Za blisko

„Kto z kim przestaje…” Znamy to powiedzenie. Wydaje się takie trafne. Przypomniało mi się kiedy spoglądałem przez okno mieszkania /w nowo oddanym do zwiedzania domu-muzeum/, w którym spędzał swoje dzieciństwo Karol Wojtyła. Tak blisko miał do kościoła. Na wyciągniecie ręki. Pewnie też dobrze słyszał nie tylko dzwony, ale i śpiewy, modlitwy /nawet jeśli obywały się one w jego czasach bez techniki i nagłośnienia/. Czy ta bliskość sacrum miała wpływ na dorastającego chłopca? Kiedyś na wadowickim rynku stary papież próbował o tym przekonać swoich słuchaczy. I wierzę mu. Jednak w tle tego pięknego przykładu pojawiają mi się postacie osób, które były tak blisko kościoła /przez małe „k”, bo chodzi o budynek/, że później uciekły od niego jak najdalej. Czy to sprawiło tzw. otrzaskanie się ze świętością? Czy może brak tej świętości u tych, którzy mieli nią emanować z racji bliskości i uczestnictwa w boskich misteriach? Zdaję sobie sprawę, że niełatwo jest na takie i podobne pytania odpowiedzieć. Gdzieś dotykamy tajemnicy wolności człowieka i truizmu, że każdy jest inny. W przededniu Wielkiego Tygodnia tym mocniej można sobie uświadomić jak różnie potoczyły się losy św. Piotra i Judasza /jedynego nieświętego spośród Apostołów/, choć tak blisko byli Mesjasza i Zbawiciela. Słuchali i widzieli.
Słychać nieraz narzekania tych, którym przeszkadza bicie dzwonów czy głośny śpiew dochodzący z kościoła /media nagłośniły już niejedną skargę, która wylądowała w sądzie/. I jeśli są to ludzie niewierzący albo nagłośnienia źle ustawione to można by to zrozumieć. Kiedyś jednak znalazłem też kogoś takiego /pracowałem w tej parafii/, kto twierdził, że skoro ze jego balkonu dobrze słychać /a kiedy była tylko na placu budowy prowizoryczna kaplica także i widać/, to nie musi się fatygować osobiście, by zająć miejsce bliżej ołtarza. Praktyczne, prawda?
A mały Karol wyglądał przez okno… na słoneczny zegar i napis „czas ucieka, wieczność czeka”.

Chleba i igrzysk

Wymyślił to pewien starorzymski poeta, a skandował rzymski tłum. I robił to często i dość skutecznie. Skąd ta trafność hasła? Kiedyś cesarz Trajan powiedział, że „lud rzymski można utrzymać w spokoju tylko rozdawnictwem zboża i igrzyskami”. Ale można znaleźć informacje, że był to też dobry sposób na zdobycie popularności. Mimo upływu czasu to hasło jest ciągle popularne, także w naszych czasach I to z różnych powodów. Czy dzisiaj jednak chodzi o spokój czy o popularność? A może jeszcze o coś innego? „Chleb” to sprawa przeżycia, zaspokojenia istotnej dla życia potrzeby: głodu. Trochę inaczej wygląda sprawa z „igrzyskami”. Bo czyż zabawa / w czasach rzymskich chodziło m.in. o walki gladiatorów na arenach cyrkowych/ jest podobnie fundamentalna dla funkcjonowania człowieka? Okazuje się jednak, że może ona skutecznie przesłonić inne potrzeby, stąd jej popularność i ciągłe zastosowanie. W historii zmieniał się „chleb” i „igrzyska”, choć zawsze pod tymi terminami kryły się te same potrzeby. Warto jednak uświadomić sobie, że realizacja rzymskiego hasła zawsze była obciążona kosztami /przy okazji: a czy są jakieś wydatki, które można pokryć „niczym”?/. Podoba mi się zdanie Miltona Friedmana, amerykańskiego ekonomisty, laureata Nagrody Nobla: „nie istnieje coś takiego jak darmowe obiady”. Ktoś musi zawsze za nie zapłacić. Podobnie jest z „chlebem i igrzyskami”. Warto też zauważyć przy okazji, że najłatwiej wydaje się nie swoje pieniądze. Cesarze i władcy potrzebne fundusze dla ludu zawsze mogli znaleźć pobierając od tegoż ludu różne daniny i podatki. Dziś zmieniły się nazwy /no nie wszystkie/, ale nie sposób gromadzenia i wydawania. Stąd tak ważne jest, by czynić to z głową i dobrymi intencjami.

