Piłka a chrześcijaństwo

O piłce nożnej piszą teraz wszyscy. Zresztą Mistrzostwa Europy są obecne nie tylko na koszulkach. To samo jest z naszą reprezentacją „kopaczy” i poszczególnymi piłkarzami. Niewiele może mnie zaskoczyć, ale jak zobaczyłem wielopak papieru toaletowego z wizerunkami polskich bohaterów boiska…. Czy to chodzi o ratunek na wypadek rozstrojenia żołądka podczas dramatycznego meczu, czy też ma znaczyć, że piłkarze są do ….? No właśnie. Można nieraz przesadzić. Inna sprawa, że emocje /pewnie nie u wszystkich/ są wspaniałą pożywką dla puszczania wodzy fantazji, tworzenia całej dramaturgii. Zwykła /no okazuje się, że już nie taka zwykła/ piłka i 22 ludzi może przykuć niejednego do fotela i telewizora. A tam cały spektakl. Nie bez powodu, ktoś rzekł, że część piłkarzy powinna występować w filmach. I nie chodzi tu pokaz piłkarskich umiejętności, ale sprytne udawanie odniesionych domniemanych ran za sprawą przeciwnika. Sędziowie na boisku muszą dziś już nie tylko gwizdać faule, ale i oszustwa. Fair play to hasło dla naiwnych, a jeśli ktoś o tym mówi, to w kontekście otrzymanych żółtych i czerwonych kartek. Cel uświęca środki, a winowajcy przyznają się /jeśli już/ po latach, zarabiając na dyktowaniu swoich wspomnień. Osobiście lubię takie mecze, kiedy drużyna skazana na pożarcie stawia opór i nawet wygrywa. Takie spotkania Dawida z Goliatem, pokazują niekiedy, że jak mówi Księga Przysłów: pycha kroczy przed upadkiem. I dobrze, że piłka jest okrągła, a bramki są dwie. Póki trwa mecz, zawsze może się wtoczyć do bramki przeciwnika i doświadczenie potwierdza, że nie trzeba do końca tracić nadziei. Czy tego wszystkiego nie odnajdujemy w życiu chrześcijanina?

Ps. Osobiście bardzo lubię grać. I wygrywać. Choć teraz rzadziej biegnę na boisko. Te rekonstrukcje więzadeł krzyżowych w lewym kolanie dały mi się trochę w znaki. Może bezpieczniej – jak mówią życzliwi – piłkę nożną oglądać?

Życzliwość

Trudne słowo. Do zapisania i do wypowiedzenia. Szczególnie dla obcokrajowca. Bywa, że najtrudniej zrealizować to, co ono oznacza. Mam wrażenie, że często dziś pojawia się pod płaszczykiem interesowności. To widać u różnych kupców, ludzi interesu, którzy są życzliwi do momentu, kiedy uda im się sprzedać nam jakiś towar. Piękny uśmiech, miły głos w słuchawce, ciepłe słowo. Później, kiedy już jesteśmy zależni i chcemy o coś poprosić, zasłaniają się prawem, regulaminami. Ale – wbrew pozorom – nie jesteśmy tacy bezradni. Potrzebujemy tylko czasu i dobrej pamięci. Kiedy skończy się umowa /nieraz trzeba bardzo uważać, bo bywają takie, które odnawiają się automatycznie i przedłużają o kolejne lata/ trzeba konsekwentnie zrezygnować z dalszych usług i poszukać kogoś innego. Zdaję sobie sprawę, że mogę być tylko pyłkiem na szali tysięcy i więcej umów. A jednak coś mogę zrobić dla siebie. Tak, dla siebie. Wiem, że to możliwe.

Łatwiej o życzliwość, kiedy w grę nie wchodzą pieniądze i umowy. Wtedy trzeba tylko zwykłego odruchu serca. Nie sprzyja temu zmęczenie, zabieganie, głowa pełna problemów, stres. Mimo to.

