Rodzice biologiczni.

I znowu już na początku wyjaśniam, że nie będzie w tym tekście o in vitro, ani np. o problemie adopcji dzieci przez pary jednopłciowe. Choć tematy pewnie są bardzo ważne. Jak to najczęściej bywa, obrazki z życia inspirują mnie, by skreślić kilka słów.

Kilkanaście dni temu media obiegła wieść o tragedii nad polskim morzem. Tego samego dnia w Łebie i Ustce tatuś wszedł z dwójką dzieci do wody, a wrócił z jednym. Drugie utonęło. Był zakaz kąpieli, widoczna czerwona flaga na plaży, słowa i uwagi ratowników.

Kilka dni temu znajoma była z grupą na górskiej wycieczce. Czuła się odpowiedzialna za dzieci, choć byli z nimi tatusiowie. Kiedy jeden chłopiec z kijem zaczął zbiegać z góry, znajoma ostrzegła go, że tak nie wolno, że może zrobić sobie krzywdę. Na to usłyszała od ojca tego dziecka ostrą reprymendę: ja mu na to pozwalam i już! Na szczęście nic się nie stało. Ale gdyby skoczyło się jakąś tragedią czy choćby wypadkiem…  Jestem w stanie zrozumieć dziecko, które nie ma doświadczeń życiowych i może mieć zbyt małą wyobraźnię, co może budzić chęć podejmowania ryzykownych działań. Ale ze smutkiem patrzę na dorosłych, którzy zachowują się jak dzieci. Niechby jeszcze robili coś na własny koszt, pal licho. Jesteśmy wolni i możemy być głupi. Ale gdy ufne dziecko staje się kaleką /i gorzej/ przez durnego rodzica, to opadają mi ręce. Niestety nieraz można by pomyśleć, że tacy rodzice są tylko biologiczni

PS. A jeśli ktoś jeszcze zapytałby gdzie był wtedy – w tej Łebie czy Ustce – Pan Bóg /ludzie potrafią stawiać takie pytania/, to szybko wyjaśniam, że był w czerwonej fladze i słowach ratowników.

Potańcówka dla leżaków

Temat wygląda na wakacyjny. I taki trochę jest, bo korzystając z wolnych chwil urlopu dotarłem do dawno niewidzianych znajomych. Ale szybko wyjaśniam, że „leżak” w tym tekście to określenie osoby leżącej w łóżku lub będącej na wózku inwalidzkim, w pewnym Domu Pomocy Społecznej, w którym przebywa dobra Znajoma jeszcze z czasów kleryckich. Kazia mówiła tak o sobie z uśmiechem, chociaż Jej stan nie jest do śmiechu. Jednak to nie stan fizyczny – choć jest bardzo ważny – ale głowa decyduje o tym jak się czujemy naprawdę. Odwiedziny, rozmowa, wspólne wspominanie znajomych i wieczorny sms z podziękowaniami – to wszystko utwierdziło mnie w przekonaniu, że nie tylko potrzebujemy drugich, ale że – jak pisał św. Paweł – „moc w słabości się doskonali”. Ktoś powie, że pierwsze to truizm, a drugie zbyt wielkie. A jednak… Pewnie w ciągu krótkich odwiedzin nie dostrzeże się szarości i smutków codziennego dnia. Mimo to… Inne odwiedziny, u Ani, którą poznałem w szkole-ośrodku dla – jak sama i jej koledzy, koleżanki mówili – „przebiegle” chorych /zamiast przewlekle/. Założyła rodzinę, pracuje i posługuje we wspólnocie. Jest szczęśliwa.