A igrzyska w Krakowie…

Bezpieczne pasy

Kilka miesięcy temu prowadziliśmy rozmowy z odpowiedzialnymi za drogę krajową i policjantami na temat wyznaczenia na wysokości naszego klasztoru przejścia dla pieszych. Były pisma, a potem wizja lokalna. Okazało się, że w tym miejscu nie można namalować pasów. Padły różne argumenty. Ale najbardziej uderzyły mnie słowa, że najwięcej wypadków z udziałem pieszych ma miejsce na pasach /ponoć ma to swoje odzwierciedlenie w policyjnych statystykach/. Otóż piesi na pasach czują się bezpieczni i z dużą pewnością siebie wkraczają na nie. Uważają – a to ich przekonanie płynie z przepisów kodeksu drogowego – że będąc na pasach mają pierwszeństwo. Niestety, często okazuje się, że w zderzeniu z pojazdem mechanicznym, który nie zdąży wyhamować, swoją rację osobiście mogą przedstawić na sądzie ostatecznym. Drogowcy i policjanci mówili, że wielu pieszych nie sprawdza ruchu na drodze i nie usiłuje pomyśleć, czy nadjeżdżające auto ma szanse na zatrzymanie się przed pasami. Kiedy jest ślisko albo ktoś nagle wchodzi na pasy, kierowca niejednokrotnie nie da rady wyhamować.
Te drogowe rozważania skłaniają mnie do stwierdzenia, że w życiu największe tragedie i dramaty dzieją się w miejscach, które traktujemy jako bezpieczne. Takim miejscem jest dom, rodzina, kościół… Chcemy czuć się tam na tyle dobrze i bezpiecznie, że wyłączamy czujki zagrożenia i zasadę ograniczonego zaufania. Niestety, kiedy ono zostaje naruszone, a człowiek wykorzystany to ból i konsekwencje bywają nieraz ponad nasze siły. Nie chciałbym dożyć czasów, kiedy braknie miejsc, w których będzie można poczuć się bezpiecznie.
P.S. Po decyzji, że nie będzie pasów przy klasztorze /by nie było wątpliwości: rozumiem argumenty/ pomyślałem, że może trzeba by dokupić do naszego stada koniowatych zebrę. Tylko jej brakuje w tej rodzinie /są konie, osły, a nawet krzyżówki, czyli mulice/. Jak będzie potrzebna zebra na drodze to w razie potrzeby wyprowadzi się ją na ulicę

Piąte koło u wozu

Poloniści powiedzą o tym fachowo: związek frazeologiczny. Pojawia się w rozmowie, gdy próbujemy wykazać zbędność jakiejś osoby czy rzeczy /coś bez wartości/. Okazuje się jednak, że w życiu takie piąte koło może się bardzo przydać. Doświadczyłem tego nie raz. Ostatnio kilka miesięcy temu, kiedy złapałem w trasie gumę. Przyznam, że w tym aucie /jeżdżę od pięciu lat/ wiedziałem gdzie jest koło zapasowe. Nie zaglądałem jednak do niego, bo i nie było potrzeby. A i miejsce niewygodne, sposób wyciągania trochę skomplikowany. Jednak będąc daleko od domu i ewentualnych stacji napraw, to zapasowe koło uratowało mi życie /dokładnie: pozwoliło kontynuować jazdę/. Było na swoim miejscu i czekało – by trochę uwznioślić jego rolę – by mi posłużyć. Słyszałem, że nieraz, chcąc zrobić sobie więcej miejsca w bagażniku /bywa, by zamontować np. butlę z gazem, bo auto jest nim zasilane/ ludzie pozbywają się tych zapasowych kół. Na przyczepce do przewozu koni, którą posiadamy, to koło wygląda raczej jak ozdobny element. Ale wiem, że może się przydać, kiedy pojawi się problem z tymi czterema, które zazwyczaj wystarczają. W życiu nie tylko w autach mamy jakieś zapasowe koła. Nieraz wydają zbędne, bo człowiek młody, sprawny i… niedojrzały /w tym miejscu nie myślę o liczbie przeżytych lat/. Zdarza się, że jesteśmy w stanie uwierzyć w naszą silę i samowystarczalność. Zwykle do czasu. Kiedy przychodzi kłopot, problem, kryzys, okazuje się, że bardzo potrzebujemy pomocy. I nieraz ten ktoś taki zbędny w naszym życiu /tak sobie dotąd myśleliśmy/ ratuje nas z opresji. Tym Kimś bywa też Bóg /przyznam, że w opisywanym kontekście trochę mnie to razi/ i nie piszę tego, bo muszę z racji tego kim jestem.
Można by pewnie, pisząc o potrzebie piątego koła, rozwinąć temat ubezpieczenia. A dziś według firm zajmujących się tym zagadnieniem można ubezpieczyć wszystko. Choć myślę, że raczej /nie zamierzam tutaj nikogo obrażać/ jest to składanie obietnic i wiara, że nie trzeba będzie wypłacać odszkodowań /płacenie składek jest pewniejsze niż śmierć/. A jak się ubezpieczyć na życie wieczne? Odpowiedź w Biblii.

