Dwie jaskółki na mrozie

Duże miasto. W tej dzielnicy to część na osiedlu gdzie usytuowane są różne sklepiki, poczta i inne ważne i mniej ważne punkty służące ludności. Mijam małą publiczną bibliotekę. Czynna tylko 3 razy w tygodniu od 12:00 do 18:00. Teraz jest 11:50. Widzę, że przed zamkniętymi drzwiami stoi mała kolejka: dziewczyna w wieku ok. 20 lat, czytająca jakąś książkę, i starsza pani z charakterystycznym torbą-wózkiem na zakupy. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że te panie czekają, aż ten przybytek z książkami zostanie otwarty. Zdumiony uświadamiam sobie, że dziś rzadko oglądamy w codzienności kolejki. W takiej przychodni, czekając na wizytę u lekarza – rozumiem, ale do biblioteki? Jaki głód książki sprawił, że przyszły przed czasem? Być może robię z igły widły i to wszystko to zwyczajny zbieg okoliczności. Niemniej ten obrazek uruchomił moje myślenie o dzisiejszym stosunku człowieka do książek. Przypomniałem sobie te wszystkie niedawno czytane teksty, mówiące o smutnym stanie czytelnictwa w naszej ojczyźnie /z badania przeprowadzonego przez Bibliotekę Narodową wynika, że 61 proc. Polaków w roku 2014 nie miało kontaktu z żadną książką/. Może nie jest tak źle? Może te dwie miłośniczki książek przed zamkniętą biblioteką to jaskółki zapowiadające wiosnę kultury w naszym społeczeństwie /nomen omen dzień był styczniowy i lekko mroźny/? A może to tylko dwie kaczki dziwaczki /każda ludzka zbiorowość posiada takowe, a statystycy mówią wtedy za Gaussem, że to odchylenie standardowe/? Nie wiem. Ale jestem przekonany, że potrzebujemy takich obrazków, tak jak dobrych przykładów. One to mogą uruchomić refleksję na temat mojego życia i zaangażowania /w tym przypadku: w czytanie książek/. Wiem, wiem: książka, refleksja… itp. to pewnie zbyt ambitne zajęcie dla poganianego współczesnego człowieka /to określenie bywa ulubionym wielu kaznodziejów/ przyzwyczajonego do telewizji, internetu i braku intelektualnego wysiłku. Ale proszę mi nie zabierać tej radości i nadziei /nawet jeśli graniczy ona z naiwnością/, że są ludzie potrafiący stać na mrozie po książkę. Psychoanalityk może sugerowałby, że zajmowanie się tą sprawą wynika z mojego lęku przed poczuciem się jakimś rarogiem, który lubi książki. Zresztą, po co jeszcze ciągnąć to dzisiejsze pisanie? Lepiej wziąć do ręki książkę. Dodam tylko, że ostatnio przebywam z autorami w bardzo wysokich górach. Najpierw dostałem pozycję o wyprawie na Mount Everest, a potem wziąłem się do czytania odłożonych wspomnień o legendarnej polskiej alpinistce Wandzie Rutkiewicz.

Ps. W parku mniej krzyków. Słychać śpiew. To ptaki zapowiadają wiosnę. Lubię to. Bardzo.

Człowiek nie może

Niekiedy docierają do mnie buńczuczne stwierdzenia, że to tylko kwestia czasu kiedy człowiek stanie się panem świata. Jeszcze tylko chwilka i będziemy jako ludzie mogli zapanować nad wszystkim. Te chełpliwe zdania pojawiają się szczególnie mocno w kontekście przeszłości, zacofania no i religii /stąd mój wyczulony słuch/. Może i bym w to uwierzył, gdyby nie… Choćby ostatnie wydarzenia we wschodnich stanach Ameryki. Wystarczył śnieg /co prawda dość duży/ i wszystko stanęło. Ludzie wykupili co się dało w sklepach i pozamykali się /zgodnie zresztą z podpowiedziami władz/ w domach. Taki duży i bogaty kraj, nowoczesny, postępowy nie dał sobie rady ze zwykłym śniegiem. Nie ma co ukrywać, że dzięki technice można było prognozować co się wydarzy i ostrzec. Ale zapobiec? Na razie, z tego co wiem /nie jestem specem/, można strącić chmurę /że się tak niefachowo wyrażę/. Strzela się do niej jodkiem srebra i chmura z ewentualnym deszczem może nie zagrażać np. defiladzie /skorzystano już z tego np. na Placu Czerwonym/. Co do innych zjawisk przyrody człowiek okazuje się bezradny. Ponazywaliśmy różne zjawiska, wiemy dlaczego powstały, umiemy zmierzyć, zważyć, nawet sfilmować. Ale…
Trudno mi uwierzyć w postęp. Nie wierzę, że dzięki niemu człowiek osiągnie szczęście. Owszem, postęp ułatwia życie. Niekiedy je przedłuża. Pewnie dlatego tak trudno mi uwierzyć, bo za postępem stoi człowiek. Często zadufany w sobie i przeceniający swoje możliwości. Do czasu.
W sumie poruszyłem temat stary jak świat. Ale codzienne wydarzenia przypominają o potrzebnej pokorze.