Ostatnie spotkania przypomniały mi, jak to przed laty, będąc klerykami organizowaliśmy różne letnie wyjazdy dla osób chorych i niepełnosprawnych. I nie było z nami księdza. Sami sobie jakoś radziliśmy, docierając na Msze św. do pobliskich parafii /fajnie wyglądały te korowody wózków ciągnące przez miasto/. A jakim szalonym był pomysł, żeby z takimi osobami pływać po jeziorze kajakiem albo zjeżdżać z Czantorii z kimś na wózku. Albo już po święceniach oazy integracyjne… Dużo wspomnień i pięknych chwil. Były i potańcówki. Dla „leżaków” :-)

Te ostatnie dni to także pogrzeb Michasi, jednej z tych chorych Znajomych. Osoby szczególnej. Ale może o Niej osobno. Za chwilę.

Zamknięty plac zabaw

„Jeśli dzieci chcą się bawić w piasku, to są od tego piaskownice” /są bardzo blisko i widoczne dla opiekunów siedzących na ławce/ – zwróciłem uwagę paniom, które przyszły z dziećmi na plac zabaw. Za chwilę chłopcy znów coś budowali z piasku, który ma pozwolić bezpiecznie upaść z urządzeń na placu. I znowu powtórzyłem mój apel. Kiedy po kilkunastu minutach wracałem z parku, zobaczyłem te same dzieciaki, które jakby nigdy nic grzebały w tym samym piachu. Do trzech razy sztuka – pomyślałem i zszedłem do opiekujących się dziećmi pań. Usłyszałem, że przecież nic wielkiego się nie dzieje, a kiedy powiedziałem coś o zasadach /„w Pań domu też pewnie obowiązują jakieś zasady”/ usłyszałem, że już słyszały jak tutaj nieprzyjemnie jest każdy traktowany, że już sobie idą, że już więcej nie przyjdą, itd. Poczułem się źle, bo nie dość, że ktoś ma mnie w … /dwa razy mówiłem/, to jeszcze jestem tym złym, który dzieciom nie pozwala bawić się na placu zabaw. Gdzie moja otwartość i miłość? Ale kiedy trochę pospacerowałem po parku, doszedłem do wniosku, że nie będę sobie czynił wyrzutów, choć zdarzenie było bardzo nieprzyjemne. Albo są jakieś zasady, albo wolna amerykanka /w polskiej wersji: „róbta co chceta”/. I to gospodarz z jakichś powodów o tym decyduje /w tym przypadku chodzi o możliwość wymieszania żwiru, który jest pod spodem z piaskiem i stworzenie niezbyt bezpiecznego lądowiska dla maluchów – zresztą takie są wytyczne wykonawcy placu zabaw/. Kiedy słyszę o zamkniętych dla dzieci orlikach, to przyłączam się do chóru oburzonych. Przecież to powstało właśnie dla nich. Ale kiedy widzę, że użytkownicy mają w nosie /albo gdzieś znacznie niżej/ regulamin, zasady czy niekiedy poszanowanie miejsca i urządzeń to już inaczej patrzę na ten problem. Wiem, że dzieci są tylko dziećmi. Ale kiedy dorośli nie są dorosłymi, to co zrobić? W tej trudnej rozmowie na placu zabaw usłyszałem w przelocie, że trudno poradzić sobie z tym dziećmi. I w to mogę uwierzyć. Nie zgadzam się jednak, by w imię bezradności nic nie robić. Potem to już tylko zostaje zgodzić się na pajdokrację. Ona kończy się zwykle bardzo smutno dla rodziców i opiekunów.

Ps. Dziwne, ale zanim to o czym piszę wydarzyło się, wyszedłem do parku czytać: „10 największych błędów wychowawczych”. Udało mi się tylko zakończyć przedmowę.

