Dobre maniery

Niech Pan zostawi coś dla nas – poprosiłem nieznajomego mężczyznę, który w naszym parku ładował kolejne orzechy do pokaźnej reklamówki. Widać było, że nie jest zadowolony z mojej prośby, choć przerwał zbieranie. W czasie kolejnych zdań, które wymieniliśmy, był nawet moment, gdy położył torbę, bym ją sobie zabrał. Przyznam, że nie chodziło mi o te kilka orzechów, ale o pewne zasady. Zdenerwowany spytał, czy znam tego, czy tamtego księdza /byłych mieszkańców Kopca/. A potem wyjaśnił, że jest z ich rodziny i zna ten nasz dom bardzo dobrze. Nie pierwsze takie spotkanie i trudna rozmowa z kimś, kto zachowuje się u nas jak gospodarz albo domownik. Przypominam sobie, że Pismo święte każe nam pamiętać, że jesteśmy tylko przechodniami i nie mamy tutaj domu. Ale… W moim przypadku w tym domu mieszkam i za to miejsce jestem odpowiedzialny jako przełożony. Mimo to, a może właśnie dlatego zwracam ludziom uwagę, że po przekroczeniu bramy /jest taka/ są u nas gośćmi. Kiedy odwołuję się do ich doświadczenia i pytam, jak potraktowaliby obcego, który kręciłby się po ich posesji, słyszę zdenerwowane sapanie i zdziwione oczy. Dodam, że zawsze w takiej chwili czuję się mało komfortowo, bo muszę tłumaczyć – wydawać by się mogło – proste zasady dobrego wychowania. I to takie, których jako pierwszych uczymy dzieci: mam na imię…, nazywam się…, jestem z… Być może w odpowiedzi na różne braki w dobrych manierach i w związku z rozwojem techniki pojawią się dostępne na świecie jakieś skanery, które zainstalowane np. przy okularach powiedzą mi „kto zacz” i co on tutaj robi. Pewną pomocą byłaby też nadprzyrodzona zdolność pozwalająca wiedzieć więcej niż widzą oczy… Jak na razie pozostaje mi uczenie się cierpliwości i pytanie z troską: w czym mogę pomóc?…
Już kiedyś zauważyłem, że trudno się uczy dorosłych tego, czego nie nauczyli się za młodu. A może tylko zapomnieli…

Chodzenie po drzewach

Wiem, dawno nie pisałem. Można by się wytłumaczyć wakacjami. Taki odpoczynek od pisania /dla mnie/ i czytania /dla zaglądających w to miejsce/. Przyznaję, że nie brakowało tematów i przemyśleń. Ale gdzieś tam odłożone na później pisanie /chyba nie jest w takim działaniu osamotniony/ ciągle było na jutro.
Tytuł tego wpisu zrodził się w pobliżu parku linowego. To takie miejsca – prędko wyjaśniam niewtajemniczonym – gdzie można założyć sobie specjalną uprząż, przypiąć się do liny i chodzić po drzewach. Zabawa wymaga sprawności fizycznej /są różne przeszkody/, wyzwala adrenalinę /bywają niezłe zjazdy, np. nad rzeką/. Usłyszałem niedawno ciekawy komentarz, który wskazuje z przekąsem na swoiste tęsknoty atawistyczne: człowiek zszedł kiedyś z drzewa, a dziś znowu go tam ciągnie. A może to tylko pragnienie, by poczuć się dzieckiem /dzieci z reguły lubią się wspinać, skakać, zjeżdżać, spadać/ lub tarzanem. Nie wiem czy historia zatoczyła tak wielkie koło, że jesteśmy zmęczeni techniką i postępem. Niemniej wielu szuka ostępów, życia zgodnego z naturą.
Patronem wszystkich chodzących po drzewach winien być ewangeliczny Zacheusz. Wszedł na drzewo, by zobaczyć Jezusa. A Ten nie tylko go zauważył, ale i poszedł do niego w gościnę.
PS. Myślę, że wracamy do początków także w ubieraniu się. A raczej rozbieraniu się, czyli noszeniu coraz bardziej skąpych strojów. Czyżby wystarczył tylko listek figowy? Ale… idzie zima.