Do szopki

Piękna szopka. Wszystko na swoim miejscu. Jest dość blisko ołtarza, dlatego wszystko widać jak na dłoni. Rozpoczyna się Msza św. W tle śpiewu kolęd i modlitw wyraźnie słychać szum wody, która nieustannie płynie w zaaranżowanym strumieniu niedaleko czuwających pasterzy /ten odgłos to duże wyzwanie dla uczestników nabożeństwa cierpiących na problemy z pęcherzem/. Co pewien czas od szopki dobiega głos aniołka dziękującego za ofiary: „dziękuję ci dobry człowieku; przyjdź do mnie jeszcze”. Piękno szopki i nuda /przepraszam za to określenie, ale staram się zrozumieć dzieci/ nabożeństwa sprawia, że przez cały czas trwa pochód różnych malców. I nie jest to jedno podejście. Trzeba przecież wrócić do taty czy mamy po pieniążki, by zobaczyć kiwająca główkę i usłyszeć wdzięczny głos. Przy szopce jest ruch i życie. Wzrok starszych biegnie z troską za pociechami. Nieraz trzeba nie tylko patrzeć, ale i udać się z wyrywającym się maleństwem. Ktoś tam się potknie, zapłacze. I mógłbym poprzestać na tym sielskim opisie, gdyby nie fakt, że na ołtarzu rodzi się Bóg. Wiem, że nie tylko dzieciom trudno w to uwierzyć. Ale bywa, że nas dorosłych tak zajmie ta „żywa” szopka, że stracimy z oczu Jezusa, który przychodzi do nas i staje się Ciałem. W jakimś stopniu ołtarz i wszystko co się na nim dzieje /a przecież – chyba!? – po to przychodzimy na Mszę św./ przegrywa z szopką. Pewnie niepotrzebnie się martwię. Ale już tak mam. I widząc takie obrazki, ze smutkiem dostrzegam przegraną misterium z obrazkiem /nawet najpiękniejszym/. Dobrze jest zauważyć tę szopkę. Ale potem warto zbliżyć się i wejść; dalej i głębiej. Jezus nie urodził się byśmy Go podziwiali w szopce, ale by nas przekonać o miłości Boga do nas. Przejść od Bożego żłóbka do Jezusowej ofiary to wejść na drogę od oczu do serca /biolodzy powiedzieliby: głowy/.
Zdarza się, że dorośli i ochrzczeni /a więc należący do wspólnoty Kościoła/ przychodzą do kościoła tylko w święta. Przychodzą, by pokazać dziecku szopkę. Modlę się, by ci dorośli zobaczyli więcej.