Strzecha

Już kiedyś pisałem o naszym wirydarzu jako miejscu, w którym rodzina kosów postanowiła uwić swoje gniazdo. Biorąc pod uwagę wysokość budynku /kilkanaście metrów/ i niezbyt duże rozmiary, owo miejsce może być niezłą kryjówką, ale może się stać także pułapką. Niedawno, kiedy obradowaliśmy na Radzie Pedagogicznej, za oknem usłyszeliśmy coś na wzór alarmu samochodowego. To różne małe ptaki podniosły rwetes na widok sroki, która do wirydarza raczej nie zagląda. Widać było różnicę wielkości, ale hałas trochę stropił intruza, który wzniósł się i odleciał. Już wcześniej zauważyłem różne ciekawe miejsca, gdzie urządziły swoje domostwa – jak to mawiał św. Franciszek z Asyżu – braciszkowie skrzydlaci. Po ostatnim alarmie zrobiłem większy przegląd i co się okazało? Nawet dla małych dziubków metalowa siatka zamykająca wywietrznik nie jest żadną przeszkodą. Domyślam się, że trzeba żmudnej pracy, ale za to dostaje się już wymurowany, solidny, z dokładnym wymiarowym przekrojem dom. Pewnie trzeba tylko trochę wyścielić /dokładne oględziny zrobię na jesieni, jak sobie polecą gdzie cieplej – i do obserwacji zaciągnę uczniów ze Szkoły na Kopcu/, ale to furda w porównaniu z całym budowaniem takiego pałacu. Inny ptaszek /pewnie z małżonką, ale nie mam czasu i wiedzy, by to dobitnie potwierdzić/ znika w styropianie, który przymocowany jest do ściany pod samiuśkim dachem. Materiał co prawda łatwy do obróbki, ale czy rodzice pomyśleli, czy to, aby nie będzie wpływało na alergie u potomstwa? Nie wiem, nie słyszałem /a może lepiej: nie mogę zrozumieć o czym gadają/. Jak na razie wpadają i wypadają z tej szczególnej dziupli, i …. życie się kręci. W kontekście tych obserwacji z bólem myślę o koniecznej wymianie dachu /niestety, jest z nim coraz gorzej/. Pewnie najlepiej byłoby, gdyby dom był przykryty strzechą. Byłoby naturalnie dla człowieka i dla ptaków. No i może koszt wymiany byłby niższy /ptaszki mają szczęście, że nie mam kasy/, choć dziś to co naturalne jest droższe od tego co można wyprodukować z chemii.

PS. Patrząc na tytuł miało być o marzeniach łysego księdza. I jest. Tylko mi się kontekst zmienił.

Piłka a chrześcijaństwo

O piłce nożnej piszą teraz wszyscy. Zresztą Mistrzostwa Europy są obecne nie tylko na koszulkach. To samo jest z naszą reprezentacją „kopaczy” i poszczególnymi piłkarzami. Niewiele może mnie zaskoczyć, ale jak zobaczyłem wielopak papieru toaletowego z wizerunkami polskich bohaterów boiska…. Czy to chodzi o ratunek na wypadek rozstrojenia żołądka podczas dramatycznego meczu, czy też ma znaczyć, że piłkarze są do ….? No właśnie. Można nieraz przesadzić. Inna sprawa, że emocje /pewnie nie u wszystkich/ są wspaniałą pożywką dla puszczania wodzy fantazji, tworzenia całej dramaturgii. Zwykła /no okazuje się, że już nie taka zwykła/ piłka i 22 ludzi może przykuć niejednego do fotela i telewizora. A tam cały spektakl. Nie bez powodu, ktoś rzekł, że część piłkarzy powinna występować w filmach. I nie chodzi tu pokaz piłkarskich umiejętności, ale sprytne udawanie odniesionych domniemanych ran za sprawą przeciwnika. Sędziowie na boisku muszą dziś już nie tylko gwizdać faule, ale i oszustwa. Fair play to hasło dla naiwnych, a jeśli ktoś o tym mówi, to w kontekście otrzymanych żółtych i czerwonych kartek. Cel uświęca środki, a winowajcy przyznają się /jeśli już/ po latach, zarabiając na dyktowaniu swoich wspomnień. Osobiście lubię takie mecze, kiedy drużyna skazana na pożarcie stawia opór i nawet wygrywa. Takie spotkania Dawida z Goliatem, pokazują niekiedy, że jak mówi Księga Przysłów: pycha kroczy przed upadkiem. I dobrze, że piłka jest okrągła, a bramki są dwie. Póki trwa mecz, zawsze może się wtoczyć do bramki przeciwnika i doświadczenie potwierdza, że nie trzeba do końca tracić nadziei. Czy tego wszystkiego nie odnajdujemy w życiu chrześcijanina?

