Nie mieści się

Prawie przed chwilą miałem spotkanie z grupą z Przedszkola na Kopcu /dochodzę do nich przez park/. Nie ukrywam, że zawsze czuję przed sobą wyzwanie. Takie zajęcia wydają się prostym zadaniem, bo im mniejsze dzieci, tym mniejsze problemy. Ale te ich sprawy są dla nich wielkie. No i przede wszystkim chciałyby mi o tym opowiedzieć. Warto dodać, że nie zawsze sprawy te wiążą się z tematem, który chciałbym poruszyć, co trochę komplikuje te zajęcia. Otóż ostatnio przyniosłem im duży obraz /wisi u nas na korytarzu obok wejścia do zakrystii/ przedstawiający Jezusa Dobrego Pasterza w otoczeniu owiec. Liczyłem je z dziećmi. Mówiliśmy także o tej owieczce, którą Pasterz trzyma na swoich ramionach. Kiedy już zbierałem się do wyjścia i zamierzałem zabrać obraz do klasztoru, powiedziałem, żeby zachowali ten obraz w swojej głowie i sercu. No, nawet nieźle wybrnąłem – pomyślałem, bo dzieci liczyły, że go im zostawię. I wtedy usłyszałem: „ale mi się nie mieści” /ten obraz/. Przyznam, że lubię tę dosłowność dzieci. Bywa, że ona otwiera dorosłym – także mnie – oczy na sprawy, które wydają się „załatwione”. Mówimy, słuchamy, potakujemy, sprawiamy wrażenie, że rozumiemy, a potem … okazuje się, że to były tylko słowa, które od nas wyszły lub dotarły. Zdarza się – i to mówię także za siebie – że się nimi nawet zachwycamy. Ładnie powiedziane – mówimy. I… nieraz jest to wszystko co zostaje. Być może dlatego, że – jak zauważył to ten młody człowieczek – nie zmieściło się to w naszej głowie albo sercu. I nie chodzi tu o brak wyobraźni. Można ją mieć bardzo bujną. To raczej rozmiar naszego otwarcia się na słowo i rzeczywistość, która kryje się pod nim. Aperite portas…

Ps. Teraz po przeprowadzce /mojej i zwierząt/ mam za oknem wędrujące owieczki, oślicę Grację i mulicę Tulę.  Ładny widok w kwitnącym sadzie. Może trzeba by ponazywać te owce? Przecież pasterz zna swoje owce po imieniu… Dobry pasterz. Właśnie. Ehhhh…..

W tym samym miejscu

W ostatni poniedziałek miałem okazję odprawiać Mszę św. w Łapszach Niżnych, na Spiszu /byłem z klasą 2 na „zielonej szkole”/. Kiedy stałem przy ołtarzu w małym parafialnym kościółku, uświadomiłem sobie, że 75 lat temu stał w tym samym miejscu bł. ks. Józef Stanek, pallotyn. Pochodził z tej wsi, uczył się w gimnazjum na Kopcu, w Collegium Marianum, a następnie w seminarium w Ołtarzewie. Święcenia kapłańskie przyjął już w czasie wojny, w 1941 roku. Potem udało mu się przekroczyć granicę /Łapsze były pod słowacką okupacją/ i mimo trudności, odprawić jedną jedyną Mszę św. w parafii, w której dorastał. Wrócił do Warszawy, a kiedy wybuchło powstanie, służył żołnierzom i  ludności cywilnej jako kapelan i kapłan. Oddał swoje miejsce w łodzi, którą można było się przeprawić przez Wisłę i uratować życie. Został, a kiedy dopadli ich hitlerowcy, był męczony, a potem powieszony – jak mówią świadkowie – na stule. Oddał życie, był znakiem. Miał tylko 28 lat i 3 lata zaledwie służył jako ksiądz. Pomyślałem o nim, o sobie. Szukałem rzeczy, które nas łączą. Zmienił się wystrój kościoła parafialnego, wygląd wioski i wiele, wiele innych rzeczy. Tylko Bóg jest ten sam. I powołanie kapłańskie to samo, choć realizowane na swój niepowtarzalny sposób. Jak najlepiej wykorzystać ten czas, który mi dobry Bóg podarował? Jak odróżnić wśród rzeczy nieważnych i ważnych, sprawy najważniejsze? Jak przygotować się do egzaminu, który nie wiem kiedy będzie i jak będzie wyglądał? Wiele pytań i… brak odpowiedzi. Myślę sobie, że nie przypadkiem pojawiłem się w tym kościele właśnie teraz. Chciałbym dać sobie szansę na próbę odczytania tego znaku i osoby ks. Józefa. W końcu dzień wcześniej była Niedziela Dobrego Pasterza, a klerycy z naszego seminarium mówili na Kopcu o swoim powołaniu. Warto się rozglądać, bo Pan Bóg – mocno w to wierzę – daje swoje znaki. Jaki jest znak dla Ciebie?

