy, no bo przecież czeka nas za chwilę /nawet w taką wolną i leniwą niedzielę/ coś bardziej ekscytującego i ważnego. Pewnie moje krzywe oko źle widzi, a spaczony podejrzliwością umysł węszy brak miłości wiernych do swojego bliskiego i kochającego /ich/ najlepszego Tatusia /tak swoich uczniów prosił Jezus, by nazywali Boga – „Abba” to z hebrajskiego bardziej „tatuś” niż „ojciec”/. Ale nieraz to wyraźnie słyszą moje uszy, a zachowanie podpowiada, że tak naprawdę może być. I można by się cieszyć z tego planu minimum, który każe wypełniać /dumnie wyprężamy pierś z wyższością, patrząc na „zachód”/ w niedzielę i święta nasze kościoły. Jednak moim skromnym zdaniem, takie podejście /”mieć z głowy”/, często nieświadomie nie pozwala rozwinąć się tej pięknej więzi między osobami /tak, tak, to Pan Bóg jest osobą, a nie doskonałym i bezdusznym komputerem/, jaką jest miłość i wszystko co od niej pochodzi i do niej sprowadza. Dlatego będę się bronił, by po odprawieniu porannej Mszy św. /według zapisanego dyżuru/ nie wychodzić z zakrystii z poczuciem, że mam to już z głowy. Będę prosił „TEGO”, by chronił mnie przed ogarniającą mnie niedostrzegalnie zatwardziałością serca.

Z bliska

Tydzień temu, w ramach peregrynacji kopii obrazu Matki Bożej Częstochowskiej po męskich wspólnotach zakonnych archidiecezji krakowskiej, do nas, na Kopiec zawitała Matka Boża. Oczywiście, że zawsze była i nie myślę tutaj o różnych wizerunkach /mamy kilka obrazów i figur/. W końcu zostaliśmy Jej powierzeni pod krzyżem za pośrednictwem św. Jana Apostoła. Także i podczas różnych prywatnych objawień zapewniała, że możemy – a nawet nas gorąco zachęcała – do uciekania się pod Jej obronę. Obraz, który do nas przybył nie był tak duży jak oryginał, który jest w cudownej kaplicy na Jasnej Górze, ani jak kopia, która kiedyś wędrowała po Polsce. Był powleczony jakimś środkiem /niestety nie znam się/, który sprawiał, że w świetle reflektora nie było wiele widać z daleka. Należało przyjść dość blisko wizerunku. Z dużej odległości widziałem tylko aureole. Stojąc na środku kaplicy, dostrzegałem rękę Matki Bożej. Ten oświetlony, a jednocześnie niewidoczny obraz uświadomił mi, jak często w życiu na coś patrzymy i jednocześnie tego nie widzimy. I nie chodzi tylko jakiś brak koncentracji czy problemy ze wzrokiem. Obraz jest nam dany, ale nie możemy go odczytać. I znowu nie chodzi o jakiś ukryty kod czy niedostępną symbolikę. Bywa, że potrzeba czasu, cierpliwości i dojrzałości, która oznacza przebytą drogę. A może przede wszystkim – tak jak w naszej świątyni – warto pomyśleć o lepszym oświetleniu obrazu. Albo podejść bliżej. To ostatnie będzie pewnie najlepszym rozwiązaniem dla oczu i dla serca.

 

Humbak i winda

Kiedy mam okazję, lubię oglądać w telewizji programy przyrodnicze. Niedawno mignął mi przed oczami film o humbakach. Czasu na oglądanie miałem tyle, że usłyszałem tylko, iż mają pod skórą 15 cm tłuszczu i ważą 40 ton. W tym momencie przypomniałem sobie chodzące mi po głowie myśli na blogowy wpis. Otyłość czy nadwaga to bardzo złożony problem. Wiem o tym i nie zamierzam wytaczać dział, by strzelać jak popadnie. Ale kiedy przyglądam się wykorzystaniu w naszym domu windy czy też powszechnym w galeriach handlowych ruchomym schodom, dochodzę do wniosku, że nie zawsze są one tylko pomocą dla słabych, chorych czy z dużymi bagażami. Bywa, że zwalniają one z wysiłku, który jest nam – jak mówią lekarze – potrzebny. Patrzę ze smutkiem jak ludzie – mali i duzi – robią sobie kłopot, nie pozwalając spalić swojemu organizmowi spożytych /a może pożartych/ kalorii.

– Dlaczego jesteś taki gruby?

– Bo nie ćwiczę.

– A dlaczego nie ćwiczysz?

– Bo jestem gruby.

I mamy zamknięte koło, a właściwie balon, z którego nie można tak sobie spuścić powietrza. A przecież nie potrzeba wcale siłowni /wiem, wiem, tam jest trener, który dobierze właściwe ćwiczenia/, by nas nie przybywało. Szukamy cudownych diet /ciekawe, ale dzisiaj są chyba mniej reklamowane niż żele do miejsc intymnych i specyfiki na potencję/, a one – jeśli oprócz wyszczuplenia naszej sakiewki, trochę nas wypróżnią /wiem, to nie brzmi dobrze, ale prawdziwie/ – to tylko na chwilę. Bez ruchu, ani rusz. Może się ktoś obrazi, przeczytawszy ten tekst, może będzie bronił, że ci z brzuchami są sympatyczniejsi od tych szczupłych. Zdaję sobie sprawę z ryzyka. Jednak ten tekst – tak jak inne – piszę także do siebie. Humbak ma takie ciało, bo takie musi mieć. Ale jeśli on dla mnie będzie wzorem, to za chwilę wszystko zacznie mi wysiadać, bo moje serce, nogi, stawy i wszystko inne przygotowane jest do pracy z normalnym ciałem, a nie z ciałem do kwadratu. Dlaczego dawniej ludzie nie mieli problemu z nadwagą? Bo biegali. Za zwierzyną do upolowania albo za czymś czy kimś innym. Dzisiaj nawet polowanie na promocję można przełożyć na wygodny zakup w sieci przy biurku. A jeśli mamy jeszcze pod ręką jakąś przekąskę to…

Życzę zdrowia.

