Na skrzydłach emocji

Zawsze na wiosnę mam wspaniałą szansę /z której skwapliwie staram się korzystać/ podglądać zlatujące się po zimie ptaki. Widać coraz większy ruch i słychać ptasi hałas. Ale wszystko jest – tak mi się laikowi wydaje – celowe: wybór miejsca i budowanie gniazdka, znoszenie wszystkich potrzebnych elementów. Ma swój cel śpiew i krzątanie się w parach.
Patrząc na ptaki, myślę o swoim celowym działaniu. Wydaje mi się, że mam przewagę nad ptakami. One mają instynkt, a ja dodatkowo rozum. Ale czy rzeczywiście korzystam z niego? Tak świadomie? Odnoszę wrażenie, że częściej do głosu dochodzą emocje, na skrzydłach których unoszę się. Kierunek, wysokość, prędkość lotu wynikają z natężenia i rodzaju emocji. Dużo tego ruchu, tylko po co? Ale bywa przyjemnie. A nawet jeśli nie, to jestem w stanie obarczyć winą różne wiatry i prądy powietrzne. Kiedy rozum śpi…
Te refleksje to nie tylko wynik obserwacji ptaków. Coraz częściej w różnych dyskusjach /tych publicznych i nie/ słychać emocje wobec zanikających argumentów odwołujących się do rozumu. A z emocjami trudno dyskutować. O ile w ogóle jest to możliwe. Można się jedyni nimi podzielić. Może warto przysiąść na wspólnej gałęzi i pogadać możliwie jak najbardziej rzeczowo i najmniej emocjonalnie. Nie zaczynajmy też od podcinania gałęzi, na której siedzi nasz rozmówca, bo jeśli jest to wspólna gałąź to… Smutne jest nieraz przekonanie, że lepiej zniszczyć park, las, domy niż wspólnie poszukiwać prawdy. Niełatwy jest dialog.
W tych dniach mamy okazję przyjrzeć się ostatnim chwilom ziemskiego życia Jezusa Chrystusa. Jezus rozmawiał z Piłatem, ale milczał u Heroda.

Mam dziecko

Kobieta w średnim wieku. Lekarka z dużego miasta. Samotna. I pomysł by mieć dziecko. Cóż, przy takim wykształceniu /także zawodowym/, możliwościach finansowych i innych okazuje się, że można to pragnienie zrealizować. Mąż jest zbędny, choć potrzebny jest facet /ale przecież są odpowiednie banki z koniecznym „materiałem”/. Sprawa „in vitro” to nie tylko temat przepychanek w mediach i w parlamencie. To także możliwość realizacji swoich potrzeb. I tak oto pani – o której piszę – ma to czego jej brakowało. Ma dziecko. Nie znam tej kobiety zbyt dokładnie, nie rozmawiałem z nią. Dlatego nie potrafię przedstawić wszystkich argumentów stojących za taką jej decyzją. Patrzę z boku. I – przepraszam, jeśli to zabrzmi za mocno – mam wrażenie, że posiadanie dziecka zaczyna być traktowane jak kolejne spełnienie własnych zachcianek. Wiem, że macierzyństwo jest czymś bardzo ważnym dla kobiety /dla niektórych najważniejszym, choć i są takie, dla których to nic nie znaczy/. Jednak czy w tym planowaniu posiadania dziecka uwzględnia się je samo, jego rozwój, przyszłość…? /Ile już napisano rozpraw o trudnościach tych, którzy wychowują się w niepełnych rodzinach/. Trudno mi uwolnić się od skojarzeń /może krzywdzących/, że posiadanie dziecka przypomina inne nasze własności: psa, kota, kanarka… Ale tu nie można postawić znaku równości.
Jestem zbyt surowy? Zabraniam szczęścia? Zachowuję się jak pies ogrodnika /sam nie zje i drugiemu nie da/? Wtrącam się w nie swoje sprawy?… Raczej martwię się /ktoś optymistycznie pewnie stwierdzi, że niepotrzebnie/ o życie tego dziecka. Mam nadzieję, że jak dziecko nie będzie takie jak sobie wyobraża mama /nie chodzi tu o kolor oczu, włosów – to można już dziś przewidzieć/ i pojawią się trudności, nie odda go do schroniska. A kłopoty zjawią się na pewno, bo takie jest życie człowieka i jego rozwój.
Jeśli wszystko można kupić, to i pewnie można to sprzedać. Zaspokoić swoje pragnienia, zrealizować marzenia, być szczęśliwym… Za jaką cenę? …..A inni…
Ps. W sumie temat „posiadania” dziecka nie jest czymś nowym /jak in vitro/. Nieraz słyszałem, że kobieta wychodziła z mąż /a niekiedy nawet wykorzystywała ewentualnego narzeczonego/ dla posiadania dziecka, a nie dla małżeństwa. Może tylko dziś mówi się o tym jak o zwyczajnym prawie do szczęścia. Własnego. A zdarza się, że wypisuje na sztandarach.