Być człowiekiem

Czy ksiądz był kiedyś człowiekiem? – zapytał mnie całkiem niedawno przy obiedzie jeden mały uczeń /nie był to przedszkolak/. Uśmiechnąłem się do siebie, ale zrozumiałem, że to pytanie mogło też dobrze brzmieć: „czy kiedyś ksiądz był normalny?”, a inaczej i lepiej: „czy ksiądz zawsze był księdzem”. Choć pytanie było takie dziecięce, to moja refleksja w głowie była już całkiem dorosła /tak mi się wydaje/ i wielonurtowa. Najpierw pomyślałem o sobie. Kiedyś usłyszałem, że najpierw trzeba być człowiekiem, potem mężczyzną, wreszcie księdzem. Wtedy jest dobrze dla innych i dla siebie. Taka kolej rzeczy wynika też z naszego rozwoju. Ale może się zdarzyć, że już inaczej to wygląda w podejściu do ludzi i spraw. I tu można by rozwinąć temat księżowskich zachowań, poczynając od siebie. Ale zostawmy to na inny czas.
W tym okresie Bożego Narodzenia słyszymy dość mocno, że „Bóg stał się człowiekiem”. Wiemy co to znaczy /na pewno?/, ale już niekiedy trudno sobie wyobrazić życie małego Jezusa i Jego rodziny, no bo w końcu to Święta Rodzina. O tym, że problem nie musi być tylko nasz, świadczą rożne teksty pozabiblijne pochodzące z początków chrześcijaństwa, zwane apokryfami. Opowiadają one o cudownym i niezwykłym dziecku, przypisując mu już w dzieciństwie różne cuda. Pisma wzięły się z potrzeby uzupełnienia „braków” informacji o tym okresie życia Jezusa, ale pokazują też, że to Dziecię musiało /według autorów tych apokryfów/ być inne. Może to wynikało z trudności przyjęcia faktu, że „Bóg stał się człowiekiem” i wszystkich konsekwencji z tego wynikających. Myślę, że rozmyślanie o tej prawdzie Bożej miłości może pomóc nam nie tylko w naszych ewentualnych studiach o Bogu, ale przede wszystkim w naszym codziennym życiu z Bogiem i w Bogu.
Współcześni Jezusowi mieli inny problem. Trudno było im uwierzyć, że On jest Bogiem. Oni Go zbyt dobrze znali jako zwyczajnego człowieka /„Czy nie jest to cieśla, syn Maryi, a brat Jakuba, Józefa, Judy i Szymona? Czyż nie żyją tu u nas także jego siostry?” (Mk 6, 3 i Mt 13, 55-56)/. Życie Jezusa było podobne do innych. Stąd kiedy ogłosił, że jest Mesjaszem, a potem, że jest Synem Bożym, raczej patrzono na Niego jak na człowieka, który nie wszystko ma głowie po kolei.
Może i łatwo się śpiewa w kolędzie: „A Słowo ciałem się stało i mieszkało miedzy nami”. Trudniej wziąć to na rozum.

Zegar

To prezent. Duży, ładny, stary. Po tym jak dotarł do mnie, oddałem go na mały przegląd do zegarmistrza w mieście. Odczyszczony, wyregulowany zawisł w moim pokoju. Niektórzy goście wyrażali swoje obawy o mój nocny spokój. Ale mimo, że zegar dość głośno bije co pół godziny, nie mam problemu ze spokojnym snem. Mało. Kiedy nieraz obudzę się w nocy i po jakiejś chwili słyszę bicie zegara, liczę sobie uderzenia, by bez zbędnego ruchu mieć pewność ile jeszcze zostało mi do poranka. Niestety, mimo wszystkich zalet, ma jedną wadę: wisi krzywo na ścianie. Może nie jest to szczególna krzywizna /nie rzuca się w oczy, przynajmniej tak mi się wydaje albo się tanio pocieszam/, ale jednak… I nie może wisieć inaczej. Staje. Odmawia ruchu i bicia. Nikt mi o tej przypadłości nie powiedział wcześniej. Sam to, metodą prób i błędów odkryłem. Bywa, że ktoś, widząc ten krzywo wiszący zegar, poprawia go. Wtedy trochę pochodzi i… zatrzymuje się, a ja wiem, że był u mnie jakiś odważny pedant lub ktoś obdarzony poczuciem ładu i estetyki. Rozumiem tych ludzi, bo i sam kiedyś nie rozumiałem tego mojego zegara. Teraz go znam i wiem, że taki jego urok. By wykonywać swoje zadanie, musi trochę krzywo wisieć.
Gdy słucham o perfekcjonizmie, przypominam sobie mój zegar. Podobnie jest, kiedy dociera do mnie ból rozczarowanych innością bliźnich i ich niemocą, by się zmienili czy dostosowali. By być dobrze zrozumianym, spieszę wyjaśnić, że widzę potrzebę nawracania się i podejmowania pracy nad sobą. Ale warto spojrzeć na te sprawy z dystansu i z wyrozumiałością na niedoskonałość. Niemałą rolę odgrywa też umiejętność odróżniania spraw ważnych od nieistotnych. Drobiazgowość pewnie ważna jest w księgowaniu i prowadzeniu dokumentacji. W miłości do siebie i bliźnich może zamienić nasze życie w nieustanne wykonywanie pewnej czynności bajkowego kopciuszka: oddzielania maku od popiołu. A wtedy pochyleni nad męczącym zadaniem nie zauważymy dobrej wróżki i jej pomocy w osiągnięciu szczęścia. Bal przejdzie nam koło nosa. Książę utonie w popiele naszego niezadowolenia.
Bardzo się cieszę, że mam taki zegar.