PS. Dlaczego nie pisałem? Bo najpierw zmogła mnie choroba /ale nie taka, która zmierza ku śmierci, jak widać/, a potem zaczęły się ferie. Takie wymówki.

Nowy

Tekst powstał w głowie w Nowym Roku, ale z różnych powodów /m.in. dłuższej choroby/ pojawia się dopiero teraz. Zawsze na przełomie starego i nowego roku czyni się podsumowania, przelicza, zestawia w słupki. Nie tylko, żeby się pochwalić, ile to nam się udało. To służy także temu, by patrząc w przyszłość móc coś zaplanować. Wiemy – albo nam się tak wydaje – co mamy. Owszem dużo jest niewiadomych. Bywa, że tak wiele, iż człowiek z lękiem patrzy na przyszłe dni. Tym bardziej, że więcej jest spraw, na które nie mamy wpływu, a one nas owszem tak, i to nieraz bardzo, bardzo. Pojawia się w wielu ludziach pragnienie, by się dowiedzieć jak będzie i  – tak to  często argumentują – przygotować się i przede wszystkim uspokoić. Ale najczęściej wizyta u wróżki lub porada wróżbity /kiedyś to była domena kobiet, cyganek i nie należała do zawodów, którymi można by się szczycić – a dziś?/ nie uspokaja. Nie wiem jaki będzie ten czas, który już się zaczął, a skończy 31 grudnia 2017 roku /oczywiście możliwy jest wcześniejszy koniec wszystkiego, ale o tym wie tylko Ojciec w niebie/. Wiem z całą pewnością, że to jest NOWY rok. I w tym określeniu mieści się bardzo wiele: obawy, ale i nadzieje. Chciałbym, aby tych ostatnich było znacznie więcej niż pierwszych. Może po prostu nadzieję trzeba złożyć w Panu Bogu.

P.S. Po wschodniej stronie domu ptaki podzieliły się karmnikami. Najwyżej, u mnie, posilają się wróble, piętro niżej u ks. Mariana sikorki. To kwestia towarzystwa czy rodzaju kuchni? J

Tradycja

Widać ją wyraźnie w Święta. Choć słychać głosy, że upada, to moim zdaniem trzyma się nieźle. Pomagają nam media, które – mimo, że gonią za nowinkami i sensacjami – przypominają nam ile powinno być potraw na wigilię i jak winna wyglądać szopka. Mamy dużo nowych świątecznych piosenek, tych swoich i tych z importu. Niemniej słychać w radiowym eterze stare kolędy, a w telewizji można przebierać w kolędowych koncertach. Piękną mamy tradycję i pięknie, kiedy ją kultywujemy. Ale nie byłbym sobą, gdybym do tej beczki miodu nie próbował włożyć łyżki dziegciu. Nie ze złośliwości czy smutnego nastroju. Raczej z niepokoju. Otóż, tradycja to naśladowanie. Piękne, jeśli poparte refleksją – im głębszą, tym lepiej. Patrzę i widzę małego chłopca, która klęczy na jednym kolanie /słyszałem, że to „na narciarza/, bo tak robi tata. Dobrze, choć… W wigilię do spowiedzi przychodzi dziewczynka, która robi to tylko przed Świętami. Tak jak mama. Dobrze, że choć teraz, ale…  A porządek wieczerzy wigilijnej? Puste miejsce za stołem? Ciekawe jak wyjaśniamy najmłodszym /czy w ogóle?/ te zachowania i zwyczaje. Samo powtarzanie bezwiednie różnych, nawet najpiękniejszych i najświętszych czynności, może prowadzić do… zaniku owych. Tradycja to piękna rzecz, ale pozbawiona korzeni,  łatwa jest do zastąpienia czymś nowocześniejszym, dzisiejszym, naszym. Podpatrując naszych „starszych braci w wierze” /określenie to wskazuje na wspólne dziedzictwo wiary chrześcijan i wyznawców judaizmu, jakim jest Stare Przymierze/, widzę, jak w przeżywaniu świąt dbają o komentarze i wyjaśnienia. W ich największe święto Paschy /pamiątkę wyjścia z egipskiej niewoli/, gdy siadają do kolacji, to najmłodszy w rodzinie pyta /zawsze tak samo/ jak to było, a najstarszy opowiada całą historię. Może i w nasze chrześcijańskie Święta przydałby się taki zwyczaj. Pewnie niejednemu byłoby trudno. Dobrze, że choć są kolędy, w których tak wiele zapisano. Obyśmy tylko chcieli je śpiewać. I tu naprzeciw wychodzi nam dość nowy zwyczaj: karaoke.

PS. Błogosławieństwa od Bożej Dzieciny!!!