Nie z tego świata

„Moje królestwo nie jest z tego świata” – mówił Jezus, stając przed Poncjuszem Piłatem. Pamiętamy tę scenę? Odnoszę wrażenie, że wielu ludzi o tym zapomina. Liczy czy też marzy o tym Bożym porządku i sprawiedliwości tu i teraz. Niektórzy – tak mniemam – gotowi byliby nawet na ofiary całopalne /głównie ze swoich wrogów i tych inaczej myślących/, by zaprowadzić to Boże królestwo. I tak już w historii świata nieraz bywało. Ale czy rzeczywiście o takie królestwo chodzi Panu Bogu?
Dziwny ten Jezus-Król. Myje nogi, siada do stołu z celnikami, umiera jak przestępca… Bezsilny i bezbronny…
A tak często modlimy się w „Ojcze nasz”: „przyjdź królestwo Twoje”.

Bal wszystkich świętych

A może byśmy zorganizowali bal wszystkich świętych? – usłyszałem od kilku osób. Czy to dobry pomysł – zamyśliłem się… Nie jest oryginalny, ale przecież to nie przeszkoda. W sumie w wielu środowiskach katolickich w Polsce i nie tylko podobne inicjatywy mnożą się jak grzyby po deszczu. Mają też wsparcie duszpasterzy, ba, doktorów teologii. A więc robić… Tym bardziej, że z ust niektórych dzieci słychać o przygotowaniach do halloween i widać ekscytację tym nowym i strasznym obchodem rodem z podziwianej Ameryki. Ale, ale… czy rzeczywiście czymś najbardziej pożądanym w przeddzień 1 listopada jest taniec, bal i występy? Rozumiem, że mimo nieustannego powtarzania z ambon /sam to co roku mówię/ o radości wszystkich świętych, których wspominamy w pierwszy dzień listopada, ludzie w kościołach nie ruszają w pląsy, lecz myślą o swoich zmarłych. I to nie jest tylko wina mediów, które przez całe lata – świadomie i nie – powtarzały, że to dzień zmarłych, zapominając o świętych i dniu zadusznym, przypadającym dzień później. To jest coś naturalnego, że dotykając śmierci milkniemy. I nawet świadomość i przekonanie o niebie nie zabiera nam smutku straty. Bywa, że ktoś powie o zmarłym: „on ma już tam dobrze, nie cierpi”, ale czy to oznacza, że my nie?
Nie tak dawno byłem na pogrzebie mamy kolegi księdza. Pragnął, by Mszę św. pogrzebową sprawowano w kolorze białym, a śpiewy były o zmartwychwstaniu. I tak było. Na początku nabożeństwa wszyscy wysłuchali wyjaśniającego komentarza. W czasie pogrzebu padło wiele słów o nadziei, zmartwychwstaniu i niebie. Ale spokój na twarzach bliskich i znajomych zmarłej mieszał się ze smutkiem odejścia kochanej osoby. I myślę, że nie da się inaczej. Także nie trzeba.
Odnoszę wrażenie, że bale wszystkich świętych są odpowiedzią na halloween. Ale czy ta kontrpropozycja nie zrodziła się czasem ze strachu? Ten nigdy nie jest dobrym doradcą. Zróbmy imprezę o świętych, ale w innym terminie. A halloween… ? Może wystarczy grzecznie powiedzieć: nie, dziękuję, to nie moje święto.

Kolor życia

Piękny był dziś dzień, choć rano się taki nie zapowiadał. Usiadłem sobie w parku /wiem, że niektórzy mi tego zazdroszczą/ i patrzyłem jak spadają liście. W niektórych alejkach zrobił się już z nich kolorowy dywan. Pewnie – jak znam dzieci – będą miały z tego wielką uciechę. Można się obrzucać tym liśćmi jak śnieżkami. A zabawa jest bezpieczniejsza od zimowej, bo śnieżki bywają cięższe. Wspaniale też biega się po takim liściastym kożuchu.
Wiem, że niedawno narzekałem na tę porę roku. Niektórzy w komentarzach patrzyli innym wzrokiem. Tym cieplejszym. Dziś te liście uświadomiły mi, że nie tylko wiosna jest kolorowa. Pomyślałem dalej: tak jak w życiu nie tylko młodość jest barwna. Jesień życia może też mieć piękne kolory. Trzeba tylko to zauważyć. A potem od oczu przejść do serca. Liście mogą być niezłymi kroplami nasercowymi. I w dodatku są lekiem bardzo naturalnym.
Ps. Ostatnio z dziećmi kopaliśmy ziemniaki, a potem piekliśmy je w ognisku. To jest jesienne przeżycie…