Szczekanie psa

Mijając na spacerze ludzkie obejścia, można nieraz napotkać szczekającego psa. Im mniejszy tym – tak najczęściej się zdarza – głośniej szczeka. Pilnują te psy domów swoich panów i odstraszają ewentualnych miłośników cudzej własności. Dobrze jest dla spacerowicza, kiedy pies jest po drugiej stronie dzielącego ich ogrodzenia. Im bardziej solidne i nieposiadające dziur, tym lepiej. Z reguły psu wystarczy obojętność człowieka i brak chęci wkroczenia na jego teren. Choć zdarza się, że czworonóg chce dać wyraz swojej siły i postraszyć na zapas. A jak ma jeszcze jakieś wyjście /otwarta furtka czy brama, dziura w siatce/ to może intruza trochę głośno odprowadzić. I właściwie wszystko jest jasne: pies broni swojego terytorium. Gorzej gdy spotkamy psa gdzieś na drodze i nie wiemy, czy już wkroczyliśmy na jego teren, czy może zbliżamy się. Zwierzęta raczej nie atakują człowieka bez powodu. Bywa, że nasze zachowanie prowokuje psa do ujadania. Przyznam, że szczekający pies może nieźle człowieka nie tylko przestraszyć, ale i zdenerwować. I odruchowo chciałoby się znaleźć jakiś kij albo nogę dobrze obutą i pokazać, że nie tylko się nie boimy, ale mamy przewagę. W końcu nie możemy sobie pozwolić, żeby tu na nas szczekał jakiś pies /im mniejszy i mniej rasowy tym gorzej dla niego/. Złość nie jest wówczas najlepszym doradcą /a kiedy jest?…/ Tak naprawdę najlepiej machnąć ręką na tego czworonoga. Pomijam już – ważny poniekąd – aspekt szacunku dla zwierząt. Trzeba po prostu zlekceważyć go i oddalić się w wiadomą sobie stronę. Drażnienie psa i próba pokonania go może być dla nas kosztowna /kiedyś w górach straciłem nogawkę/. Lepiej pozwolić mu poszczekać i zignorować.
Z ludźmi, którzy – z jakichś powodów – szczekają na nas, warto postępować tak samo. Szczekanie uniemożliwia dialog.

Ps. W parku oprócz przebiśniegów dzieciaki odkryły kilka krokusów, a ja zawilce.