Do pierwszego zmęczenia

Krótki szlak górski. Ale dość wymagający, bo miejscami pnie się ostro w górę. Wracając ze szczytu, spotkałem u początku szlaku małżeństwo z dwójką małych dzieci. Na moje głosy podziwu wobec ambitnego planu zdobycia szczytu, usłyszałem, że nie tyle chcą dotrzeć na samą górę, co idą do pierwszego zmęczenia. Spoglądając na maluchy i zegarek /robiło się już późno/, uznałem w sercu, że to pewnie najlepsze rozwiązanie. Niemniej myśli moje pobiegły trochę dalej w rozważania… Przyglądam się ludziom, związkom i mam nieodparte wrażenie, że coraz częściej ludzie idą w życiu do pierwszego zmęczenia. Kiedy ono się pojawia, przychodzi kryzys, nie tyle myśli się, że po chwili – dłuższej czy krótszej – trzeba i warto iść dalej ku szczytowi. Raczej schodzi się na dół, zmienia – nierzadko – partnerów wędrówki. Bywa, że i cel. I znowu się idzie do pierwszego zmęczenia. Tacy krótkodystansowcy mają za sobą wiele podejść. Także często nie traktują tego jak porażki. Nie wyciągają wniosków. Tłumaczą, że tacy już są albo – lepiej – że takie jest życie. Choć śmiem twierdzić, że spełnione i dobre życie polega na wierności drodze i celowi. Kiedy tak traktuję moje życie, daję sygnał moim towarzyszom podróży, że ich nie zostawię, że mogą na mnie liczyć. Wspieramy się i dajemy sobie tyle samo poczucia bezpieczeństwa, co i energii w pokonywaniu kolejnych przeszkód i zakrętów na szlaku życia. Nie ma łatwych dróg /przepraszam za ten banał/, są tylko różne etapy i trzeba je wkalkulować w życie, jeśli tylko traktujemy je na serio, a ludzi z miłością.
Kiedy ktoś bierze się za ćwiczenia, to nieraz słyszy konkretne porady dotyczące czasu i sposobu ich wykonywania albo przynajmniej podpowiedź: jak poczujesz zmęczenie lub ból to przerwij. Jednak to mają być przerwy – a fachowo: interwały – w ćwiczeniach, a nie zaniechanie ich. Zresztą chodzi o to, by za kolejnym razem można było zrobić większy postęp.
„Chłopcy się męczą i nużą, chwieją się słabnąc młodzieńcy; lecz ci, co zaufali Panu, odzyskują siły, otrzymują skrzydła jak orły: biegną bez zmęczenia, bez znużenia idą” /Księga Izajasza 40,30-31/

Wilk i baranek

Ostatnio na roratach rozważaliśmy z dziećmi tekst pochodzący z proroctwa Izajasza: „Wtedy wilk zamieszka wraz z barankiem, pantera z koźlęciem razem leżeć będą, cielę i lew paść się będą społem”. Młodzi słuchacze Słowa stwierdzili, że taki rzeczy są niemożliwe. I słusznie. Ale skoro Pismo Święte nie kłamie, to trzeba poszukać sensu tego tekstu dalej. Powiedzieliśmy sobie, że te słowa to zapowiedź nowego czasu i ładu. Kiedy przyjedzie Jezus, to taki porządek zaprowadzi. Trzeba tylko poczekać. I tu – to już myśl, która pojawiła się po roratach – mamy najczęściej problem. Nie umiemy czekać. Może to wynika z faktu, że świat – a my z nim – pędzi i przyspiesza. Co chwila pojawiają się nowe urządzenia, która działają szybciej. Co prawda słychać o modzie na ruch slow, który narodził się ładnych parę lat temu /„warto zwolnić” – to taka najkrótsza definicja/. Jednak odnoszę wrażenie – i sam się na tym łapię – że wygrywa ten, kto jest szybszy. I jak tu nauczyć się czekać? I to jeszcze nie z założonymi rękami?
Tekst proroctwa podsunął mi jeszcze jedną myśl. Ciekawe, jak radzą sobie z takimi stwierdzeniami wszyscy uczestnicy różnych nabożeństw i Mszy św.? Traktują to jak bajkę? A może wrzucają to wszystko do jednego worka za napisem: „cuda nie do pojęcia”? W końcu często w kościele słyszymy o rzeczach, które przekraczają granice rozsądku. Wiara może sugerować brak rozumu. A jednak on jest potrzebny. Bardzo potrzebny. Cuda nie dzieją się bez powodu, a proroctwa to nie opowieści, które są istotne tylko dla proroka /określają jego tożsamość/. Trzeba tylko umieć nad tym się pochylić i pomyśleć. Powoli.
Kiedy widzę kłócących się ludzi, wrogie sobie nawzajem obozy, polityków z przeciwstawnych partii to myślę sobie nieraz, że łatwiej byłoby chyba wilkowi zamieszkać z barankiem. Ale dla Boga nie ma nic niemożliwego. Nie zjedzmy się czekając na powtórne przyjście Pana. Módlmy się za siebie.
PS. Tadeusz Różewicz „List do ludożerców”:
„Kochani ludożercy
Nie zjadajmy się Dobrze
bo nie zmartwychwstaniemy
Naprawdę”