Życzliwość jest też zaraźliwa i lubi towarzystwo. Dobrze na nią zapaść i pozwolić, by się stała „przypadłością przewlekłą”. Trzeba wtedy nie stronić od ludzi. Wprost przeciwnie. I szukać także tych zarażonych.

Życzliwi wszystkich krajów łączcie się.

Zawody

Dzień dziecka. Wspaniała pogoda. Każda klasa ubrana w koszulki innego koloru: są niebiescy, zieloni, żółci, czerwoni. Duże boisko, przygotowane konkurencje. Wszyscy gotowi na rywalizację. Jeszcze tylko próba okrzyków, które mają zagrzewać do boju i identyfikować „swoich”. Można zaczynać. Miałem okazję być z boku, robić zdjęcia, obserwować. Im starsza klasa tym większa ambicja /pewnie to już dawno zauważyli psychologowie rozwojowi, ale pewnie nie doczytałem/. Te mniejsze też walczą o zwycięstwo, ale odniosłem wrażenie, że głównie się bawią. Owszem, fajnie dostać medal i to złoty, ale są też inne ważne rzeczy, a poza tym „przewróciłem się i mnie boli. Czy jest ktoś kto mnie przytuli?” Starsi chłopcy /i nie tylko/  nie patrzą na rany. Liczy się zwycięstwo. Nie możemy przegrać. Kiedy piszę te słowa, przesuwają się obrazy z ostatniej środy/naszego Dnia Dziecka/, nakładają na nie te przebitki z programów informacyjnych czy gazet. Wbrew pozorom to nie tylko kolumna sportowa dostarcza wiadomości o rywalizacji. Walka o miejsca trwa ciągle i wszędzie. Nie liczą się te kolejne miejsca /choćby to było czwarte w stawce stu i więcej biorących udział/. Muszę wygrać. A może bardziej: pokonać innych. Moja radość tym bardziej pełniejsza, im więcej zobaczę twarzy przegranych. To często oni dają mi poczuć smak zwycięstwa, choć może przyszło łatwo i stawka była mizerna. Na szczęście widzę, że u dzieci nie jest to jeszcze takie widoczne i dojmujące. Zwycięstwo: tak. Ale zaraz można się bawić z pokonanymi i szukać tego, co nas może połączyć /oczywiście są jak zwykle wyjątki od tej reguły/. Może ta atawistyczna walka o przetrwanie każe nam dorosłym tak postępować z przeciwnikami, by nie mogli nam już zagrażać? A co na to Ewangelia i Boża propozycja, by każdy został zbawiony /a więc wygrał/…?  Pewnie to najtrudniejsze dla tych, którzy  już wszystkich swoich przeciwników poumieszczali w piekle. Pociesza mnie i daje nadzieję fakt, że to Bóg będzie „rozdawał” nagrody, a biblijnie: On sam  będzie nagrodą.

Wszystkie dzieci po zawodach dostały złote medale. Choć patrząc na tabelę wyników wszyscy wiedzą, kto zajął kolejne miejsca.

Cud Boży

A u mnie wczoraj był cud Boży – stwierdził z dumą i radością /tak to wyglądało/ pierwszoklasista. Ooo, a co to się stało? – dopytywałem. Urodziło się 11 króliczków – oznajmił chłopiec. No cóż, pewnie wielu stwierdziłoby, że to nie jest żaden cud, tylko zwyczajna kolej rzeczy, kiedy mamy króliki i to płci obojga. Mimo to, może i znaleźliby się tacy, którzy podzieliliby zdanie ucznia.  I to raczej w kontekście zachwytu nad nowym życiem. Nadzieja na znalezienie takich ludzi wiąże się z moim własnym przekonaniem. Cieszę się z każdych narodzin, choć mam świadomość, że z nowym stworzeniem przychodzą na świat nowe wyzwania /i problemy/.  Zdumienie i zadziwienie wobec tajemnicy życia jest – tak uważam – jedną z dróg, które mogą nas doprowadzić do Stworzyciela, do Boga. Z jednej strony mamy prawa i rachunek biologii, a z drugiej niepewność i czekanie. Mam wrażenie, że im bardziej chcemy zapanować nad życiem i jego powstaniem /bywa, że nawet przypisujemy sobie boskie atrybuty/, tym coraz dotkliwiej rani nas nasza ludzka niemoc. Różni naukowcy pochylają się nad swoimi mikroskopami i komputerami, a Pan Bóg – nie negując ich mądrości i dobrze wykorzystanej wiedzy – robi swoje. I często, kiedy ludzie o najtęższych umysłach rozkładają bezradnie ręce, dokonuje cudu. Rodzi się życie, choć może umierała już nadzieja.