Coraz mniej czasu

Kiedy chodzę po tym Bożym świecie, tematy rozważań biegają za mną jak wiewiórki spieszące się przed zimą. Gdy siadam przed komputerem mam pustkę w głowie i zaczynam wątpić w ogóle w sens pisania. Tym bardziej, że zaraz pojawia się mnóstwo nie tylko ciekawych, co nieraz mało pożytecznych zajęć.
Widać wyraźnie, że nadchodzi jesień. Niespecjalnie przepadam za tą porą roku /za zimą jeszcze mniej/. Ciemno rano, ciemno wieczorem. I coraz zimniej. Nawet jak przygrzeje w południe, to po zmroku trzeba się ciepło ubrać. Wiewiórki – jak już zaznaczyłem – śmigają po drzewach i polu, robiąc zapasy. Wczoraj zajrzały do pokoju sikorki, ale doszły do wniosku, że, mimo mojego bezruchu, nie mają ochoty na rozsiadanie się. Pewnie też już myślą – w sensie instynktu – o zimie. Znajomi, przewidując różne zimowe dolegliwości, dostarczyli mi różne soki na przeziębienie. Niestety, nie mieli nic na porost włosów. Na dobry humor muszę sobie sam coś znaleźć. Jeszcze trzeba wykopać ziemniaki. I przeprowadzić owce. Baran nieustannie mnie atakuje, choć nie uważam, żebym mu w stadzie robił konkurencję. A może wyczuwa we mnie znak zodiaku: jestem baran. Osioł „Ares” zanosi się swoim płaczem przy każdej okazji i nie traci głosu /przy niedużych gabarytach ryczy na całą okolicę – to się nazywa dobre ustawienie głosu/. Zazdroszczę mu, gdy z wysiłkiem próbuję uspokoić dzieciaki w szkole. Nie jest źle, ale mogłoby być lepiej. Może ta tęsknota za ciszą to przejaw posuwania się w latach? Ale czy w mądrości i łasce u Boga i u ludzi?
Coraz mniej czasu…

Dobre maniery

Niech Pan zostawi coś dla nas – poprosiłem nieznajomego mężczyznę, który w naszym parku ładował kolejne orzechy do pokaźnej reklamówki. Widać było, że nie jest zadowolony z mojej prośby, choć przerwał zbieranie. W czasie kolejnych zdań, które wymieniliśmy, był nawet moment, gdy położył torbę, bym ją sobie zabrał. Przyznam, że nie chodziło mi o te kilka orzechów, ale o pewne zasady. Zdenerwowany spytał, czy znam tego, czy tamtego księdza /byłych mieszkańców Kopca/. A potem wyjaśnił, że jest z ich rodziny i zna ten nasz dom bardzo dobrze. Nie pierwsze takie spotkanie i trudna rozmowa z kimś, kto zachowuje się u nas jak gospodarz albo domownik. Przypominam sobie, że Pismo święte każe nam pamiętać, że jesteśmy tylko przechodniami i nie mamy tutaj domu. Ale… W moim przypadku w tym domu mieszkam i za to miejsce jestem odpowiedzialny jako przełożony. Mimo to, a może właśnie dlatego zwracam ludziom uwagę, że po przekroczeniu bramy /jest taka/ są u nas gośćmi. Kiedy odwołuję się do ich doświadczenia i pytam, jak potraktowaliby obcego, który kręciłby się po ich posesji, słyszę zdenerwowane sapanie i zdziwione oczy. Dodam, że zawsze w takiej chwili czuję się mało komfortowo, bo muszę tłumaczyć – wydawać by się mogło – proste zasady dobrego wychowania. I to takie, których jako pierwszych uczymy dzieci: mam na imię…, nazywam się…, jestem z… Być może w odpowiedzi na różne braki w dobrych manierach i w związku z rozwojem techniki pojawią się dostępne na świecie jakieś skanery, które zainstalowane np. przy okularach powiedzą mi „kto zacz” i co on tutaj robi. Pewną pomocą byłaby też nadprzyrodzona zdolność pozwalająca wiedzieć więcej niż widzą oczy… Jak na razie pozostaje mi uczenie się cierpliwości i pytanie z troską: w czym mogę pomóc?…
Już kiedyś zauważyłem, że trudno się uczy dorosłych tego, czego nie nauczyli się za młodu. A może tylko zapomnieli…