Magis znaczy więcej

Wydaje mi się, że przyroda /piszę o tej co mnie otacza/ nie zna co to minimalizm. Trochę deszczu, słońca i… trudno nadążyć z koszeniem tego co urośnie. Nawet owce i koniowate nie są w stanie wykończyć wszystkich źdźbeł trawy, choć podobno /pisał o tym Monty Roberts, znawca koni/ nie przepuszczą żadnemu. Jesteśmy jako ludzie częścią przyrody, ale odnoszę nieraz wrażenie, że skłaniamy się raczej do minimalizmu. Zrobić to co konieczne. I tyle. Być może nie było tak od początku. O tym powinno świadczyć wszystko to co jest wytworem człowieka. Ale czy to nie zrodziło się – jak to gdzieś przeczytałem – z wygody i lenistwa człowieka? Czy rzeczywiście chcemy więcej, lepiej… Tak sami z siebie. Bez popychania, zachęcania, nakazywania czy wręcz zmuszania. Czy nie bez powodu na półkach księgarskich leżą podręczniki uczące motywacji? Myślę o tym i dziwię się, że tak różnimy się od tej ożywionej przyrody, będąc jej składnikiem. Może to nasz rozum przeszkadza w pragnieniu przekraczania siebie? Nie wiem. Boli mnie jednak minimalizm. I martwi.
Pójdę do parku. Zieleń ponoć uspokaja, a śpiew ptaków koi nerwy.

Zasady placu zabaw

„Bardzo przepraszam, ale ta karuzela jest dla dzieci do lat 13” – zwróciłem uwagę kobiecie /gdzieś ok. trzydziestki/, która próbowała się pokręcić. „Ale ja jestem lekka” –usłyszałem. Kiedy odwołałem się do regulaminu, który wisi na placu zabaw, dowiedziałem się, że pani nudzi się i nie ma co ma robić. Wszystko było przyprawione cierpkim głosem, w którym usłyszałem /a może mi się zdawało/ pretensję i poczucie krzywdy. Z podobnymi sytuacjami /a placem zabaw jest wtedy wszystko dookoła/ spotykam się częściej. Nie jestem jakimś skostniałym legalistą, ale w końcu są przecież jakieś zasady czy też regulaminy. Tak to widzę, ale wydaje mi się, że pozostaję w coraz większej mniejszości. Zakrawa to na paradoks, że im więcej w naszym otoczeniu skodyfikowanych i zapisanych różnych praw, obowiązków, rozporządzeń, tym trudniej przychodzi je nie tylko zachowywać, ale w ogóle się nimi przejmować. Owszem, widzę wiele niepotrzebnych zapisów. Bywają kodeksy, które są zrozumiałe tylko dla wtajemniczonych, choć obowiązują wszystkich. Może właśnie ten gąszcz zniechęca i prowokuje. Martwi mnie jednak sytuacja, w której prawo i zasada nic nie znaczą, a każdy kieruje się własnym „widzi mi się”. Może to wynikać z poczucia bycia wolnym człowiekiem i tym, który sam orzeka co trzeba zachować, a co nie. Z reguły kierującym się własnym interesem. Czy to początek chaosu?
Co do karuzeli, to pewnie można by przy niej zamontować wagę, która orzekałaby, kto się kręci, a kto nie. Ale ten plac zabaw jest dla dzieci, a nie dla lekkich. Zresztą kto by tam wchodził na jakąś wagę. W końcu byłaby to dyskryminacja tych cięższych.
PS. Może warto zrobić plac zabaw dla dorosłych. Mogliby się tam pokręcić, pobujać, a nawet zrobić sobie babkę /z piasku/. W końcu jesteśmy dziećmi Bożymi.

