Obok

Msza święta. Pierwszy piątek miesiąca. Do kościoła wchodzi trójka młodych ludzi. Mimo, że są miejsca w kościele i na chórze, idą dalej i znikają w kaplicy przylegającej do kościoła. Są tam głośniki i można usłyszeć co się dzieje w kościele, ale to nie to samo, co wykorzystać wzrok . Pomyślałem, że poszli tam, bo może nie mogą na mnie patrzeć. Cóż, nie jest modelem czy Bondem, ale chyba też nie Frankensteinem. A poza tym, to na ołtarz mają patrzeć, a nie mnie podziwiać. I kiedy zacząłem zastanawiać się dłużej, poczęły mi przychodzić do głowy brzydkie podejrzenia: że oni przyszli do kościoła, ale chyba nie na Mszę /trochę to podobne do chodzenia do kina, a nie na film/. I mają poczucie, że „zaliczyli” Mszę. Może to niesłuszne oskarżenia, ale… Mijając polskie kościoły – szczególnie w niedzielę i święta – można szybko zorientować się czy w kościele jest Msza św., bo wtedy przed kościołem, pod płotem i w innych bliskich świątyni miejscach stoją ludzie. Po tym też się rozpoznaje Polaków za granicą /tak słyszałem od jednego księdza/. Jestem w stanie zrozumieć niewierzących, którzy przywieźli rodzinę i czekają na „odbiór” albo rodziców z rozrabiającym maluchem. Ale trudno mi pojąć tych, którzy wierzą, ale chcą być daleko od Tego, w Którego wierzą. Może to wynika z wygody albo lęku: jak będę za blisko Boga, to jeszcze On ode mnie czegoś zażąda. A On zazwyczaj prosi i czeka. Bez wątpienia, im dalej od ambony tym gorzej słyszy się nie tyle ogłoszenia parafialne, co słowa Pisma Świętego. Kiedy nie można dostrzec ołtarza, zdecydowanie trudniej jest – przynajmniej mnie – skupić się i modlić. Można by jeszcze dorzucić , że w grupie jest raźniej i wspólnota, która się modli potrafi niejednemu – który jest w środku – pomóc.
Ale… mamy to co mamy. Taki jest nasz katolicyzm – gdzieś na ponad 90%. Niektórym to mija i kiedy „dorosną”, wchodzą do kościoła. Inni przestają w ogóle chodzić na Mszę św. Ktoś powie, że się niepotrzebnie czepiam, bo lepiej kiedy ktoś idzie i stoi przy kościele, niż miałby siedzieć np. przed telewizorem. Owszem, może i należałoby się z tego cieszyć, a nie kwękać. Tylko żal mi, że tylu zaproszonych nie wchodzi na ucztę. A kiedy jej nie spróbują, nie będą wiedzieli jak wspaniale smakuje. I daje życie.