Chodzenie po drzewach

Wiem, dawno nie pisałem. Można by się wytłumaczyć wakacjami. Taki odpoczynek od pisania /dla mnie/ i czytania /dla zaglądających w to miejsce/. Przyznaję, że nie brakowało tematów i przemyśleń. Ale gdzieś tam odłożone na później pisanie /chyba nie jest w takim działaniu osamotniony/ ciągle było na jutro.
Tytuł tego wpisu zrodził się w pobliżu parku linowego. To takie miejsca – prędko wyjaśniam niewtajemniczonym – gdzie można założyć sobie specjalną uprząż, przypiąć się do liny i chodzić po drzewach. Zabawa wymaga sprawności fizycznej /są różne przeszkody/, wyzwala adrenalinę /bywają niezłe zjazdy, np. nad rzeką/. Usłyszałem niedawno ciekawy komentarz, który wskazuje z przekąsem na swoiste tęsknoty atawistyczne: człowiek zszedł kiedyś z drzewa, a dziś znowu go tam ciągnie. A może to tylko pragnienie, by poczuć się dzieckiem /dzieci z reguły lubią się wspinać, skakać, zjeżdżać, spadać/ lub tarzanem. Nie wiem czy historia zatoczyła tak wielkie koło, że jesteśmy zmęczeni techniką i postępem. Niemniej wielu szuka ostępów, życia zgodnego z naturą.
Patronem wszystkich chodzących po drzewach winien być ewangeliczny Zacheusz. Wszedł na drzewo, by zobaczyć Jezusa. A Ten nie tylko go zauważył, ale i poszedł do niego w gościnę.
PS. Myślę, że wracamy do początków także w ubieraniu się. A raczej rozbieraniu się, czyli noszeniu coraz bardziej skąpych strojów. Czyżby wystarczył tylko listek figowy? Ale… idzie zima.

Magis znaczy więcej

Wydaje mi się, że przyroda /piszę o tej co mnie otacza/ nie zna co to minimalizm. Trochę deszczu, słońca i… trudno nadążyć z koszeniem tego co urośnie. Nawet owce i koniowate nie są w stanie wykończyć wszystkich źdźbeł trawy, choć podobno /pisał o tym Monty Roberts, znawca koni/ nie przepuszczą żadnemu. Jesteśmy jako ludzie częścią przyrody, ale odnoszę nieraz wrażenie, że skłaniamy się raczej do minimalizmu. Zrobić to co konieczne. I tyle. Być może nie było tak od początku. O tym powinno świadczyć wszystko to co jest wytworem człowieka. Ale czy to nie zrodziło się – jak to gdzieś przeczytałem – z wygody i lenistwa człowieka? Czy rzeczywiście chcemy więcej, lepiej… Tak sami z siebie. Bez popychania, zachęcania, nakazywania czy wręcz zmuszania. Czy nie bez powodu na półkach księgarskich leżą podręczniki uczące motywacji? Myślę o tym i dziwię się, że tak różnimy się od tej ożywionej przyrody, będąc jej składnikiem. Może to nasz rozum przeszkadza w pragnieniu przekraczania siebie? Nie wiem. Boli mnie jednak minimalizm. I martwi.
Pójdę do parku. Zieleń ponoć uspokaja, a śpiew ptaków koi nerwy.