Myślę dziś też o rodzącym się życiu duchowym. Przed „chwilą” dzieci z klasy trzeciej przyjęły po raz pierwszy Jezusa pod postacią chleba. To mogą być narodziny nie tylko dla nich. Niech się tak stanie. Amen.

Maj

To chyba najpiękniejszy miesiąc w kalendarzu. Co prawda – tak niektórzy przesądni twierdzą – nie najszczęśliwszy do zawierania małżeństw, bo nie ma w nazwie miesiąca literki „r”.  Ale odkładam na bok te wszystkie gusła i wchodzę do parku. A tam ruch i gwar. To co skrzydlate fruwa w parach i pojedynczo. Śpiewa, nawołuje i kwili. Jedni znoszą, inni wysiadują, a są i tacy, których pociechy pojawiły się już na świecie. Dzieci szkolne co i rusz przynoszą mi nowiny o ptaszku, co pewnie wyleciał z gniazda i płacze po swojemu za mamą. Jeszcze inny malec pod wpływem strachu przed małymi obserwatorami przyrody zdobywa się na wysiłek i ze strachu – mimo wszystko – wzbija się w powietrze i ląduje na najbliższej gałęzi. Nie wiem ile jest ptaków w naszym parku i otoczeniu. Miałem ochotę – i jeszcze mi nie przeszła – by je policzyć, poopisywać, ponagrywać głosy. Lubię odkrywać nowe gniazda i pomysłowość budowniczych. Ostatnio w naszym wirydarzu zauważyłem małego ptaszka, który najpierw chwycił w dziób dużą słomkę, a kiedy okazała się za duża, wziął mniejszą i na raty wznosił się do trzeciego piętra. Tam, gdzieś pod rynną mościł sobie gniazdko. Z racji, że nad moim obecnym – po przeprowadzce – mieszkaniem jest teraz tylko dach, z rana budzi mnie nieregularne stukanie dziobów o blachę. Nie wiem czy chodzi o sprawdzanie jakości pokrycie /w sumie jest do wymiany/ czy też chęć nawiązania ze mną kontaktu. Już kiedyś pisałem o moim zazdrosnym spojrzeniu na ptaki, bo mam wrażenie, że im się chce, że są takie radosne i nie mają problemów. Pewnie to tylko moje złudzenie, a może jakieś zmęczenie materiału.

W parku jest zielono i kwitnąco. Wszystko takie świeże i nowe. Może warto się tym nie tylko zachwycić, ale i coś ponaśladować.

Za kilka dni I komunia w parku, przy ołtarzu polowym, gdzie modlimy się w czasie nabożeństw fatimskich /w naszym małym kościele trudno byłoby się zmieścić/. Oby tylko była ładna pogoda.