Nowe nad stare

Stary chyba nie jestem. Zramolały chyba też nie. No, może trochę zrzędzę. Jakoś nie mogę przyzwyczaić się do szukania nowinek i zmian. Nie chodzi mi tu poprawę, szukanie czegoś lepszego. Myślę raczej o zmianie, bo tamto już jest stare, opatrzyło się czy osłuchało. Dajmy na to pieśni czy piosenki w kościele /nie przypadkiem rozróżniam te kategorie/. Bywa, że szuka się ciągle nowych, a stare kwituje się krótkim machnięciem ręką czy żachnięciem. Te nawet nie tak wiekowe i zapisywane słowami zrozumiałymi dla dzisiejszych Polaków /a może nie?…/ skreśla się z repertuaru, bo się znudziły. A poza tym są nowe. Przyznam, że sama nowość danego utworu mnie nie przekonuje. Bywa, że te nowe często nie mają tej głębi słów i muzyki. Nie odbieram szczerości i gorącego serca autorów. Niemniej jeśli to ma być publiczne i dla wszystkich, to może warto by szukać najlepszych i… powtarzać, powtarzać… Powtarzanie jest matką nauki, ale także drogą do pogłębienia tego co dobre i piękne. Już w pierwszych wiekach po zmartwychwstaniu Chrystusa (ok. IV w.) – pod wpływem św. Makarego Wielkiego i jego ucznia Ewagriusza z Pontu powstała modlitwa, w której powtarzano: „Panie Jezu Chryste, Synu Boży, zmiłuj się nade mną grzesznikiem”. Tylko tyle i aż tyle. Ktoś mógłby zauważyć, że to stare i może być dość nudne. Okazuje się jednak, że ta modlitwa Jezusowa /bo taką ma nazwę/ jest ciągle ważna dla wszystkich chrześcijan /coś nas może jednak połączyć/, a przede wszystkim prowadzi do życia w Bożej obecności i pokoju serca. Nie bez powodu nazywa się ją modlitwą serca lub modlitwą prostoty. Piękna jest ta zachęta Jezusa zamieszczona w Ewangelii według św. Mateusza: Dlatego każdy uczony w Piśmie, który stał się uczniem królestwa niebieskiego, podobny jest do ojca rodziny, który ze swego skarbca wydobywa rzeczy nowe i stare (13,52). Patrząc na wczoraj i dziś Kościoła, mamy potężny skarbiec pieśni, piosenek, tekstów, obrazów, itp. itd. Trzeba tylko umieć się z pokorą schylić i nie ulegać podszeptom, że tylko to co nowe jest piękne. Wobec gonitwy świata, który mówi, że modne jest tylko „dziś” warto za Horacym odważyć się być mądrym /sapere aude/.