Ile trzeba dać

Niedawno przeczytałem o triumfalnym odkryciu pewnego wiernego. Wyznanie człowieka, który ma nazwisko, dokonania. Powiedział, że wystarczy odmawiać tę szczególną modlitwę /pozwolę sobie nie podawać o jaką chodzi/, aby otrzymać od Boga to na czym nam zależy. Nooo, pięknie! Co prawda Jezus zachęcał do modlitwy cierpliwej i nieustannej /„Proście a otrzymacie”/. Ale żeby można było wiedzieć co dokładnie trzeba „dać” i ile zapłacić /to znaczy ofiarować/ w celu osiągnięcia korzyści, to trochę zakrawa na jakiś handel. To nie jest zresztą myślenie rzadkie czy odległe. Przecież w życiu nieraz słyszy się, że wszystko można kupić. Pytanie tylko za ile. Przenosimy to też na Boga i zamieniamy go w Wielkiego Sprzedawcę. Szczególnego, bo często jest tą ostatnią instancją /wyczerpaliśmy już wszystkie możliwości/, u której można coś załatwić. A i dobra, które można u Niego uzyskać są cenne, bywa, że najcenniejsze, jak np. zdrowie. I oto Pan Bóg jawi się jako taki supermarket. Problemem jest tylko ile trzeba przygotować gotówki: wystarczy odmówiony różaniec, czy może trzeba dwa? Albo konieczna jest pielgrzymka, post o chlebie i wodzie, jakieś wyrzeczenie, zmiana sposobu życia. Najlepiej byłoby gdzieś się dowiedzieć ile trzeba wyłożyć, żeby prośba została załatwiona pozytywnie. A i żeby może nie przepłacać, bo po co. A więc, gdy słyszę, że ktoś radośnie informuje o znalezieniu skutecznego sposobu na przekonanie Pana Boga co powinien zrobić, to zastanawiam się, czy wierzę w tego samego Pana Boga. Kogoś, kogo proszę /nieraz bardzo/, ale pamiętam, że w codziennym „Ojcze nasz” mówię: „bądź wola Twoja jako w niebie tak i na ziemi”. Wierzę, że On wie lepiej co mi jest potrzebne, choć nieraz przekonany o swojej racji zanudzam Go swoimi prośbami. Spodziewam się, że są one Mu miłe, bo skoro Go proszę to znaczy uznaję Jego moc, dobroć i wspaniałomyślność. Cieszę się, że zawsze stać mnie na prośby, a Jego łaska jest za darmo /co nieraz mnie zawstydza/ i nie ma względu na osoby.
P. S. I znowu idzie wiosna, bo w parku, oprócz opukiwania dzięciołów, słychać pierwsze śpiewy naszych skrzydlatych braci.

Akcja- reakcja

Jest taki piękny film „Pan od muzyki”, nakręcony dziesięć lat temu. Zawsze ile razy do niego wracam, wzruszam się tematem i muzyką. Mam wrażenie, że główną myślą filmu jest pytanie: jak wychowywać? To problem nie tylko w sierocińcu, choć pewnie tam zagęszczenie problemów i cierpienia małych ludzi jest największe. Różne są metody wychowawcze i różna jest ich skuteczność. Dyrektor filmowego sierocińca jest przekonany o jedynym słusznym sposobie oddziaływania na podopiecznych. A metoda ta jest krótko przez niego nazwana: akcja-reakcja. Skądinąd właściwe jest w miarę szybkie działanie, które uświadamia sprawcy problem. Im młodsi ludzie, tym krótszą mają pamięć /a wydawać by się mogło, że gorzej jest na starość/. Bywa, że konsekwencje wyciągane po niewczasie tracą swoją skuteczność wychowawczą, bo delikwent nie pamięta za co ponosi karę. Na filmie widać jednak, że metoda dyrektora jest nie tylko surowa, ale i nieprzynosząca korzyści /chyba z wyjątkiem satysfakcji władzy i upokorzenia winowajcy/. Może dlatego, że chodzi tu tylko o reakcję na akcję, a nie o dobro wychowanka. Nie ma tu też miejsca na refleksję, dobór metod do konkretnego dziecka, perspektywę dalszych działań.
Nie zamierzam prowadzić kącika filmowego. Ten film skojarzył mi się kilka dni po zebraniu z rodzicami. Przypatrując się dzieciom, dotarło do mnie podejrzenie, że być może metoda akcja-reakcja nie jest znowu tak rzadką metodą. I nie chodzi tu o brak serca czy brutalne metody /jak na filmie/. Nie, to nie o to chodzi. Raczej to obawa, że korzystając z tej metody, mamy poczucie, że zajęliśmy się problemem. Ale go nie rozwiązaliśmy.