Zasady placu zabaw

„Bardzo przepraszam, ale ta karuzela jest dla dzieci do lat 13” – zwróciłem uwagę kobiecie /gdzieś ok. trzydziestki/, która próbowała się pokręcić. „Ale ja jestem lekka” –usłyszałem. Kiedy odwołałem się do regulaminu, który wisi na placu zabaw, dowiedziałem się, że pani nudzi się i nie ma co ma robić. Wszystko było przyprawione cierpkim głosem, w którym usłyszałem /a może mi się zdawało/ pretensję i poczucie krzywdy. Z podobnymi sytuacjami /a placem zabaw jest wtedy wszystko dookoła/ spotykam się częściej. Nie jestem jakimś skostniałym legalistą, ale w końcu są przecież jakieś zasady czy też regulaminy. Tak to widzę, ale wydaje mi się, że pozostaję w coraz większej mniejszości. Zakrawa to na paradoks, że im więcej w naszym otoczeniu skodyfikowanych i zapisanych różnych praw, obowiązków, rozporządzeń, tym trudniej przychodzi je nie tylko zachowywać, ale w ogóle się nimi przejmować. Owszem, widzę wiele niepotrzebnych zapisów. Bywają kodeksy, które są zrozumiałe tylko dla wtajemniczonych, choć obowiązują wszystkich. Może właśnie ten gąszcz zniechęca i prowokuje. Martwi mnie jednak sytuacja, w której prawo i zasada nic nie znaczą, a każdy kieruje się własnym „widzi mi się”. Może to wynikać z poczucia bycia wolnym człowiekiem i tym, który sam orzeka co trzeba zachować, a co nie. Z reguły kierującym się własnym interesem. Czy to początek chaosu?
Co do karuzeli, to pewnie można by przy niej zamontować wagę, która orzekałaby, kto się kręci, a kto nie. Ale ten plac zabaw jest dla dzieci, a nie dla lekkich. Zresztą kto by tam wchodził na jakąś wagę. W końcu byłaby to dyskryminacja tych cięższych.
PS. Może warto zrobić plac zabaw dla dorosłych. Mogliby się tam pokręcić, pobujać, a nawet zrobić sobie babkę /z piasku/. W końcu jesteśmy dziećmi Bożymi.

O naśladowaniu

Do kościoła weszła kobieta z dwiema dziewczynkami. Pewnie to mama z córkami. Strój starszej dziewczynki świadczył o tym, że na procesji /była oktawa Bożego Ciała/ będzie sypała kwiatki. Po wejściu do kościoła mama ze starszą córką uklękły do modlitwy. Młodsza /może 3-4 lata/ stanęła, rozglądając się. Po chwili, bez słów zachęty czy nakazu ze strony mamy też uklękła i złożyła ręce. I oto chodzi – pomyślałem. Mam wrażenie, że już kiedyś pisałem o dawaniu przykładu. Bo też ciągle przypominam sobie o tym, patrząc na zachowanie /lub braki w takowym/ dzieci. Myślę wtedy ile słów słyszą dziewczynki i chłopcy jak powinni zachowywać się w domu, szkole, kościele, na ulicy. Bywają prośby i groźby. A niekiedy nawet próby nauki przez zastraszenie: „zobaczysz… jak tak się będziesz zachowywał to…”. Wiele jest tych słów /dotyczących właściwego zachowania/ i sposobów ich przekazywania. Pewnie są często potrzebne. Niestety, słabnie ich moc, a nawet są jak groch rzucany o ścianę. A wina leży często po stronie tych starszych, uczących /chciałem napisać mądrzejszych, ale się nie odważyłem/. Brakuje przykładu. Dobrego przykładu. Jeśli jest, to właściwie słowa mogą być tylko wyjaśnieniem postaw. Dobrze wygląda sytuacja, kiedy dziecko, widząc klękającego ojca pyta: „co ty tato robisz?” Jest wtedy okazja, by zaspokoić ciekawość dziecka, które z reguły próbuje naśladować tych, których kocha. Niestety, mam wrażenie, że w wychowaniu religijnym /a to jest dla mnie palącym zadaniem/ rodzice najczęściej ograniczają się do wskazania co trzeba zrobić: „umyj zęby i odmów pacierz” /a może już nawet tego nie robią?/. Jak dziecko ma w kościele śpiewać, skoro jego rodzice na Mszy św. milczą, choć pewnie nie jest tak źle z ich muzykalnością? Czy wie jak się ubrać do kościoła, jeśli starsi mylą nieraz to miejsce z plażą czy boiskiem? Tak, tak… wiem. Znowu narzekam, choć na początku opisałem taką piękną scenkę, którą ostatnio zauważyłem. Ale co ja zrobię, jeśli te różne braki w wychowaniu religijnym przesłaniają mi tyle pięknych przykładów. Pewnie jakiś psychoanalityk zauważyłby, że takie moje spojrzenie rodzi się z własnych problemów z dawaniem dobrych przykładów. I może miałby rację. Bo to zadanie niełatwe, choć tak bardzo potrzebne. Szczególnie, gdy mamy do czynienia z najmłodszymi.