Komunia, czyli być razem

Niedawno rozdawałem Pana Jezusa ukrytego w chlebie w naszej górnej kaplicy. Bardzo często „lądują” tam rodziny z małymi dziećmi. Bo – tak sobie myślę – mają tam mniej powodów do konfuzji z powodów nadpobudliwości ruchowej i „dźwiękowej” swoich pociech. Pewnie często ta ruchliwość jest w normie, a pytanie w stylu „mamo, kiedy się skończy?” nie świadczy o brakach w wychowaniu religijnym dzieci, ale o zwykłym znużeniu liturgią, która bywa „za trudna” nawet dla niektórych dorosłych /i tu kłania się potrzeba katechezy dorosłych, by wyjaśniać całe Boże misterium/. Warto też zaznaczyć, że w naszym kościele na Kopcu przyjęło się /i nie jesteśmy tu jacyś szczególni/, że do komunii podchodzą często rodzice z dziećmi, które jeszcze nie przyjmują Pana Jezusa pod postacią chleba. Otrzymują za to /choć to nie jesteś jakiś – przepraszam za określenie – „zamiennik”/ uczyniony przez księdza na czole krzyżyk. Chciałbym podkreślić, że w ten sposób dzieci też otrzymują Pana Jezusa, ale inaczej. Często widzę, że to jest dla nich bardzo ważne. Dla mnie, duszpasterza, bardzo cenne. Otóż, kiedy w tę niedzielę płynął strumień wiernych do komunii świętej, w pewnym momencie do młodej kobiety, która właśnie stanęła przede mną, podszedł mały chłopiec i chwycił ją za rękę. Dodam, że w kaplicy ten młody człowiek siedział z przodu, z innym chłopcem /może z dalszej rodziny/. Gdy podawałem tej kobiecie Pana Jezusa, to – myślę, że jej syn – trzymał mocno mamę za rękę. Chciał być razem – to było widać, bo – dodam – bywa, że dzieci podchodzą same /niestety, często dlatego, że rodzice nie mogą, nie chcą, czy… /. Pomyślałem sobie, jak komunia /słowo to pochodzi od łacińskiego communio, które oznacza wspólnotę, jedność, solidarność z kimś, wzajemną więź, oddanie, współudział i uczestnictwo w kimś lub czymś/ może się realizować. Bo tu mamy nie tylko wspólnotę z Bogiem, ale ludzką, konkretnie rodzinną. Piękny widok, ale i bardzo pouczający. Kiedyś usłyszałem takie zdanie, że komunia nie jest dla dzieci. Rozumiem, że dotyczy to przyjmowania Jezusa Eucharystycznego, ale w tym krótkim twierdzeniu, niestety, umyka prawda o jedności w Bogu i z Bogiem na innych płaszczyznach. Czy gorszych? – zapytam prowokacyjnie. Nie chcę umniejszać niewyobrażalnego daru Bożej łaski i miłości, które dają nam się pod postacią chleba i wina w Eucharystii. To przecież Jezus, ukrzyżowany i zmartwychwstały, który przychodzi do mnie. Ale On też przychodzi do wszystkich, którzy otwierają dla Niego serce, a są za mali lub „przeszkodzeni”, by Go przyjąć pod świętymi postaciami. I tu warto dodać, że nie należy szukać przeszkód, które są do pokonania. Miłość pragnie zawsze więcej. Czy ja robię więcej, by tego Boga przyjąć najlepiej jak potrafię?

Ps. Tekst napisałem przed przeczytaniem nowej adhortacji posynodalnej papieża Franciszka. Ucieszyłem się niewymownie, kiedy okazało się, że niedaleko jestem od ducha tego dokumentu.

Dobra energia

Jaki ten temat jest pojemny. Może być o ekologii w kontekście szukania lepszych źródeł energii albo o np. bioenergoterapii i zagrożeniach duchowych. Pewnie znalazłoby się jeszcze kilka możliwości. A ja bym chciał o tym, że ludzie potrafią dać życie lub je odebrać. Nie są bogami i nie tworzą życia. Raczej je przekazują lub nie. Wiem o czym chcę pisać, bo nie tak dawno dość mocno dotarło do mnie to doświadczenie. W pierwszym odruchu to tylko była rozmowa. Pewnie trudna, ale przecież idąc pod górę nie jest łatwo, a bywa, że trzeba jeszcze uważać na przeszkody. Jednak po tym spotkaniu czułem się jakby ktoś odciął mnie od zasilania. Wyłączono mi prąd. Siąść i… nawet nie płakać /nie ma powodu/. Raczej opuścić ręce, zwiesić głowę. Poczuć brak sensu /gdzieś zniknął/. Pusto, bardzo pusto… Już kiedyś coś podobnego przeżywałem…. Na szczęście niedługo potem /w międzyczasie pojawiały się różne dobre i złe małe sprawy/ odbyły się spotkania, po których poczułem, że można też dostać dawkę energii. I nie były to jakieś szczególne słowa np. otuchy. Nic w tym sensie… Myślę, że po prostu ktoś przekazuje energię albo ją zabiera. Piszę „przekazuje”, bo mam świadomość, że człowiek nie jest dawcą życia. Raczej służy jak przewód, przez który płynie prąd. Także nie wiem czy chciałbym wprowadzać rozróżnienie na dobrą i złą energię. Raczej na dawanie lub zabieranie energii, życia. Myślę także, że ważne jest to kto nam tę energię zabiera albo daje. To może powodować dłuższe lub krótsze dochodzenie do siebie, łapania drugiego życia, nowego oddechu.
PS. Zawsze jestem pod wrażeniem wiosennego życia naszego parku. Jeszcze drzewa nie zazieleniły się, a już trwają śpiewne koncerty przerywane miarowym stukaniem dzięcioła. I to bieganie za sobą i dla siebie. A przygotowanie gniazda? To są problemy. I radości… Nadzieja to nie tylko zielony kolor…