Recepta i analogia

Jestem chory. Idę do lekarza. Bada mnie, stawia diagnozę. Pisze na recepcie nazwy leków i sposób ich przyjmowania. Potem wizyta w aptece. Teraz tylko zostało mi zastosowanie się do zaleceń lekarza. Proste, prawda? Ale niełatwe. I wiem to z własnego doświadczenia. Gdzieś tam w całym tym procesie, który świetnie brzmi w krótkich zdaniach, pojawiają się wątpliwości, nieuporządkowanie i nierzadko zwykłe lenistwo. Co ten lekarz może wiedzieć? A jeśli postawił złą diagnozę? Pomylił się, bo miał ciężki dzień, nie wysłuchał mnie i porządnie nie osłuchał. Zresztą poradzę sobie, mam mocny organizm. Nieraz już przecież przeżywałem podobną infekcję. Leki są drogie. A może lekarz ma jakiś układ z firmą farmaceutyczną /albo uległ kolejnej świetnej reklamie/ i dlatego przepisuje mi te leki. Co one pomogą? No dobra, kupiłem, ale nie mam cierpliwości, by się trzymać tych godzin i zaleceń. Z resztą już się czuję lepiej, po co mam sobie zatruwać organizm jakąś chemią. Przecież każdy lek ma jakieś działanie uboczne.
Jezus jest lekarzem. Moim.

Rozróżnianie głosów

Mówi się: do trzech razy sztuka. Tyle razy wstawał młody Samuel i biegł do swojego nauczyciela, Helego, myśląc, że to on go woła. Także dopiero za trzecim razem Heli spostrzegł się, że to może Bóg chce mówić do jego ucznia.
Ile razy do mnie mówi Bóg, a ja Go nie słyszę? A może tylko nie wiem, że to Bóg? Kiedyś dawno, dawno temu umiejętność rozpoznawania głosów w przyrodzie, odczytywania różnych zjawisk pozwalała człowiekowi nierzadko uratować życie. Dziś wystarczy GPS, smartfon z aplikacją… Wystarczy, choć najlepiej mieć przewodnika, szczególnie w okolicznościach, których nie da się przewidzieć, kiedy wszystko zmienia się często w oka mgnieniu, a zachodzące reakcje /szczególnie te międzyludzkie/ nie są do opisania żadnym sensownym algorytmem. Takie jest właśnie nasze życie. Stąd niektórzy gubią się i innych. Co prawda ukazuje się mnóstwo różnych rozmówek, słowników, tłumaczeń obcych języków, poradników, mowy ciała… Jednak nie dają nam pewności, że rozumiemy to co się dzieje, czy to co do nas ktoś mówi.
„Mów Panie, bo sługa Twój słucha” – to rada Helego dla Samuela. Dobry nauczyciel sam słucha i wie, że trzeba innych uczyć słuchania. Co dziś chce mi powiedzieć Bóg?