Kwiaty w konfesjonale

Ostatnio tak się dzieje, że kilka dni przed pisaniem tekstu pojawia się temat. Zaczynam składać w myślach tekst i nagle… pojawia się coś szczególnego. Coś, czemu warto poświęcić chwilę zamyślenia. Otóż dziś zajrzałem do kościoła Ojców Jezuitów w Krakowie /to bazylika Serca Jezusowego/. I kiedy wszedłem do bocznej nawy zobaczyłem niezwykły widok: w konfesjonale i przed nim wiele kwiatów, a na brzegu paląca się lampka. Kiedy podszedłem bliżej, mogłem przeczytać nekrolog, który był przyczepiony do brzegu owego konfesjonału. Otóż, kilka dni wcześniej został pochowany ojciec jezuita, który w tym konfesjonale spędził wiele czasu. Od wielu lat – jak było napisane – spowiadał ludzi, jednał ich z Bogiem. Teraz – myślę, że wdzięczni penitenci – włożyli żywe kwiaty i zapalili światło. Piękny i wymowny gest.
O spowiedzi i różnych kłopotach spowiednika już pisałem. Ale zawsze można dorzucić kolejne uwagi i spostrzeżenia. Tym bardziej, że jest to istotny moment naszego kontaktu ze Stwórcą. W niektórych miastach są kościoły, gdzie w ciągu dnia w konfesjonałach dyżurują księża /takim dyżurnym był właśnie ów zmarły jezuita/. I nie chodzi tu o dyżur podczas Mszy św., ale w innym czasie, bywa, że przez cały dzień. Zresztą spowiadanie się podczas Mszy raczej uniemożliwia udział w niej, o czym mówią dokumenty Kościoła i zachęcają, by czynić to np. przed Mszą św. Ulubiona moja polonistka posłużyła się kiedyś takim obrazem: spowiadać się czasie Mszy to trochę tak, jak przyjść na proszony obiad, a zamiast przy stole, zasiąść w drugim pokoju i oglądać telewizję, bo właśnie „leci” jakiś niezmiernie interesujący film. Pewnie dziś, w dobie braku czasu, może i wielu jest na rękę „dwa w jednym”, czyli spowiedź i Msza. Ale tak naprawdę trudno to pogodzić, choć praktyka dnia codziennego mówi nam coś innego. Już pomijam fakt, że nieraz trudno się porozumieć, kiedy słychać dźwięk organów, głos celebransa i jeszcze trzeba tak mówić, żeby nie słyszeli ocierający się o konfesjonał inni uczestnicy Mszy św. /w niewielu kościołach są specjalne pomieszczenia na spowiedź/. A więc należałoby próbować to zmienić. Kiedy w jednej wspólnocie zaproponowałem, by do konfesjonału siadać pół godziny przed Mszą, usłyszałem, że ludzie i tak przyjdą w czasie Mszy św. Mimo to dalej uważam, że warto zacząć i przyzwyczajać. Oczywiście trzeba znaleźć czas i nie zniechęcać się. I przypominać. Myślę, że pojawią się ci, którym zależy na spokojnym spotkaniu z przebaczającym Bogiem, a nie tylko, by zdążyć przed komunią, no bo jak się nie zdąży to po co się spowiadać?! /ale może o tym przy innej okazji/. Spowiedź jest trudna dla spowiednika i penitenta. I może dlatego – nieraz z lęku – obie strony stronią od niej, choć jej bardzo potrzebują: ksiądz, by doświadczyć, że Bóg go potrzebuję, a penitent, by usłyszeć, że odpuszczają się jego grzechy, bo Bóg go bardzo kocha.

W końcu wakacyjnie i odlotowo

W parku mamy dużo różnych ptaków /nawet miałem pomysł, by je opisać, sfotografować i nagrać głosy – może kiedyś uda się to zrealizować/. Niedawno okazało się, że na naszych kościelnych wieżach zadomowiły się gołębie. Nie byłoby w tym nic szczególnego, ale ostatnio dach został naprawiony i pomalowany. A gołębie, jak wszystkie ptaki potrafią nieźle n…rać. Kiedyś, patrząc na gołębie, rozmawiałem z naszym szefem gospodarstwa, p. Bogdanem, co by tu zrobić, bo ptaki wyraźnie się u nas zadomowiły. Kiedy wróciłem z urlopu, zastałem na gospodarstwie gołębnik. Okazało się, że jest niezłe miejsce. Po małych pracach przygotowawczych p. Bogdana /przyznał, że w młodości miał gołębie/ i nowicjuszy, ptaki mają nie tylko schronienie, ale klatki, miejsce na wodę, pokarm. Zaprzyjaźniony rzeźnik podarował nam parę gołębi pocztowych. Po prostu na naszym gospodarstwie nowe „rozdanie”: kolejne zwierzęta. A pożytek? /bo niekiedy słychać takie pytanie o użyteczność naszych zwierzaków/. Najważniejsze, że już nie s…ją na dach klasztoru, bo dziś okupują głownie komin na gospodarstwie. Poza tym miło /choć zawsze można z tym dyskutować/ popatrzeć na ptaki… Boże stworzenia, co to łączą ziemię z niebem. W Księdze Rodzaju czytamy o gołębicy wypuszczonej z arki przez Noego. Wróciwszy z świeżym listkiem z drzewa oliwnego w dziobie, była znakiem, że opadły już wody i Noe jest bezpieczny /Rdz, 8, 10-11/. W czasie chrztu w Jordanie, kiedy Jezus wychodził z wody, ujrzał rozwierające się niebo i Ducha jak gołębicę zstępującego na siebie /Mk 1,10/. A więc gołąb to nie tylko znak, że można sobie kogoś przygruchać, czy też /w tej gorszej wersji/ komuś na…rać na głowę. Gołąb to zwierzę biblijne i może nam przypominać nie tylko o pokoju, ale i o Duchu Świętym. A jeśli będziemy sobie o Nim przypominali, to może o Niego poprosimy i zaczniemy korzystać z Jego darów. O nich wiele pisze św. Paweł, choćby w 1 Liście do Koryntian w rozdziałach 12-14. I to było zadanie domowe. A co to w wakacje nie może być lekcji do odrobienia?