Ps. Osobiście bardzo lubię grać. I wygrywać. Choć teraz rzadziej biegnę na boisko. Te rekonstrukcje więzadeł krzyżowych w lewym kolanie dały mi się trochę w znaki. Może bezpieczniej – jak mówią życzliwi – piłkę nożną oglądać?

Życzliwość

Trudne słowo. Do zapisania i do wypowiedzenia. Szczególnie dla obcokrajowca. Bywa, że najtrudniej zrealizować to, co ono oznacza. Mam wrażenie, że często dziś pojawia się pod płaszczykiem interesowności. To widać u różnych kupców, ludzi interesu, którzy są życzliwi do momentu, kiedy uda im się sprzedać nam jakiś towar. Piękny uśmiech, miły głos w słuchawce, ciepłe słowo. Później, kiedy już jesteśmy zależni i chcemy o coś poprosić, zasłaniają się prawem, regulaminami. Ale – wbrew pozorom – nie jesteśmy tacy bezradni. Potrzebujemy tylko czasu i dobrej pamięci. Kiedy skończy się umowa /nieraz trzeba bardzo uważać, bo bywają takie, które odnawiają się automatycznie i przedłużają o kolejne lata/ trzeba konsekwentnie zrezygnować z dalszych usług i poszukać kogoś innego. Zdaję sobie sprawę, że mogę być tylko pyłkiem na szali tysięcy i więcej umów. A jednak coś mogę zrobić dla siebie. Tak, dla siebie. Wiem, że to możliwe.

Łatwiej o życzliwość, kiedy w grę nie wchodzą pieniądze i umowy. Wtedy trzeba tylko zwykłego odruchu serca. Nie sprzyja temu zmęczenie, zabieganie, głowa pełna problemów, stres. Mimo to.

Życzliwość jest też zaraźliwa i lubi towarzystwo. Dobrze na nią zapaść i pozwolić, by się stała „przypadłością przewlekłą”. Trzeba wtedy nie stronić od ludzi. Wprost przeciwnie. I szukać także tych zarażonych.

Życzliwi wszystkich krajów łączcie się.

Zawody

Dzień dziecka. Wspaniała pogoda. Każda klasa ubrana w koszulki innego koloru: są niebiescy, zieloni, żółci, czerwoni. Duże boisko, przygotowane konkurencje. Wszyscy gotowi na rywalizację. Jeszcze tylko próba okrzyków, które mają zagrzewać do boju i identyfikować „swoich”. Można zaczynać. Miałem okazję być z boku, robić zdjęcia, obserwować. Im starsza klasa tym większa ambicja /pewnie to już dawno zauważyli psychologowie rozwojowi, ale pewnie nie doczytałem/. Te mniejsze też walczą o zwycięstwo, ale odniosłem wrażenie, że głównie się bawią. Owszem, fajnie dostać medal i to złoty, ale są też inne ważne rzeczy, a poza tym „przewróciłem się i mnie boli. Czy jest ktoś kto mnie przytuli?” Starsi chłopcy /i nie tylko/  nie patrzą na rany. Liczy się zwycięstwo. Nie możemy przegrać. Kiedy piszę te słowa, przesuwają się obrazy z ostatniej środy/naszego Dnia Dziecka/, nakładają na nie te przebitki z programów informacyjnych czy gazet. Wbrew pozorom to nie tylko kolumna sportowa dostarcza wiadomości o rywalizacji. Walka o miejsca trwa ciągle i wszędzie. Nie liczą się te kolejne miejsca /choćby to było czwarte w stawce stu i więcej biorących udział/. Muszę wygrać. A może bardziej: pokonać innych. Moja radość tym bardziej pełniejsza, im więcej zobaczę twarzy przegranych. To często oni dają mi poczuć smak zwycięstwa, choć może przyszło łatwo i stawka była mizerna. Na szczęście widzę, że u dzieci nie jest to jeszcze takie widoczne i dojmujące. Zwycięstwo: tak. Ale zaraz można się bawić z pokonanymi i szukać tego, co nas może połączyć /oczywiście są jak zwykle wyjątki od tej reguły/. Może ta atawistyczna walka o przetrwanie każe nam dorosłym tak postępować z przeciwnikami, by nie mogli nam już zagrażać? A co na to Ewangelia i Boża propozycja, by każdy został zbawiony /a więc wygrał/…?  Pewnie to najtrudniejsze dla tych, którzy  już wszystkich swoich przeciwników poumieszczali w piekle. Pociesza mnie i daje nadzieję fakt, że to Bóg będzie „rozdawał” nagrody, a biblijnie: On sam  będzie nagrodą.