Miara

Przykładam miarę i często się mylę. Taka spowiedź w Wielkim Tygodniu. Mogłoby się wydawać, że w kolejce czekają wszyscy ci, którzy wcześniej nie mogli: kierowcy tirów, pracujący za granicą, którzy ściągnęli na święta do ojczystego domu, zapracowane kasjerki z supermarketów, kurierzy, itd. A jednak… A może garną się do spowiedzi ci, którzy robią to tylko z okazji świąt? Ciekawe jak wyglądałoby ich życie duchowe, gdyby nie dali rady na święta…? Z rozmów „pozakonfesjonałowych” wynika, że po rozgrzeszenie stoją ci, którzy muszą być na święta „doczyszczeni”. I jaką miarą zmierzyć to wszystko? Pewnie Bożą i miłosierną. Ale ja, człowiek, w swoim maleńkim rozumku nie zawsze o tym pamiętam. Mylę się, mówię za dużo, za mało, nie w porę… Wierzę mocno, że Pan Bóg ma swoje drogi i potrafi przemówić, uleczyć i „puścić wolno”. Wydał się w ludzkie ręce i dał się ukrzyżować… Nie bez powodu i nie na darmo.
W cichą Wielkopiątkową noc kątem oka widzę jak przed ukrytym w grobie Jezusem klęczy rodzina: mąż, dwie starsze córki, żona i najmłodsza córka. Nie wiem na pewno, domyślam się. I podnosi mnie to na duchu. Ale nie z poczucia, że z tą demograficzną zagładą nie jest wcale tak źle. To raczej radość, która ma odsunąć na bok smutek wszystkich niepełnych „już” albo „za chwilę” rodzin.
W Wielką Noc zapalamy szczególną świecę – paschał, symbol Chrystusa Zmartwychwstałego. Tylko On może rozjaśnić mroki naszych nocy. Tylko On może nam wskazać drogę, po której warto iść. Zbędne i złudne są wszystkie nasze życiowe zapałki. To nie my mamy światło. To On nam je daje. Na drogę. Do nieba. Po ziemi.

Kierunek patrzenia

Spojrzenie i… osąd. Myśli biegną i układają się w podejrzenie. Jeszcze gdzieś w głowie dobija się głos „obrońcy”, który mówi: to nie tak jak myślisz, to tylko pozory. Ale to co zobaczyłem boli, a jak boli to muszę znaleźć winowajcę. I nie we mnie, w tym drugim. O, gdyby jeszcze ten ból był tylko skurczem serca albo kilkoma łzami. Nie. To zamienia się w gniew, który zamyka szczelnie umysł na wątpliwości. Trzeba uważać, żeby w tych emocjach nie powiedzieć czegoś, czego będzie się za chwilę żałować. Lepiej odejść i zająć się czymś co odwróci wzrok i myśli. Kiedy miną ból i gniew, zrobi się miejsce na spokojny namysł. Teraz lepiej widać. Łatwiej też o podjęcie dobrej decyzji.
To co napisałem wyżej, to moje niedawne doświadczenie i refleksja.
Kiedy dziś spoglądam na postacie, które pojawiają się w ostatnich ziemskich chwilach Jezusa, dokonuję różnych ocen. Niektóre mi są podsuwane przez kaznodziejów i moje religijne wychowanie. Mam do nich prawo. Niemniej w gąszczu ludzi, którzy przyłożyli rękę, nie uczynili nic – lub niewiele – w obronie Niewinnego, nie mogę zgubić Tego najważniejszego – Jezusa. On jest tym, na którego chcę patrzeć. I On ze mną pragnie się spotkać. To z tego rodzi się relacja i moja wiara. Wszystko inne to tylko tło i zapis ewangeliczny, historyczny lub tradycyjny. Słyszę, że trzeba spojrzeć na siebie, na swoje grzechy /tak zresztą radzi płaczącym kobietom zdążający z krzyżem na Kalwarię Jezus/. Tylko jeśli na tym poprzestanę, grozi mi pokusa samozbawienia /”jak się bardziej postaram…”/ albo lakoniczne: „już taki jestem”. Jeśli mam gdzieś szukać życia, to właśnie u Tego, który to życie za mnie oddał.
PS. Z dziećmi z klasy trzeciej ułożyliśmy z klocków makietę Jerozolimy z czasów Jezusowej męki. Są też oznaczone ważne dla chrześcijańskich wydarzeń budynki i szlaki, po których w Wielki Czwartek i Piątek stąpał Jezus. Może będzie łatwiej nam iść za Jezusem Nazarejczykiem Królem Żydowskim, jak głosił m.in. po łacinie napis na krzyżu /INRI/.