Komunijny szyk

Proszę się ustawić w pary – rzekła Pani Wychowawczyni klasy trzeciej. W szyk komunijny? – zapytał któryś z uczniów. Uśmiechnąłem się, kiedy usłyszałem o tym dialogu. Tym bardziej, że dzień wcześniej po raz pierwszy „przymierzyliśmy się” do „komunijnych ustawień” podczas tej szczególnej Mszy św. dla trzecioklasistów. Dziewczynki na prawo, chłopcy na lewo. Niżsi z przodu, wyżsi z tyłu. Biorąc pod uwagę fakt, że mamy dokładnie po połowie dziewczynek i chłopców, nie było to takie trudne. Ale już poruszanie się wymagało skupienia i uwagi. No i proszę: wczoraj pierwsze „rządki”, a dziś już pada: „szyk komunijny”. Pewnie to i dobrze, że dzieci są przejęte uroczystością. Mam nadzieję, że to ich nie sparaliżuje, ale zachęci do spokoju i uwagi. Bo rozproszeń może być mnóstwo. Przed, w trakcie… Zawsze w maju uruchamia się cała maszyneria w mediach i  w domach, która wylicza ile to trzeba wydać na prezenty, stroje, przyjęcia… Dyskutują dorośli, bo to oni mają kasę. Ale dzieci mają uszy i swój rozum. Świadomie napisałem: kasę, bo często ona staje się najważniejsza. Ona decyduje o szczęściu, choć w przypadku I komunii powinno być coś innego. A nawet Ktoś. Zdaję sobie sprawę, że nie zawrócimy Wisły i nie wyjedziemy na księżyc. Tutaj i za chwilę dziecko z bardzo konkretnej klasy i rodziny przyjmie po raz pierwszy Pana Jezusa. Nie mam wielkiego wpływu na cały szum, który potrafi porwać nawet najspokojniejszych i rozsądnych. Mogę przypominać, podpowiadać i… modlić się za te dzieci i rodziny. Wierzę, że kiedy człowiek zrobi swoje, a Pan Bóg tchnie swojego Ducha, to będzie tak jak ma być. Szykownie, bo to I komunia. Nie byle co.

Jedyni sprawiedliwi

Dziś dzięki szybkiemu przekazywaniu informacji i łatwemu dostępowi do Internetu można wysyłać w świat swoje przemyślenia i opinie /sam też z tego korzystam/. Pewnie zawsze byli tacy co wiedzieli „lepiej” od innych. I w ogóle byli lepsi /w swoim oczywiście mniemaniu/. Byli tez różni „wtajemniczeni” co to wiedzieli skąd i dokąd, i w ogóle… Mieli wyczulony węch i dobre oko. Szybko też potrafili postawić diagnozę: białe czy czarne, złe czy dobre. Tacy ludzie mówili, nauczali, bywało, że prowadzili innych. Zresztą historia naznaczona jest powstawaniem różnych grupek, które stawały się szybko sektami. A że historia toczy się kołem i mam wrażenie, iż przyspiesza, to dziś często napotykam na te same zjawiska i postawy. Może bym i nie zwracał na to większej uwagi, bo trzeba pozwolić – jak mówił Jezus – rosnąć do żniwa. Niestety, takich jedynych sprawiedliwych spotyka się na różnych katolickich /lub chcących aspirować do tego miana/ stronach internetowych. Boli mnie, kiedy atakują papieża, dzielą Kościół, księży… itd. Powołują się najczęściej na swoje źródła lub zręcznie korzystają z fragmentów tekstów, które mają przekonać czytelników do ich ortodoksyjności /przypomina mi się książka o szatanie sprzed ponad 25 lat, która miała zgodę władzy kościelnej –imprimatur-, ale do niemieckiego oryginału sprzed wojny/. Najczęściej posługują się epitetem i sugestią. Wszyscy, którzy nie podzielają ich poglądów to przeciwnicy Boga, a w najlepszym razie „pożyteczni idioci”.  Potrafią czytać miedzy wierszami treści, których autor nie miał nawet na myśli. Czepiają się słów i węszą zagrożenie. Często korzystają z różnych „znaków” i proroctw. I wiedzą… tak oni wiedzą…. Pewnie można by więcej o nich napisać… Ale nie chciałbym zamienić się z nimi miejscem i zacząć rzucać kamieniami w ich kierunku. Nie tędy droga, choć pokusa wymiany ciosów jest duża. Kiedyś nawet słyszałem taką „dobrą radę” co robić z „grzesznikami” i innymi „błądzącymi”: rozgrzeszyć i rozstrzelać. Prawda, jakie to proste.