Wszystkie dzieci po zawodach dostały złote medale. Choć patrząc na tabelę wyników wszyscy wiedzą, kto zajął kolejne miejsca.

Cud Boży

A u mnie wczoraj był cud Boży – stwierdził z dumą i radością /tak to wyglądało/ pierwszoklasista. Ooo, a co to się stało? – dopytywałem. Urodziło się 11 króliczków – oznajmił chłopiec. No cóż, pewnie wielu stwierdziłoby, że to nie jest żaden cud, tylko zwyczajna kolej rzeczy, kiedy mamy króliki i to płci obojga. Mimo to, może i znaleźliby się tacy, którzy podzieliliby zdanie ucznia.  I to raczej w kontekście zachwytu nad nowym życiem. Nadzieja na znalezienie takich ludzi wiąże się z moim własnym przekonaniem. Cieszę się z każdych narodzin, choć mam świadomość, że z nowym stworzeniem przychodzą na świat nowe wyzwania /i problemy/.  Zdumienie i zadziwienie wobec tajemnicy życia jest – tak uważam – jedną z dróg, które mogą nas doprowadzić do Stworzyciela, do Boga. Z jednej strony mamy prawa i rachunek biologii, a z drugiej niepewność i czekanie. Mam wrażenie, że im bardziej chcemy zapanować nad życiem i jego powstaniem /bywa, że nawet przypisujemy sobie boskie atrybuty/, tym coraz dotkliwiej rani nas nasza ludzka niemoc. Różni naukowcy pochylają się nad swoimi mikroskopami i komputerami, a Pan Bóg – nie negując ich mądrości i dobrze wykorzystanej wiedzy – robi swoje. I często, kiedy ludzie o najtęższych umysłach rozkładają bezradnie ręce, dokonuje cudu. Rodzi się życie, choć może umierała już nadzieja.

Myślę dziś też o rodzącym się życiu duchowym. Przed „chwilą” dzieci z klasy trzeciej przyjęły po raz pierwszy Jezusa pod postacią chleba. To mogą być narodziny nie tylko dla nich. Niech się tak stanie. Amen.