O co chodzi?

/trochę już stare, bo napisane 12 sierpnia, a życie toczy się błyskawicznie/
Myślałem, że w wakacje moje wpisy będą wakacyjne / cokolwiek miałoby to znaczyć/. Ale piszę te teksty, bo coś zobaczyłem, usłyszałem, coś we mnie zadrgało, czy „sumienie ruszyło” – jak napisał ks. Twardowski. Trudno więc planować sobie.

W czasie urlopu raczej nie włączam telewizora. Jeśli już to robię, to po to, by zobaczyć jaką pogodę nasi meteorolodzy planują na kolejne dni /choć traktuję te ich zapowiedzi z przymrużeniem oka/. Ostatnio, usłyszawszy o kolejnych zalanych domach, postanowiłem zobaczyć „Panoramę”. Pierwszą wiadomością była informacja o sporze o krzyż przed siedzibą Prezydenta Polski. Mówiono o jednej demonstracji i planowanej drugiej /kontra/. Nie piszę „o zwolennikach krzyża” czy „przeciwnikach krzyża”, jak to często się podaje, bo odnoszę wrażenie, że coraz mocniej zamazuje się o co właściwie chodzi w tym sporze. Wiem, że chodzi o uczczenie tych, którzy zginęli pod Smoleńskiem. Mówi się o tablicy czy pomniku. Ale proszę popatrzeć i posłuchać. Ilu mówi o krzyżu, a nie o pomniku. Jedni robią happeningi i próbują wyśmiać to, co święte, inni „nie zdejmą krzyża, (…) choćby im groził kat, morderca” /to cytat z jednej pieśni ułożonej w czasach walki o krzyż w latach 80-tych/. Z bitwy o uczczenie pamięci ludzi, którzy zginęli w wielkiej narodowej tragedii, rodzi się wojna religijna o krzyż. I po co? Chyba po to, by zwyciężyć, pokonać przeciwnika. A nie ma chyba lepszej motywacji, jak walka o wartości religijne, o krzyż. Tym bardziej, że jeszcze mamy w pamięci wojny o krzyż, o wolność. Wiemy jak się walczy, a Polak zawsze potrafił walczyć. Nawet jeśli okazywało się, że ktoś go wrobił w walkę, bo on w końcu nic dla siebie nie osiągnął /jak to bywało w historii/. Całym nieszczęściem tej dzisiejszej walki jest fakt, że ta walka nie jest konieczna – jeśli idzie o krzyż.  Odnoszę wrażenie,  że nikt nie chce niszczyć krzyży /no może z wyjątkiem grup satanistycznych/.  Można dziś wybudować Świątynię Opatrzności i kolejne sanktuarium. Można iść na pielgrzymkę czy procesją za krzyżem po drogach publicznych /co nie jest takie normalne w innych krajach/. Piszę to, a już za uchem słyszę głosy, że najpierw rozprawią się z krzyżem „smoleńskim”, a potem przyjdzie kolej na Kościół i wiarę. Uff… Chyba za gorąco. Trzeba by chyba polać na rozgrzane głowy trochę zimnej wody i to niekoniecznie święconej. Może nawet tak zimnej, by dokonać wstrząsu termicznego /ryzykowne, ale „jak trzeba to trza”/. Jak się ludzie opamiętają, to może przypomną sobie o co chodzi.
„Kto mieczem wojuje, od miecza ginie” powiedział Jezus do Piotra. A co z tym, kto wojuje krzyżem…?