Siusiak

Ostatnio rozmawialiśmy w grupie przedszkolnej o królu. Kiedy dzieci wymieniły już chyba prawie wszystko co ma lub powinien mieć król, jeden z chłopców z błyskiem w oku dorzucił, że król ma też siusiaka. Po chwilowym wybuchu radości i moim stwierdzeniu, że i owszem, mogliśmy przejść bez przeszkód do dalszych zajęć. Przyznam, że ucieszyłem się niewymownie, że dziecko jeszcze nie jest nasączone „dżenderowym” myśleniem i potrafi odróżnić króla od królowej. Tak się składa, że kilka dni temu mieliśmy trudną lekcję w trzeciej klasie, bo „przerabialiśmy” szóste przykazanie. I tam nie obyło się bez uśmieszków, ale – w końcu to już starsze dzieci – one szybko nie zniknęły, a zajęcia prowadziło się jak auto po śliskiej nawierzchni. I nie chodziło wcale o to, by uczynić z „tego” tematu tabu. To byłaby rzecz najgorsza z możliwych. Raczej trudność polegała na tym – i to myślę dotyczy nie tylko tej lekcji – że dzieci często już są po różnych „szkoleniach” przeprowadzonych przez wtajemniczonych kolegów lub media. Wiedzą – niestety – że temat jest niełatwy dla dorosłych. Błędem wielu rodziców i wychowawców jest unikanie rozmów i odsyłanie: „jak będziesz starszy to się dowiesz”. Bywa, że się dziecku obiecuje wyjaśnienia, a potem zostawia z niczym, co tylko potęguje ciekawość i tworzy podziemie informacyjne. Dziś nietrudno znaleźć odpowiedź na wszelkie pytania. Pytanie tylko, czy jest ona właściwa, rzetelna, dostosowana do wieku i podana przez kogoś kto jest bliski dziecku, zależy mu na dobru tej istoty. Pewnie trochę na rzeczy jest moje podejrzenie, że wielu dorosłych ma problem z ponazywaniem i wyjaśnieniem sobie „seksualnych” tematów. Jeśli dla małżonków ich pożycie i wszystko co z tym związane jest trudne lub tabu, to kiepsko widzę rozmowy o „tych” sprawach z dzieckiem. A kiedy ludzie mali i duzi ze sobą nie rozmawiają to pewne sprawy przechodzą do podziemia i wyłażą z niego, strasząc w najmniej odpowiednim momencie. Kiedyś wpadła mi w ręce książka dr Marka Babika (ojca czwórki dzieci) „Tato! Gdzie ja mam te plemniki?”. To nie jest katalog złotych rad /choć pewnie wielu chciałoby je otrzymać/. Przez odwoływanie się do konkretnych przeżyć rodziców, zaprasza czytelnika do wyrobienia sobie własnego zdania. Warto wypracować swój sposób reagowania na wypowiedzi i zachowania dziecka. W wychowaniu warto pamiętać, że kto pierwszy ten lepszy. Pierwszym ma być rodzic.
Przede wszystkim nie bójmy się. Dziewczynki różnią się od chłopczyków nie tylko ciałem.