Pobłażliwość

Duży park dla dzieci. I dzieci niemało. Wszystkie grupy otoczyły plac, nad którym mają odbyć się pokazy lotów ptaków drapieżnych. W pewnym momencie – pewnie z nudów oczekiwania – jeden z podrostków rzucił na polanę kamień. Za chwilę dołączyli się do tej szczególnej zabawy kolejni chłopcy. Nikt nie reagował, chociaż każda grupa miała po kilku opiekunów. Kiedy przyszedł czas pokazów i prowadzący próbował zaprowadzić porządek, mimo nagłośnienia, miał niemałe kłopoty. A nawet jak wywołał osobę odpowiedzialną za grupę rozrabiaków, to ta niespecjalnie przejęła się problemem.
W różnych miejscach słyszę nieraz narzekania na dzieci, czy też ogólnie na młode pokolenie. Że niewychowane, rozwydrzone, a nawet chamskie. Odpowiedzialnością za ten fakt przerzucają się rodzice, nauczyciele, wychowawcy. Pewnie każdy ma jakiś swój udział w tym, że jest jak jest. I zapewne owi odpowiedzialni znajdą wiele wytłumaczeń takiego stanu rzeczy. Niemniej ostatnio dotarło do mnie, że jednym /na pewno nie jedynym/powodem jest pobłażliwość. Sam widzę jak to łatwo jest być „dobrym” i nie reagować na złe zachowanie młodszych. Z jednej strony nieraz nie chce się. Bywa, że próbowaliśmy, ale w tym przypadku /a dzieci bywają trudnymi przypadkami, że się tak nieładnie wyrażę/ to nie odniosło skutku, a nie mamy ochoty na kolejną wychowawczą porażkę. Myślę, że często chcemy być tymi „dobrymi”, co to nie czepiają się, ale dają wolność /przecież w końcu każdy jak dorośnie to sam zobaczy, że tak nie wolno/. Nie mówię już o wychowawcach, kierujących się zasadą „róbta co chceta” /okazuje się, że mamy jakiś wkład we współczesną pedagogikę/. Przymykanie oczu może dobre jest na mocny wiatr i pył. Niestety bywa zgubne, kiedy mamy do czynienia z kształtowaniem młodego człowieka: jego charakteru, dobrych manier. Miejmy odwagę prostować krzywo rosnące młode drzewka. Kiedy ich pień zdrewnieje, będzie za późno. A one mogą mieć nawet do nas pretensje, że nie pomogliśmy im prosto rosnąć.
Ps. Niemałym problemem wychowawczym jest sytuacja, kiedy zostaje się takim ostatnim Mohikaninem w zespole wychowawczym /nauczyciele, rodzice, inni starsi/. Dziś mówienie o kształtowaniu charakteru trąci myszką i kruchtą.