O wychowywaniu.

Często dochodzę do w wniosku, że najwięcej do powiedzenia na temat wychowania dzieci mają ci, którzy ich nie mają. Są oburzeni złym zachowaniem dzieci, czy młodzieży /nie trzeba znowu daleko szukać takich przypadków, bo dzieci dziś nie są takie, jak kiedyś, a młodzież zazwyczaj ciężko przeżywa czas dojrzewania/. Oczywiście, przy takiej okazji zawsze się dostanie rodzicom i opiekunom /no bo przecież latorośl świadczy o swoim wychowawcy/. Potrafią nie tylko zauważyć błędy i brak wychowania, ale zdarza się również, że wiedzą jak być powinno. Bywa, że wspaniałomyślnie dają rady. Nie wiem, czy pochodzą one z fachowej literatury, własnych obserwacji, czy jakiejś wiedzy własnej. Pisząc te słowa z przekąsem, nie chcę powiedzieć, że, żeby mówić o wychowaniu, trzeba mieć własne dzieci. Toż bym sobie podcinał gałąź, na której sobie urządziłem grzędę i punkt obserwacyjny. Ale pragnę zaznaczyć, że trzeba trochę pokory/ to właściwie jest potrzebne w każdej sprawie/, by, patrząc na dzieci, autorytatywnie wyciągać wnioski z ich wychowania. Bardzo często są to pochopne wnioski. A wynikają one – jak nieraz widzę – z własnej bezradności wobec trudnych przypadków. Najlepiej zwalić na opiekunów prawnych i jest człowiek usprawiedliwiony. Wiem, że teraz ja formułuję łatwe oskarżenia. Ale nieraz nie mogę już słuchać tych mądrali. A nie chce mi się kłócić, bo się tylko poobrażają i tyle. A tak skreślę sobie parę zdań i przy okazji sam pomyślę: jak trudno jest wychować człowieka, i zapytam siebie i czytelników: czy ja umiem siebie wychowywać? Czy jestem na tyle wychowany, żeby zbyt łatwo nie oskarżać?
Myślę, że wychowywanie innych to naprawdę ciężki kawałek chleba. Nie zazdroszczę /no… może trochę/, ale podziwiam.
PS. Trochę się pospieszyłem z tym odcinkiem, bo za tydzień nie będzie. Trzeba trochę odpocząć.

Poradzisz sobie?

To pytanie słyszę nieraz, zadawane przez różnych ludzi i w różnych okolicznościach. Brzmi „ciekawie”, kiedy stawiane jest przez kogoś, od kogo oczekuję pomocy, na kogo liczę. Nieraz nie jest to osobliwa odpowiedź na moje wołanie wprost o pomoc, raczej przedstawianie trudności i takie pełne nadziei oczekiwanie, że ktoś się wzruszy /może nawet nie głęboko, jak Samarytanin przechodzący obok pobitego człowieka/, a przynajmniej zauważy i pomoże. A tu słychać: „poradzisz sobie?”. A co miałbym sobie nie poradzić. Trudno jest przyznać się do bezradności, tym bardziej że nieraz jest do niej jeszcze daleko. Na teraz, by sobie poradzić, muszę wytężyć swoje siły, narzucić sobie większe tempo – po prostu ciężej pracować. Dlaczego mam sobie nie poradzić? To nie tylko duma i pewność siebie każą mi odpowiedzieć, że dam radę. To może poczucie odpowiedzialności i świadomość, że jak trzeba to się zrobi. Ale… dlaczego tym tytułowym pytaniem przerzucamy na innych ciężar? Zdaję sobie sprawę, że trudniej jest powiedzieć: nie mogę ci pomóc. Lepiej zapytać: czy dasz sobie radę? Takie odwrócenie uwagi, zamiana ról. Może nawet nie do końca świadomie czy przebiegłe. Ale jeśli trafimy na ambitną osobę, to mamy pewność, że nie podda się, nie przyzna do słabości, bezradności, ale weźmie się w garść i rozwiąże problem. A jakie będą tego konsekwencje?
Człowiek może dużo znieść i więcej zrobić. Ale są granice. Po ich przekroczeniu bywa, że stajemy się innymi ludźmi. Ludźmi, którzy nie podejmują dialogu, nie proszą – zamykają się w sobie. Nie jest im dobrze w tym zamknięciu, ale przecież „muszą sobie poradzić”, skoro zawsze sobie radzili. Zosie -samosie nie biorą się tylko z egoistycznego poglądu na życie, że tylko ja to potrafię zrobić . Bywa, że inni ubierają je w takie szaty i role. Bo to wygodne, kiedy „samosia” może coś zrobić za nas. Przecież w końcu się zgodziła. I pewnie jej z tym dobrze.