O naśladowaniu

Do kościoła weszła kobieta z dwiema dziewczynkami. Pewnie to mama z córkami. Strój starszej dziewczynki świadczył o tym, że na procesji /była oktawa Bożego Ciała/ będzie sypała kwiatki. Po wejściu do kościoła mama ze starszą córką uklękły do modlitwy. Młodsza /może 3-4 lata/ stanęła, rozglądając się. Po chwili, bez słów zachęty czy nakazu ze strony mamy też uklękła i złożyła ręce. I oto chodzi – pomyślałem. Mam wrażenie, że już kiedyś pisałem o dawaniu przykładu. Bo też ciągle przypominam sobie o tym, patrząc na zachowanie /lub braki w takowym/ dzieci. Myślę wtedy ile słów słyszą dziewczynki i chłopcy jak powinni zachowywać się w domu, szkole, kościele, na ulicy. Bywają prośby i groźby. A niekiedy nawet próby nauki przez zastraszenie: „zobaczysz… jak tak się będziesz zachowywał to…”. Wiele jest tych słów /dotyczących właściwego zachowania/ i sposobów ich przekazywania. Pewnie są często potrzebne. Niestety, słabnie ich moc, a nawet są jak groch rzucany o ścianę. A wina leży często po stronie tych starszych, uczących /chciałem napisać mądrzejszych, ale się nie odważyłem/. Brakuje przykładu. Dobrego przykładu. Jeśli jest, to właściwie słowa mogą być tylko wyjaśnieniem postaw. Dobrze wygląda sytuacja, kiedy dziecko, widząc klękającego ojca pyta: „co ty tato robisz?” Jest wtedy okazja, by zaspokoić ciekawość dziecka, które z reguły próbuje naśladować tych, których kocha. Niestety, mam wrażenie, że w wychowaniu religijnym /a to jest dla mnie palącym zadaniem/ rodzice najczęściej ograniczają się do wskazania co trzeba zrobić: „umyj zęby i odmów pacierz” /a może już nawet tego nie robią?/. Jak dziecko ma w kościele śpiewać, skoro jego rodzice na Mszy św. milczą, choć pewnie nie jest tak źle z ich muzykalnością? Czy wie jak się ubrać do kościoła, jeśli starsi mylą nieraz to miejsce z plażą czy boiskiem? Tak, tak… wiem. Znowu narzekam, choć na początku opisałem taką piękną scenkę, którą ostatnio zauważyłem. Ale co ja zrobię, jeśli te różne braki w wychowaniu religijnym przesłaniają mi tyle pięknych przykładów. Pewnie jakiś psychoanalityk zauważyłby, że takie moje spojrzenie rodzi się z własnych problemów z dawaniem dobrych przykładów. I może miałby rację. Bo to zadanie niełatwe, choć tak bardzo potrzebne. Szczególnie, gdy mamy do czynienia z najmłodszymi.

Pobłażliwość

Duży park dla dzieci. I dzieci niemało. Wszystkie grupy otoczyły plac, nad którym mają odbyć się pokazy lotów ptaków drapieżnych. W pewnym momencie – pewnie z nudów oczekiwania – jeden z podrostków rzucił na polanę kamień. Za chwilę dołączyli się do tej szczególnej zabawy kolejni chłopcy. Nikt nie reagował, chociaż każda grupa miała po kilku opiekunów. Kiedy przyszedł czas pokazów i prowadzący próbował zaprowadzić porządek, mimo nagłośnienia, miał niemałe kłopoty. A nawet jak wywołał osobę odpowiedzialną za grupę rozrabiaków, to ta niespecjalnie przejęła się problemem.
W różnych miejscach słyszę nieraz narzekania na dzieci, czy też ogólnie na młode pokolenie. Że niewychowane, rozwydrzone, a nawet chamskie. Odpowiedzialnością za ten fakt przerzucają się rodzice, nauczyciele, wychowawcy. Pewnie każdy ma jakiś swój udział w tym, że jest jak jest. I zapewne owi odpowiedzialni znajdą wiele wytłumaczeń takiego stanu rzeczy. Niemniej ostatnio dotarło do mnie, że jednym /na pewno nie jedynym/powodem jest pobłażliwość. Sam widzę jak to łatwo jest być „dobrym” i nie reagować na złe zachowanie młodszych. Z jednej strony nieraz nie chce się. Bywa, że próbowaliśmy, ale w tym przypadku /a dzieci bywają trudnymi przypadkami, że się tak nieładnie wyrażę/ to nie odniosło skutku, a nie mamy ochoty na kolejną wychowawczą porażkę. Myślę, że często chcemy być tymi „dobrymi”, co to nie czepiają się, ale dają wolność /przecież w końcu każdy jak dorośnie to sam zobaczy, że tak nie wolno/. Nie mówię już o wychowawcach, kierujących się zasadą „róbta co chceta” /okazuje się, że mamy jakiś wkład we współczesną pedagogikę/. Przymykanie oczu może dobre jest na mocny wiatr i pył. Niestety bywa zgubne, kiedy mamy do czynienia z kształtowaniem młodego człowieka: jego charakteru, dobrych manier. Miejmy odwagę prostować krzywo rosnące młode drzewka. Kiedy ich pień zdrewnieje, będzie za późno. A one mogą mieć nawet do nas pretensje, że nie pomogliśmy im prosto rosnąć.
Ps. Niemałym problemem wychowawczym jest sytuacja, kiedy zostaje się takim ostatnim Mohikaninem w zespole wychowawczym /nauczyciele, rodzice, inni starsi/. Dziś mówienie o kształtowaniu charakteru trąci myszką i kruchtą.