Gada, gada

W czasie okołoświątecznym, bodajże w „Wiadomościach” zobaczyłem krótką migawkę ze Wspólnoty Burego Misia. Dom na Kaszubach, gdzie żyją, pracują, modlą się sprawni z niepełnosprawnymi. W trakcie programu ksiądz mieszkający we Wspólnocie opowiadał m.in. o otwartości osób upośledzonych w wyrażaniu swoich opinii. Najbardziej podobało mi się stwierdzenie jednego chłopaka, któremu najwidoczniej dłużyło się kazanie księdza: „gada i gada, porzygać się można”. Może i nie brzmi to ładnie. Kiedy jednak pomyślę o tym jak nieraz mówię na ambonce, to chciałoby się powtórzyć za tym niepełnosprawnym… Tak łatwo uwierzyć w swoje zdolności, zapomnieć w czyim imieniu się przemawia. Bywa, że z rozpędu powie się za dużo i za mocno, tłukąc niemiłosiernie słowami. Chciałoby się szybko opublikować jakąś erratę.
Słowo padło… Zdarza się, że ich jest za wiele, bo tak łatwo przeciskają się przez usta. Leją się jak woda, zatapiając sens. Usypiają siedzących w ławkach i drażnią przestępujących z nogi na nogę. Czytane z kartki, dają kaznodziei poczucie bezpieczeństwa i nierzadko pozbawiają się życia. Mówione „z głowy” ryzykują odlotem.
A Pan Bóg próbuje się w nich zmieścić. I wystarczy mu oślica. Może być Balaama.

……………….

„Kiedy więc dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak obłudnicy czynią w synagogach i na ulicach, aby ich ludzie chwalili. Zaprawdę, powiadam wam: ci otrzymali już swoją nagrodę. Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie”/ Mt 6,2-4/.

Słodko-gorzki

W naszym kościele można poznać zbliżający się czas świąt po kolejkach do konfesjonału. Najpierw jest pracowita ostatnia niedziela przed świętami, a potem im bliżej, tym dłuższe kolejki. Apogeum następuje w wigilię /przed Wielkanocą w Wielką Sobotę/. Pewnie można by pozbyć się kolejek, nie siadając w tych dniach do konfesjonału. Ale… po to między innymi zostaliśmy wyświęceni, by pomagać w pojednaniu się z Bogiem. Widok garnących się tłumów winien cieszyć każdego, komu leży na sercu powrót człowieka do Boga. W tej beczce miodu jest jednak łyżka /a może więcej/ dziegciu. To sposób traktowania spowiedzi przez penitentów. Nierzadko można podejrzewać /wiem, że nieładnie/ chęć uspokojenia sumienia czy odbycia świątecznej praktyki. Pisałem już kiedyś o trudzie tłumaczenia w konfesjonale, o co tu chodzi. Jednak brak czasu i nastawienie penitentów często uniemożliwiają jakąś pomoc. Odnoszę wrażenie, że mogę jedynie temu choremu szybko opatrzyć rany podstawowym zestawem i w krótkich słowach – oceniając stan – zalecić dalsze leczenie. Zdaję sobie sprawę, że „pacjent” może mnie nie posłuchać i za niedługo zapadnie na jeszcze gorszą chorobę, ale co mam robić? Być może chory nie traktuje moich słów poważnie /wie lepiej/, a chorobę bagatelizuje /”daj mi księże coś, żeby tak nie bolało i bym mógł jakoś siąść do wigilii, przeżyć te święta”/. Kiepski jest stan wiedzy pacjentów o własnym zdrowiu, sposobach leczenia /szczątkowa wiedza z katechezy szkolnej/. A najbardziej dotkliwe jest przekonanie, że nic mi nie dolega. Nie można zapomnieć o tym, że wielu jest przekonanych jak się leczyć i nie zamierza nic zmieniać. Nie ukrywam, że dopada mnie nieraz pokusa, by odmówić pomocy lub tłumaczenia choroby. Ale czy mogę? W końcu mam pomagać w leczeniu. Dał mi tę pracę najlepszy Lekarz. I ja przy Nim jestem jedynie instrumentariuszem. Dlatego nie narzekam na dyżury /trochę ściemniam, ale to lepiej brzmi/, choć bywa, że trudno się dogadać z pacjentem. Czy jest jednak coś wspanialszego, niż dar życia i zdrowia? Życzę zdrowia…
Niech Bóg narodzi się w Twoim sercu i Domu. Gloria in excelsis Deo!