Nie można zapominać o Ewangelii. Całej Ewangelii. Warto modlić się za nich i za siebie. W końcu wszyscy jesteśmy w ręku Boga. I tylko On wie.

Nie mieści się

Prawie przed chwilą miałem spotkanie z grupą z Przedszkola na Kopcu /dochodzę do nich przez park/. Nie ukrywam, że zawsze czuję przed sobą wyzwanie. Takie zajęcia wydają się prostym zadaniem, bo im mniejsze dzieci, tym mniejsze problemy. Ale te ich sprawy są dla nich wielkie. No i przede wszystkim chciałyby mi o tym opowiedzieć. Warto dodać, że nie zawsze sprawy te wiążą się z tematem, który chciałbym poruszyć, co trochę komplikuje te zajęcia. Otóż ostatnio przyniosłem im duży obraz /wisi u nas na korytarzu obok wejścia do zakrystii/ przedstawiający Jezusa Dobrego Pasterza w otoczeniu owiec. Liczyłem je z dziećmi. Mówiliśmy także o tej owieczce, którą Pasterz trzyma na swoich ramionach. Kiedy już zbierałem się do wyjścia i zamierzałem zabrać obraz do klasztoru, powiedziałem, żeby zachowali ten obraz w swojej głowie i sercu. No, nawet nieźle wybrnąłem – pomyślałem, bo dzieci liczyły, że go im zostawię. I wtedy usłyszałem: „ale mi się nie mieści” /ten obraz/. Przyznam, że lubię tę dosłowność dzieci. Bywa, że ona otwiera dorosłym – także mnie – oczy na sprawy, które wydają się „załatwione”. Mówimy, słuchamy, potakujemy, sprawiamy wrażenie, że rozumiemy, a potem … okazuje się, że to były tylko słowa, które od nas wyszły lub dotarły. Zdarza się – i to mówię także za siebie – że się nimi nawet zachwycamy. Ładnie powiedziane – mówimy. I… nieraz jest to wszystko co zostaje. Być może dlatego, że – jak zauważył to ten młody człowieczek – nie zmieściło się to w naszej głowie albo sercu. I nie chodzi tu o brak wyobraźni. Można ją mieć bardzo bujną. To raczej rozmiar naszego otwarcia się na słowo i rzeczywistość, która kryje się pod nim. Aperite portas…

Ps. Teraz po przeprowadzce /mojej i zwierząt/ mam za oknem wędrujące owieczki, oślicę Grację i mulicę Tulę.  Ładny widok w kwitnącym sadzie. Może trzeba by ponazywać te owce? Przecież pasterz zna swoje owce po imieniu… Dobry pasterz. Właśnie. Ehhhh…..