Misyjne wyzwania

Przed kilku laty, uczestnicząc w pewnym sympozjum, miałem okazję posłuchać wypowiedzi misjonarza. W Afryce spędził dość dużo czasu: jako ksiądz, lekarz. Potem z ramienia Stolicy Apostolskiej odwiedzał często różne misyjne miejsca. W czasie swojego wystąpienia próbował powiedzieć m.in. jak zmieniło się życie misjonarza i gdzie tkwi największa trudność w pracy misyjnej. Otóż dziś, w dobie globalizacji, kandydat na misjonarza może dość szybko znaleźć się prawie w sercu swojej nowej pracy. Wychodząc z lotniska pewnie spotka sklepy tej samej sieci, którą ma w swoim rodzinnym kraju. Na miejscu będzie miał do dyspozycji prawie te same /bywa, że i lepsze/zdobycze techniki, którymi się posługiwał u siebie. Może nie czuć nawet odległości, która dzieli go od ojczyzny, bo ma do dyspozycji telefon, łączność satelitarną, telewizję czy skypa. Trudnością może być klimat, temperatura, choroby tropikalne. Największy jednak problem to sposób, w jaki misjonarz skontaktuje się z ludnością tubylczą. Może opanować obcy język, nauczyć się zwyczajów. Ciągle jednak musi mieć w głowie – tak mówił ten prelegent – że jest w innym kraju, z inną mentalnością i kulturą. Największą trudnością w pracy misjonarza jest dotarcie do serca ludzkiego, które jest tak podobne do jego serca i tak inne, w sensie przeżywanych i zdobywanych doświadczeń, systemów wartości. Słuchając tej opowieści o problemach misyjnej pracy, uświadomiłem sobie, że właściwie w każdych warunkach największym wyzwaniem jest porozumienie się z drugim człowiekiem. Bywa, że nasz rozmówca żyje w tym samym kręgu kulturowym, ale np. na przeszkodzie stoi wiek, inne pokolenie. Ale nie trzeba aż tak daleko szukać komunikacyjnych problemów. One są w każdym związku, rodzinie… Zawsze na początku warto zapytać się siebie samego, czy ja chcę się porozumieć z tym drugim. Bez tego możemy świetnie wymieniać między sobą komunikaty, ale może być problem z dogadaniem się.

Chmury na niebie

Na dole nawet specjalnie nie dmucha, ale kiedy popatrzę w górę, widzę jak chmury gonią po niebie. Ten ruch sprawia, że dość szybko zmienia się natężenie światła, które do mnie dociera. Kiedy płyną te jasne chmury /kiedyś myślałem, że znajdę czas, by się nauczyć rozpoznawać i nazywać te podniebne zjawiska, ale jak na razie…/ to słońce ma szansę trochę przedrzeć się na ziemię. Gorzej, gdy pojawiają się te ciemne, bure. Robi się wtedy mało przyjemnie i trochę smutno.
Dopada mnie nieraz pokusa, by pomyśleć jak przyjemnie mogłoby być, gdyby się człowiek tak odseparował od tego co jest ponad i daleko. Mieć swój mały świat, o który próbuję się troszczyć i nad którym sprawuję kontrolę. Jestem niezależny /przynajmniej tak mi się wydaje/.
Niestety – nie tylko dlatego, że stajemy się globalną wioską i mamy prawie nieustanny dostęp do informacji o całym świecie – ten mój świat jest zależny od tego co jest nade mną. W jakiś sposób /większy czy mniejszy/ to co się dzieje poza mną może wpływać i wpływa na moje życie. Mogę nie potrafić ponazywać tych różnych chmur i zagrożeń, które nadciągają. Nie muszę znać przyczyn ich powstania. One płyną i zasłaniają mi słońce. Mrok ich zagrożeń budzi we mnie lęk albo sprowadza smutek. Kiedy ich jest za dużo, męczę się. Gdy niebo staje się czystsze /o jak teraz!/ to chce się pisać, pracować, żyć…
Nie odgrodzimy się od świata. Ale możemy pomyśleć o Tym, który stworzył ten świat. On jest ponad chmurami i ludzkimi wojnami. I jest w nich także. Bo gdzie jest człowiek, tam jest Bóg, który go kocha.
Ewangeliczne prawdy, które Bóg próbuje wyświetlić na naszym niebie.
Wiatr, który pędzi i przesuwa obrazy.