Dwie strony medalu

Kilka dni temu pojechałem na większe zakupy do Krakowa. Wjeżdżając na skrzyżowanie /bardzo zatłoczone, bo przebudowywane/, zobaczyłem obok w samochodzie uśmiechniętą kobietę, rozmawiającą przez komórkę. Oczywiście jednym ruchem próbowała utrzymać kierownicę, a w drugiej trzymała telefon przy uchu. W pierwszym odruchu pomyślałem: „szkoda, że tu nie ma policji; już by jej zrzedła mina na widok mandacika; co ona sobie myśli!; przez takie zachowanie już nieraz coś złego wydarzyło się na drodze”. Cały sapałem z oburzenia i żałowałem, że nikt jej przykładnie nie ukarał. Po kilku chwilach nagle coś we mnie zaskoczyło. A może by tak spojrzeć z innej strony. Uśmiechnięta kobieta – to wspaniale, że ma się z czego cieszyć /chyba, że nie daj Boże z czyjegoś nieszczęścia – znów wyłazi moja złośliwość/. Tak często bywamy smutni, a tu radość na twarzy. A pewnie i w sercu, bo jechała sama i nie musiała przecież przed nikim grać. Fakt, że rozmawiała przez telefon też nie jest bez znaczenia– to znak, że ma z kim pogadać, że nie jest samotna. Ilu ludzi nie ma do kogo zadzwonić albo czeka całe wieki, by ktoś chciał z nimi porozmawiać. Już nawet nie chcę przypuszczać, jak przyjemną była ta rozmowa, skoro na twarzy kobiety gościł uśmiech. Telefon nie jest dziś świadectwem majętności, ale jeśli kogoś stać na niego i na dzwonienie… Ile dobrych rzeczy można by zauważyć w tym obrazie kobiety, łamiącej – bez wątpienia – przepisy o ruchu drogowym.
Patrząc na innych używamy filtrów, które rodzą się w naszym sercu /mówiąc najoględniej/. Nie chcę zastępować psychologów, którzy by to zjawisko fachowo nazwali. Raczej zwrócić sobie i innym uwagę, czy aby nie za często widzimy tylko jedną stronę medalu. I zazwyczaj tę gorszą. Patrzymy trochę jak wilcy, a nie jak baranki, które powinny – dla swojego dobra – trzymać się w kupie, wspierać się. Tak naprawdę to nasze złe spojrzenie szkodzi najbardziej nam, a nie tym, na których patrzymy. Ono nas zatruwa. A zdarza się – niestety – że prowadzi do zguby. Dlatego zadbajmy najpierw o serce, a potem o oczy. Można stracić wzrok /choć to wielka tragedia dla człowieka/, ale nie wolno stracić serca. „Bo z obfitości serca mówią usta” /Mt 12,34/.