Maj

To chyba najpiękniejszy miesiąc w kalendarzu. Co prawda – tak niektórzy przesądni twierdzą – nie najszczęśliwszy do zawierania małżeństw, bo nie ma w nazwie miesiąca literki „r”.  Ale odkładam na bok te wszystkie gusła i wchodzę do parku. A tam ruch i gwar. To co skrzydlate fruwa w parach i pojedynczo. Śpiewa, nawołuje i kwili. Jedni znoszą, inni wysiadują, a są i tacy, których pociechy pojawiły się już na świecie. Dzieci szkolne co i rusz przynoszą mi nowiny o ptaszku, co pewnie wyleciał z gniazda i płacze po swojemu za mamą. Jeszcze inny malec pod wpływem strachu przed małymi obserwatorami przyrody zdobywa się na wysiłek i ze strachu – mimo wszystko – wzbija się w powietrze i ląduje na najbliższej gałęzi. Nie wiem ile jest ptaków w naszym parku i otoczeniu. Miałem ochotę – i jeszcze mi nie przeszła – by je policzyć, poopisywać, ponagrywać głosy. Lubię odkrywać nowe gniazda i pomysłowość budowniczych. Ostatnio w naszym wirydarzu zauważyłem małego ptaszka, który najpierw chwycił w dziób dużą słomkę, a kiedy okazała się za duża, wziął mniejszą i na raty wznosił się do trzeciego piętra. Tam, gdzieś pod rynną mościł sobie gniazdko. Z racji, że nad moim obecnym – po przeprowadzce – mieszkaniem jest teraz tylko dach, z rana budzi mnie nieregularne stukanie dziobów o blachę. Nie wiem czy chodzi o sprawdzanie jakości pokrycie /w sumie jest do wymiany/ czy też chęć nawiązania ze mną kontaktu. Już kiedyś pisałem o moim zazdrosnym spojrzeniu na ptaki, bo mam wrażenie, że im się chce, że są takie radosne i nie mają problemów. Pewnie to tylko moje złudzenie, a może jakieś zmęczenie materiału.

W parku jest zielono i kwitnąco. Wszystko takie świeże i nowe. Może warto się tym nie tylko zachwycić, ale i coś ponaśladować.

Za kilka dni I komunia w parku, przy ołtarzu polowym, gdzie modlimy się w czasie nabożeństw fatimskich /w naszym małym kościele trudno byłoby się zmieścić/. Oby tylko była ładna pogoda.

Komunijny szyk

Proszę się ustawić w pary – rzekła Pani Wychowawczyni klasy trzeciej. W szyk komunijny? – zapytał któryś z uczniów. Uśmiechnąłem się, kiedy usłyszałem o tym dialogu. Tym bardziej, że dzień wcześniej po raz pierwszy „przymierzyliśmy się” do „komunijnych ustawień” podczas tej szczególnej Mszy św. dla trzecioklasistów. Dziewczynki na prawo, chłopcy na lewo. Niżsi z przodu, wyżsi z tyłu. Biorąc pod uwagę fakt, że mamy dokładnie po połowie dziewczynek i chłopców, nie było to takie trudne. Ale już poruszanie się wymagało skupienia i uwagi. No i proszę: wczoraj pierwsze „rządki”, a dziś już pada: „szyk komunijny”. Pewnie to i dobrze, że dzieci są przejęte uroczystością. Mam nadzieję, że to ich nie sparaliżuje, ale zachęci do spokoju i uwagi. Bo rozproszeń może być mnóstwo. Przed, w trakcie… Zawsze w maju uruchamia się cała maszyneria w mediach i  w domach, która wylicza ile to trzeba wydać na prezenty, stroje, przyjęcia… Dyskutują dorośli, bo to oni mają kasę. Ale dzieci mają uszy i swój rozum. Świadomie napisałem: kasę, bo często ona staje się najważniejsza. Ona decyduje o szczęściu, choć w przypadku I komunii powinno być coś innego. A nawet Ktoś. Zdaję sobie sprawę, że nie zawrócimy Wisły i nie wyjedziemy na księżyc. Tutaj i za chwilę dziecko z bardzo konkretnej klasy i rodziny przyjmie po raz pierwszy Pana Jezusa. Nie mam wielkiego wpływu na cały szum, który potrafi porwać nawet najspokojniejszych i rozsądnych. Mogę przypominać, podpowiadać i… modlić się za te dzieci i rodziny. Wierzę, że kiedy człowiek zrobi swoje, a Pan Bóg tchnie swojego Ducha, to będzie tak jak ma być. Szykownie, bo to I komunia. Nie byle co.