Gaśnik

Tak się nazywa coś, czym się – jak się domyśla Czytelnik – gasi np. świece. Kiedyś podziwiałem w mojej parafii kościelnego, który potrafił nieźle manipulować takim gaśnikiem na długaśnym kiju i tłumić płomień potężnych świec okalających tabernakulum na dużym ołtarzu. Bywało, że któremuś ministrantowi pozwolił na zastępstwo. Ale była uciecha i zazdrość! Niedawno przypomniałem sobie gaśnik na kursie katechetycznym Dobrego Pasterza. Dzieci, które korzystają z lekcji tą metodą, ponoć /i wierzę w to/ bardzo lubią gasić świece na malutkim ołtarzu. W tym celu posługują się taki małym metalowym instrumentem z czapeczką na końcu.
Gasi się już zapalone. I mimo, że to może być wspaniałą zabawą, owo gaszenie oznacza koniec. Modlitwy, Mszy św., wszystkiego. Gasi się też gromnicę, która towarzyszy niekiedy odchodzeniu z tego świata. Dorośli to wiedzą, a św. Paweł nawet napisał, żeby nie gasić Ducha. Smutno jest, kiedy ktoś zgasi nam światło. Nawet nie tyle straszno, co smutno. Bo nie ma życia. Dobrze, że Pan Bóg, który zapalił kiedyś słoneczko, nie gasi go /nie przeczy to nauce, że słońce to potężna energia/. No właśnie energia…
Ps. Ciekawe. Najpierw dostałem książkę o dramacie na Mount Evereście, a teraz wpadł mi w ręce leżący od jakiego czasu na półce dziennik wybitnego dominikanina, uczestnika Soboru Watykańskiego II /pół roku przed śmiercią został kardynałem/ pod tytułem: „Teolog na wygnaniu”. Posłucham jeszcze LXVI sonetu Shakespeare’a w wykonaniu Staszka Soyki… Za dużo, za mało.

Wygrać, przegrać.