Kłamstwo

Nie lubię kiedy ktoś mnie okłamuje, szczególnie kiedy to jest młody człowiek. A kto lubi? Dlaczego ludzie kłamią? Dla swoich korzyści. Nieraz są to drobiazgi. Sprawy, które nie są warte tak wielkiej ceny. Przez drobne kłamstewko można stracić zaufanie, które ktoś miał do nas. W jednej chwili można narazić się na utratę czegoś cennego – wiarygodności. Nieraz próbuję to tłumaczyć. Szczególnie młodym. Skłamiesz, oszukasz, wybierzesz drogę na skróty. Pójdziesz łatwiejszą drogą. Tylko ta droga jest ślepą uliczką. Nie można wjechać na nią jeszcze raz. Ciężko odbudować utracone zaufanie. Bo skoro ktoś raz okłamał, to może teraz też mnie okłamuje. Czemu mam wierzyć? Bo przysięga, że mówi prawdę? Ileż osób chciałoby uwierzyć w to, że kłamca się zmienił? Ale boją się uwierzyć, bo boją się skrzywdzenia, kolejnego oszustwa. I tu nie chodzi o to, że ktoś mnie robi w konia /skądinąd domyślam się, że koń też nie lubi być oszukiwany/. Tu chodzi o cierpienie, które wynika z tego zła. Martwi mnie, gdy widzę i słyszę, jak wiele dzieci, młodych ludzi tak lekko traktuje kłamstwo. Jak szybko się przyzwyczajają do oszustwa. A kiedy człowiek kłamie, to na innych patrzy nieufnie. Może to kłamstwo dzieci bierze się z przykładu dorosłych /przepraszam za łatwe oskarżenie, ale…/? Rodzi się pytanie: jak wychowywać do prawdy? Jak tłumaczyć, że warto mówić prawdę, choć dziecko widzi niekiedy rówieśników, którzy kłamią i uchodzi im to – jak na razie – na sucho /bo np. ich rodzice czy wychowawcy bagatelizują problem, pozwalając na kłamstwo/? Myślę, że człowiek chciałby żyć w prawdzie, ufać innym, wierzyć słowu. Ale ulegamy pokusie łatwiejszego i wygodniejszego życia. Dziś /może historycy poprawiliby mnie/ jest swoista moda na kłamstwo. Kłamią na górze i na dole. W telewizji i na podwórku. Ludzie wykształceni i prości. Przekłamuje wszechobecna reklama. Wiemy o tym. I przyzwyczajamy się. Tłumaczymy się sami przed sobą: przecież wszyscy tak robią.
A może by inaczej? Pod prąd. Jezus powtarzał: „prawda was wyzwoli”. A my, za Piłatem, tłumacząc się i grając na zwłokę, pytamy: „cóż to jest prawda?”. Wiemy dobrze. Bez zaglądania do filozoficznych definicji. Trzeba wreszcie – bez oglądania się na innych – spróbować żyć w prawdzie i innych do tego zachęcać. „Bo kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony”/Mk 13,13/.