Komórka

Cmentarz. Miejsce ciszy, zadumy, modlitwy /jeśli coś głośniej słychać, to kondukt pogrzebowy, który właśnie odprowadza kogoś na wieczny spoczynek/… Ale… właśnie dotarła do grobu starsza pani. Pewnie leży tu w grobie ktoś jej bliski. Zmęczona usiadła na ławeczce i… wyjęła z torebki telefon komórkowy. Kolejne długie minuty /w końcu mamy te nielimitowane rozmowy/ spędziła na rozmowach o tym co słychać, jak leci, itp. Dobrze było ją słychać dość daleko od miejsca , w którym stała. Tak bardzo była zajęta rozmową, że nie widziała innych, którzy byli na cmentarzu. Historię tę usłyszałem od znajomej, która usiłowała się pomodlić, zebrać myśli przy grobie. Okazuje się, że cmentarz nie jest już miejscem spokoju. Ludzie bez skrępowania zamieniają go w miejsce, gdzie można załatwić różne sprawy. Nie wiem czy wynika to z braków w dobrym wychowaniu czy z nieumiejętności posługiwania się aparatem komórkowym. Zresztą prywatne rozmowy w publicznych miejscach są dziś tak powszechne, że każdy pewnie się już z tym spotkał. Ludzie bez skrępowania opowiadają głośno w autobusach, pociągach o swoich często najintymniejszych sprawach. Bywa, że w kościołach rozlega jakaś melodyjka i nie jest to granie organisty. Czy to znak czasu i cena rozwoju elektronicznych urządzeń do kontaktowania się z innymi? Może jest jakiś sposób, byśmy potrafili korzystać np. z „komórki”. Dzieci uczą się w szkole, a gdzie nauczyć starszych? I jak to zrobić, by się nie obrazili? Chyba, że omawiany problem wynika z przekonania o swojej wolności do robienia tego co mi się podoba, niezależnie od innych. Cóż… w takim przypadku niedaleko jesteśmy od chaosu i wojny. Z jednej strony, mamy tyle pożytecznych urządzeń, które pomagają nam zbliżyć się do ludzi. Z drugiej strony, nieumiejętność posługiwania się nimi przeszkadza we współżyciu z innymi i miłości bliźniego.
Patrząc na wiele technicznych urządzeń, owoców postępu nieraz odnoszę wrażenie, że – może to trochę za mocne porównanie – podobni jesteśmy do małpy, która dostała brzytwę. Brzytwa sama w sobie może być pożyteczna, ale w rękach ludzie nieumiejących się z nią obchodzić, może wyrządzić krzywdę.