Nikt chyba nie lubi przegrywać. A rywalizacja ma miejsce w naszym życiu nieustannie. Niektórzy są lepiej na to zaprogramowani przez swoje geny albo choćby testosteron. Toczymy więc boje większe i mniejsze w zaciszu /to eufemizm na czas walki/ naszych domów, w miejscach wykonywanej pracy zarobkowej, czy jadąc w tę i we w tę po naszych polskich drogach. Zresztą tam, gdzie się pojawiamy, już może czekać na nas okazja, by wygrać. Nawet nie z drugim, innymi, ale np. z sobą. Bywa, że szukamy jakiegoś pola do rywalizacji, a znów innym razem codzienne życie jak na tacy podaje nam, a nawet zmusza nas, byśmy wzięli udział w igrzyskach lub choćby bitwie. I tak można by pisać i zachwycać się miejscami, terminami, obrazami, okazjami… No, ale mnie dziś chodzi o problem: czy rzeczywiście zawsze lepiej wygrać? Znamy przecież różne pyrrusowe zwycięstwa /jest okazja, by zajrzeć do historii/, których radość zmącona była wielką stratą. Zdarzają się też sytuacje, w których trudno orzec zwycięzcę albo dopiero po czasie, latach ukazuje się prawdziwy wynik. I nie idzie mi to o jakieś szwindle /tak się dzieje ostatni często w sporcie, gdy wychodzi na jaw, że medalista igrzysk czy mistrzostw korzystał z niedozwolonego dopingu/. Przypomniał mi się fragment dialogu z kultowej polskiej komedii: „z tobą przegrać to jak wygrać”. No właśnie, może lepiej… Ale, co ludzie powiedzą, jak ja się z tym będę czuł? Przecież świat nie lubi przegranych, ba, nawet potrafi się z nich śmiać i gardzić nimi.
Tak. Jezus przegrał swoje życie na krzyżu. Nie można było gorzej. Jak złoczyńca. Czy można z tym dyskutować? Niektórzy w obronie Jezusa twierdzą, że na krzyżu było zwycięstwo ducha, miłości, posłuszeństwa, ofiary, itd. itp. Ja jednak zaryzykuję i prowokacyjnie stwierdzę, że Jezus na krzyżu przegrał. Bo tylko w ten sposób mógł zejść do otchłani, by wyprowadzić z mroków umarłych. Myślę, że Jezus zrobił to także dla nas. Ofiara Jezusa na krzyżu, była potrzebna, by nas odkupić. A potem było zmartwychwstanie. Zwycięstwo.
Chcąc naśladować Mistrza z Nazaretu, trzeba zgodzić się na niejedną porażkę. Bo nie może być uczeń nad mistrza. Niełatwe to. I często wbrew sobie i światu. Bywa, że kusi nas ten triumfalizm, a gdzieś z tyłu głowy błąka się myśl: no dobra, przegrywam, ale po to, żeby wygrać. A miłość do Jezusa potrzebuje oczyszczenia…

Wyprawa

Kiedy tak ostatnio czytałem o wyprawach na najwyższe góry świata, uświadomiłem sobie, że mogą one być opowieścią o naszym wędrowaniu na spotkanie z Bogiem. Zresztą Biblia jest pełna opisów jak człowiek spotyka Boga właśnie na górze. To może być Horeb, Moria, Tabor czy Golgota. Celem naszego podróżowania jest najwyższa góra – niebo. Wspinamy się na nią całe życie. I kiedy już tam dojdziemy /śmierć/, to zobaczymy z góry inny świat. Ale zanim to nastąpi musimy iść z innymi. Słyszymy o samotnych wejściach na szczyt, ale to ostatnie fazy zdobywania góry. Wyprawa to przedsięwzięcie, w które zaangażowanych jest wiele osób. I mimo różnic charakterów, dzięki współpracy mogą one czegoś dokonać. Na wyprawie w najwyższe góry trzeba budować bazę, poszczególne obozy. To nasze domy, wspólnoty, kościoły… Miejsca, w których odpoczywamy, zbieramy siły. By wejść na najwyższe góry, trzeba się dobrze odżywiać. Tu przychodzi mi do głowy sakrament. Każdy. Bo jest widzialnym darem niewidzianej łaski. On dostarcz energii. Ważny jest odpoczynek, sen. To modlitwa, choć ktoś może powiedzieć, że dla niego to raczej czas walki. Ale ja będę bronił tego o czym piszą mistrzowie życia duchowego. Nieraz nie można zasnąć, ale kiedy mogę powierzyć się Bogu… Ludzie idący w wysokie góry nie zapominają o sprzęcie, który ma im zapewnić bezpieczeństwo, starają się nie narażać swojego życia. Stąd tak ważne, by w codzienności nie narażać się przez romansowanie z pokusą. Złe towarzystwo, śmieci, którymi zapychamy sobie głowę i serce, są jak zniszczony kombinezon i sparciałe liny. Pewnie można by znaleźć jeszcze więcej porównań i podobieństw górskiej wspinaczki do naszego życia. Niezależnie od tego ciągle przed oczami trzeba mieć cel. Zdarza się, że na pytanie stawiane himalaistom: czemu tam idziesz? oni często nie potrafią jasno odpowiedzieć /więcej mówią ci, którzy siedząc w fotelu, próbują ich opisać/. Coś ich tam pcha. Może to ukryta tęsknota. Św. Augustyn napisał kiedyś znane pewnie wielu zdanie, że „niespokojne jest serce człowieka, dopóki nie spocznie w Panu”. Ten niepokój niesiemy przez całe życie. Nieraz wspinamy się na nasze małe górki /to tylko ćwiczenia, jak widzimy po czasie i z perspektywy/. Przed nami wyzwanie, które jest życiowym zadaniem. Warto iść, wiedząc po co.