Ani be, ani me, ani kukuryku

Kiedy idę rano otworzyć stajnię, zazwyczaj osły witają mnie, rżąc po swojemu /konie są bardziej małomówne, ale i one potrafią pozdrowić parskając/. Bosmanowi – naszemu psu – też zdarza się szczeknąć na powitanie. Zacząłem od zwierząt, ale chciałbym pisać dziś o ludziach. I troszkę o ich wychowaniu. A dokładnie o pozdrowieniach. Odnoszę wrażenie, że niektórzy mocno sobie wzięli do serca słowa Jezusa, „by nikogo w drodze nie pozdrawiać”/to z Ewangelii o wysłaniu 72 uczniów, czytanej tydzień temu w niedzielę/. Piszę to z przekąsem, bo ta rada Mistrza odnosiła się do ówczesnego zwyczaju, który poprzez długie formy powitania – bardzo czasochłonne – utrudniał podróżowanie. Dziś brak pozdrowień wynika raczej z braku kultury. A tej trzeba się uczyć od dziecka. Niedawno przeczytałem ciekawy tekst, w którym pojawiło się oryginalne twierdzenie dotyczące wychowania dzieci. Otóż, dziś rodzice /no, może nie wszyscy/ przede wszystkim dbają o to, by dziecko skończyło szkołę, znalazło dobry zawód. Krótko mówiąc: ułożyło sobie życie. Na dalszy plan /jeśli w ogóle jest to w planie/ schodzi wychowanie do wartości, do bycia uczciwym i dobrym człowiekiem. Po prostu wychowanym człowiekiem. Powitanie to właściwie drobiazg, ale to jest zazwyczaj początek spotkania, znajomości, kontaktu. Kiedy brak tych kilku słów, gestu, uśmiechu, zwróconej uwagi, człowiek staje wobec jakiejś zimnej ściany. Niezauważony, czuje się niepotrzebny, zbędny. I nie chodzi mi tu jakąś czołobitność czy chęć przypodobania się, ale zwyczajne pozdrowienie. Powitań można uczyć się na kursach savoir-vivru /gdyby je ktoś organizował/, ale nawyku witania się trzeba się uczyć od dziecka. Pewnie pozdrawianie innych zależy od naszej otwartości na drugiego człowieka. Jak ktoś w domu ciągle słyszał pohukiwania i uwagi w stylu: „smarkacz jesteś i się nie odzywaj”, może dziś bać się otworzyć ust do obcego. Ile jest takich domów, w których instruuje się kogo pozdrawiać, a kogo nie /bywa, że chodzi o drobiazgi i to, że nikt ni chce pierwszy wyciągnąć ręki/.
Kiedyś ludzie pozdrawiali księdza czy innych słowami: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus” albo krótko „Pochwalony Jezus Chrystus”. Dziś często mówi się: „Szczęść Boże” /kiedyś tak pozdrawiało się ludzi przy pracy, a odpowiedź brzmiała: „Bóg zapłać” albo „Daj Panie Boże” – jeszcze pamiętam/. Ale bywa, że starszy czy młodszy mówi: „Pochwalony” i wtedy nie wiem /mógłbym się tylko domyślać/ kto ma być „Pochwalony”. Kiedyś jeden chłopak po cichu /dla draki/ dodał „szatan” i ksiądz się /słusznie/ zjeżył.
Pozdrawiajmy się i uczmy innych pozdrawiać, bo inaczej zamienimy się w mijające się zimne roboty, z których uleciała radość życia i miłość /ta podstawowa otwartość / do bliźnich.

O mojej sikorce…

Od jakiegoś czasu odwiedza mój pokój pewna sikorka. Rozczaruję wszystkich tych, którzy w swojej wyobraźni pomyśleli o jakiejś dwunożnej istocie i o tym, że ten odcinek będzie o sprawach damsko – męskich. Owszem sikorka jest dwunożna /a właściwie dwułapkowa/, ale nie jestem pewien, czy to ona. Może to sikorek? W każdym razie mam kolejną okazję poprzebywać z przyrodą ożywioną. Kiedy żył ks. Antoni Pławny to trochę zazdrościłem mu, że w jego pokoju pojawiają się wiewiórki. Przychodziły z parku przez taras, otwarte okno, a na podłodze czekały na nie orzechy. Działo się to przez wiele lat. Kiedy ks. Antoni zmarł, kiedyś jeden ksiądz zobaczył na jego grobie wiewiórkę. Dziwne to było, bo raczej tam się wiewiórki nie kręcą. Ale wracając do mojej sikorki, zauważyłem, że też przychodzi na orzechy /może to jakiś układ z wiewiórkami, bo nie mam tarasu, a po ścianie nie dałyby rady przejść/. Przylatuje najczęściej kiedy mnie nie ma. Zostawia po sobie ślady. A to na biurku, a to na podłodze /rozbite orzechy, które zrzuca z miski stojącej na regale/. Jak na razie tylko raz wleciała do pokoju, kiedy w nim byłem, a że się dobrze zachowywałem, to mogłem podpatrzyć jej działanie. Bywało, że innym razem próbowała wlecieć, ale się mnie bała i zawracała. Kilka dni temu rozmawialiśmy z p. Bogdanem, naszym szefem gospodarstwa, o tym jak to zwierzęta są mądre i warto się od nich uczyć. Ta ich mądrość to instynkt, ale też i umiejętność przetrwania. Zwierzęta raczej /za mało je znam, by wypowiadać się jak fachowiec/ nie kombinują. To człowiek czyni swoje życie skomplikowanym. Może by tak lepiej podpatrywać nasze zwierzaki. I uczyć się od nich. Kiedy będziemy się dobrze zachowywali, niejedna sikorka przyleci do nas. Ale tylko wtedy, kiedy będzie czuła się bezpieczna.
PS. O osłach, koniach i innych naszych zwierzakach też pewnie kiedyś napiszę.