Marzenia małego chłopca

Jak dorosnę to wyjadę za granicę jak wujek. I będę dobrze zarabiał… – stwierdził mały chłopiec. Hmm… zamyśliłem się. Jak pamiętam, tacy mali chłopcy najczęściej chcieli być strażakami, policjantami, żołnierzami /kolejność przypadkowa/, a także niektórzy z nich śmieciarzami. Te pierwsze zawody zapewne podobały się z racji munduru czy może interesującej /barwnej/ pracy. Co do śmieciarzy to nie mam podejrzeń. A tak przy okazji: ciekawe czy ktoś kiedyś nie robił jakiś badań chłopców na ten temat? Wracając jednak do wypowiedzi sprzed kilkunastu dni, uświadomiłem sobie, że zmieniają się na moich oczach marzenia małych chłopców. Przyznam, że zaintrygowany takim wyznaniem, zapytałem dlaczego o tym myśli, tego pragnie? Bo wujek – wyjaśnił malec – dobrze zarabia i stać go na wszystko, także na zabawki. Oooo…. Tu leży ten pogrzebany pies. Krótko mówiąc: koniec sentymentów. Strażacy, komandosi, a nawet operatorzy koparek przegrywacie z materialnym podejściem do życia. Cóż z tego, że praca ciekawa, skoro „misiu, liczy się kasa”. Czyżby to była oznaka szybkiego dorastania? W końcu wielu dziś myśli o wyjeździe. I często nie jest to niedojrzałe marzenie krótkowzrocznego malca, ale trudna i pełna wyrzeczeń konieczność, by zapewnić najbliższym wikt i opierunek. Zdaję sobie sprawę /pewnie nie do końca, bo sam tego nie przeżyłem/, że decyzja o wyjeździe do pracy za granicę bywa bardzo trudna, a nawet ryzykowna /trzeba zostawić nieraz na długo najbliższych/. I ludzie ruszają za chlebem. W końcu emigracja to nie pojęcie, które zrodziło się w ostatnich czasach. Chodzi mi jednak po mojej łysej głowie myśl, że szybko /może nawet za szybko/ dzieci dorastają do uwierzenia w mit, że pieniądze dają szczęście. Są potrzebne, ale czy – przepraszam za ten banał – można za nie kupić wszystko? Nie zamierzam szukać winnych, ale pewnie to my dorośli tworzymy tym maluczkim świat, w którym rządzi pieniądz. Może to dzieje się za szybko. Szkoda tego dzieciństwa.
Ps. Pamiętam, że słyszałem kiedyś od chłopca marzenie, by stać się emerytem. Ale to był leniuszek, który nic nie wiedział o ZUS-ie, funduszach emerytalnych i kolejkach do lekarza.

Kopciuszek

Ta postać przyszła mi do głowy, kiedy ostatnio zająłem się popiołem zalegającym nasze piwnice, a pozostałym po zimowym ogrzewaniu domu. Pewnie popiół powinien pojawić w rozważaniach wielkopostnych, ale przecież nieustannie lądujemy gdzieś na ziemi. Dzieje się tak niekiedy po naszych wzlotach albo kiedy zmagamy się z codziennością. Przy „kopciuszkowej” pracy uświadomiłem sobie jak łatwo jest myśleć o macosze, złych siostrach. Przewijają się w głowie ci, którzy powinni /oczywiście w moim brudnym mniemaniu/ pomóc biednej sierocie. Dobija krzywda, gorycz i zazdrość. Jednak jak się trochę przetrze zakurzone oczy to okaże się, że w pobliżu jest jakaś dobra wróżka /może być też rodzaju męskiego/ co to da szansę na szczęście i pomoże się do niego zbliżyć. Cóż… bale nie trwają długo, a czas im bardziej szalony tym krótszy /czy w życiu nie wydaje się nam, że więcej jest chwil złych niż dobrych?/. W końcu pojawia się kryzys /może trwać dłużej niż jedną noc/. Poczucie szczęścia przegrywa z utratą szansy na odmianę i twardą rzeczywistością kim się jest. Niemniej warto mieć nadzieję, że o poranku ktoś mnie będzie szukał. I sprawi, że moje życie się odmieni.
Słyszałem kiedyś w radiu od pewnych „nowoczesnych” kobiet, że bajka o kopciuszku /nie była z resztą jedyną z „bajecznego” kanonu/ nie jest dobra i… poprawna /to dziś często określenie na rzeczy dobre w mniemaniu niektórych/. Uczy bowiem bezradności. Tak, tak, moi drodzy. Kopciuszek winien, nie zgadzając się na swoją pozycję, walczyć z macochą i złymi siostrami, zamiast biernie czekać na jakąś pomoc wróżki /pewnie mógłby wesprzeć się na różnych organizacjach walczących z dyskryminacją/. Panie w radiu rzuciły jeszcze trochę sobie przydatnych argumentów, ale nie przekonały mnie.
Z mojej perspektywy ta bajka jest bardzo chrześcijańska i podoba mi się. Czyż dobrą wróżką nie jest niejedno natchnienie czy konkretny dobry człowiek /”anioł nie człowiek”/? A na bal wszystkich świętych zaprasza nas – nie Budka Suflera tylko – sam Bóg. Często gubimy rzeczy, które pasują jedynie do Bożego planu. A On chodzi i szuka nas /nie my Jego – jak nam się nieraz wydaje/. Bo nie tylko chce nam dać zgubiony bucik, ale pierścień na rękę i nowa szatę, jak marnotrawnemu synowi. Wszystko co najlepsze dopiero przed nami. O niebie nie wspomnę.