W tym samym miejscu

W ostatni poniedziałek miałem okazję odprawiać Mszę św. w Łapszach Niżnych, na Spiszu /byłem z klasą 2 na „zielonej szkole”/. Kiedy stałem przy ołtarzu w małym parafialnym kościółku, uświadomiłem sobie, że 75 lat temu stał w tym samym miejscu bł. ks. Józef Stanek, pallotyn. Pochodził z tej wsi, uczył się w gimnazjum na Kopcu, w Collegium Marianum, a następnie w seminarium w Ołtarzewie. Święcenia kapłańskie przyjął już w czasie wojny, w 1941 roku. Potem udało mu się przekroczyć granicę /Łapsze były pod słowacką okupacją/ i mimo trudności, odprawić jedną jedyną Mszę św. w parafii, w której dorastał. Wrócił do Warszawy, a kiedy wybuchło powstanie, służył żołnierzom i  ludności cywilnej jako kapelan i kapłan. Oddał swoje miejsce w łodzi, którą można było się przeprawić przez Wisłę i uratować życie. Został, a kiedy dopadli ich hitlerowcy, był męczony, a potem powieszony – jak mówią świadkowie – na stule. Oddał życie, był znakiem. Miał tylko 28 lat i 3 lata zaledwie służył jako ksiądz. Pomyślałem o nim, o sobie. Szukałem rzeczy, które nas łączą. Zmienił się wystrój kościoła parafialnego, wygląd wioski i wiele, wiele innych rzeczy. Tylko Bóg jest ten sam. I powołanie kapłańskie to samo, choć realizowane na swój niepowtarzalny sposób. Jak najlepiej wykorzystać ten czas, który mi dobry Bóg podarował? Jak odróżnić wśród rzeczy nieważnych i ważnych, sprawy najważniejsze? Jak przygotować się do egzaminu, który nie wiem kiedy będzie i jak będzie wyglądał? Wiele pytań i… brak odpowiedzi. Myślę sobie, że nie przypadkiem pojawiłem się w tym kościele właśnie teraz. Chciałbym dać sobie szansę na próbę odczytania tego znaku i osoby ks. Józefa. W końcu dzień wcześniej była Niedziela Dobrego Pasterza, a klerycy z naszego seminarium mówili na Kopcu o swoim powołaniu. Warto się rozglądać, bo Pan Bóg – mocno w to wierzę – daje swoje znaki. Jaki jest znak dla Ciebie?

Nowe nad stare

Stary chyba nie jestem. Zramolały chyba też nie. No, może trochę zrzędzę. Jakoś nie mogę przyzwyczaić się do szukania nowinek i zmian. Nie chodzi mi tu poprawę, szukanie czegoś lepszego. Myślę raczej o zmianie, bo tamto już jest stare, opatrzyło się czy osłuchało. Dajmy na to pieśni czy piosenki w kościele /nie przypadkiem rozróżniam te kategorie/. Bywa, że szuka się ciągle nowych, a stare kwituje się krótkim machnięciem ręką czy żachnięciem. Te nawet nie tak wiekowe i zapisywane słowami zrozumiałymi dla dzisiejszych Polaków /a może nie?…/ skreśla się z repertuaru, bo się znudziły. A poza tym są nowe. Przyznam, że sama nowość danego utworu mnie nie przekonuje. Bywa, że te nowe często nie mają tej głębi słów i muzyki. Nie odbieram szczerości i gorącego serca autorów. Niemniej jeśli to ma być publiczne i dla wszystkich, to może warto by szukać najlepszych i… powtarzać, powtarzać… Powtarzanie jest matką nauki, ale także drogą do pogłębienia tego co dobre i piękne. Już w pierwszych wiekach po zmartwychwstaniu Chrystusa (ok. IV w.) – pod wpływem św. Makarego Wielkiego i jego ucznia Ewagriusza z Pontu powstała modlitwa, w której powtarzano: „Panie Jezu Chryste, Synu Boży, zmiłuj się nade mną grzesznikiem”. Tylko tyle i aż tyle. Ktoś mógłby zauważyć, że to stare i może być dość nudne. Okazuje się jednak, że ta modlitwa Jezusowa /bo taką ma nazwę/ jest ciągle ważna dla wszystkich chrześcijan /coś nas może jednak połączyć/, a przede wszystkim prowadzi do życia w Bożej obecności i pokoju serca. Nie bez powodu nazywa się ją modlitwą serca lub modlitwą prostoty. Piękna jest ta zachęta Jezusa zamieszczona w Ewangelii według św. Mateusza: Dlatego każdy uczony w Piśmie, który stał się uczniem królestwa niebieskiego, podobny jest do ojca rodziny, który ze swego skarbca wydobywa rzeczy nowe i stare (13,52). Patrząc na wczoraj i dziś Kościoła, mamy potężny skarbiec pieśni, piosenek, tekstów, obrazów, itp. itd. Trzeba tylko umieć się z pokorą schylić i nie ulegać podszeptom, że tylko to co nowe jest piękne. Wobec gonitwy świata, który mówi, że modne jest tylko „dziś” warto za Horacym odważyć się być mądrym /sapere aude/.