Bierzmowanie

Wiem, że często zdarza mi się narzekać. Bywają jednak takie chwile, które podnoszą na duchu. Otóż w ostatni wtorek uczestniczyłem w bierzmowaniu. Przedmieścia dużego miasta, niewielki kościół. Porządek i spokój płynący od wszystkich wypełniających świątynię. W zdecydowanej większości na twarzach młodych 16-letnich ludzi i ich świadków jakaś powaga zmieszana z radością. Ksiądz biskup mówiący słowa proste i – widać po reakcjach – trafiające nie tylko do uszu, ale i serca. Być może przychodziło mu to łatwiej, bo do niedawna /a może robi to nadal/ uczył w szkole średniej. To co mówił w kazaniu czy przed błogosławieństwem przesycone było życzliwością i pokazaniem nie tylko trudności życia w Duchu, ale do czego kieruje się serce młodego człowieka. Pogodne słowa zachęty. Księża odpowiedzialni za parafię i uroczystość pełni spokoju. Mocnym akcentem tworzącym klimat były śpiewy wykonywane przez znakomity chór /złożony w dużej części z młodych ludzi „wyposażonych” w niektóre instrumenty/, który nie tyle występował, co pomagał śpiewać wszystkim obecnym. Do sakramentu bierzmowania każdy podchodził ze swoim świadkiem podającym imię wybrane przez bierzmowanego. Liturgia przebiegała w takim porządku /ale bez napięcia/, że kiedy się skończyła, zauważyłem ze zdziwieniem, że trwała 1,5 godziny. Krótkie i treściwe słowa powitania proboszcza i rodziców. Zwięzłe i serdeczne podziękowania młodzieży. Pewnie można by jeszcze wiele pisać. Można by też coś dodać do samej liturgii. Cieszę się, że mogłem uczestniczyć w tym wieczerniku wśród tych ludzi. Jeśli napiszę, że było to dzieło Ducha Świętego to dlatego, że wydawało się, że ludzie rzeczywiście poddali się Jego działaniu i pragnęli, by On był najważniejszy.

Po wszystkim bierzmowani ze świadkami poszli do salki, gdzie ksiądz biskup – po pokrojeniu tortu – podzielił go między zebranych /przy okazji: dawno nie jadłem tak dobrego/. Każdy bierzmowany dostał też katechizm dla młodych „Youcat” z osobistą dedykacją i imionami animatorów przygotowujących do sakramentu.

Ps. Kiedy biskup namaszczał, do ołtarza zbliżył się starszy mężczyzna i spokojnie telefonem wykonał zdjęcie. Samo zestawienie urządzenia i wieku fotografa wywołało mój uśmiech. Kiedy jednak zauważyłem, że ten pan wie co i gdzie robi /spokój, uklęknięcie/, dorzuciłem pełny szacunek. Dodam, że nie było biegających kamerzystów i fotografów, choć ten i ów z rodziny czy znajomych cyknął jakąś fotkę.