Pod sznurek

Ładne „wykostkowane” alejki, równo przystrzyżone trawniki, drzewa stojące na baczność. Wszędzie wszystko odkurzone, pozamiatane… Nie, nie… to nie o naszym parku. I nie piszę tego z żalem. Nie zamierzam też bić się w piersi. Pewnie dlatego, że podczas tych paru lat odbyłem różne rozmowy z leśnikami, miłośnikami przyrody. Otworzyli mi miastowemu oczy. Nie ukrywam, że te poglądy fachowców zbiegły się z moimi intuicjami /niektórzy znajomi pewnie złośliwie zauważą, że to „dziwnie” pasuje do mojego charakteru/. Jednak okazuje się, że dobrze jest mieć różnorodność. Nie tylko w gatunkach, ale i w wieku roślin, stanie ich utrzymania. Te stare, powoli próchniejące drzewa, trochę straszące kikutem gałęzi potrzebne są różnym mieszkańcom parku. Nie tylko dają schronienie. Jest możliwa, widoczna i potrzebna wymiana pokoleń. Na naszym terenie – a nie jest on mały – można zobaczyć w roślinności dzieci, dorosłych i starców. I myślę, że tak powinno być w każdej społeczności. Nie tylko przyrodniczej. Pamiętam jak kiedyś chowano wstydliwie w domach albo różnych ośrodkach opieki społecznej ludzi chorych i niepełnosprawnych. Na ulicach miało się pokazywać samo zdrowie /chorzy świadczyliby, że ten ustrój nie jest dobry, skoro nie radzi sobie z chorobą/. Pewien czas się skończył, ale myślenie, że świat należy tylko do tych młodych, sprawnych i zdrowych trwa nadal, choć dziś lansowany jest głównie w reklamach. Tak jak niekiedy chce się wyasfaltować wszystkie dróżki i dukty /przecież to takie funkcjonalne i pomocne człowiekowi/, tak wysyłając ludzi starszych czy w jakiś sposób „trudnych” do domów opieki /prawda, że ładniej brzmi niż „dom starców”/ mówi się o ich wygodzie i ułatwianiu życia. Myślę, że znów przyroda może nas czegoś nauczyć. Bylebyśmy chcieli. Zgodnie z wolą samego Boga, mamy czynić sobie ziemię poddaną. Ale czy to oznacza, że nie możemy jej posłuchać?

Pokusa z pierwszego zdania tego wpisu /by tak uporządkować nasz park/, ujawnia się w niektórych poradach „życzliwych”. Ale nie chcę im ulec. I cieszę się, że mogę podeprzeć się autorytetem przyrodników.

PS. Małe wyjaśnienie. Nie marzę o rezerwacie. Trzeba porządkować i sprzątać. Także dla bezpieczeństwa, by nie spadło coś nam nagle na głowę /wydaję mi się, że już pisałem, że jest nam najbardziej potrzebna/.

Odważny osioł

Ta rozmowa odbyła się niedawno na pastwisku osłów. „Dlaczego przeszedł Pan przez płot?” – zapytałem mężczyznę w średnim wieku, który uczestniczył w rodzinnych rekolekcjach. „Chciałem zrobić zdjęcie” /z osłem /– odrzekł. Po drugiej stronie płotu stała żona z małymi dziećmi. „A czy w zoo też Pan przechodzi przez płoty” – ciągnąłem dalej. „Raczej nie”. „Poprosiłbym o jasną odpowiedź: tak czy nie?” – dopytywałem. „Nie”. .. /widać było nie tyle zażenowanie, co raczej pretensje: no i co się takiego stało../. Pewnie moja wina, że na płocie nie ma żadnego napisu informującego o zakazie przechodzenie przez ogrodzenie, ale liczyłem na zdrowy rozsądek i ogólne zasady /jak coś jest ogrodzone, to trzeba szukać furtki, a nieraz i zgody, by z niej skorzystać/. Przy okazji tego wydarzenia moje myśli pobiegły do ogrodu zoologicznego… Dlaczego ludzie nie przechodzą przez różne ogrodzenia, by zrobić sobie fotkę z jakimś zwierzakiem? Ogrodzenia za duże? Kary za wysokie? A może obecność strażników czy skuteczny monitoring? A na którym miejscu tej wyliczanki jest zdrowy rozsądek i poszanowanie pewnych zasad? Być może warto byłoby pozwolić komuś, by go nadgryzł jakiś drapieżnik albo przynajmniej kopnął koń. Choć myślę, że w takiej sytuacji rozpoczęłaby się dyskusja na temat odpowiedniego /gdzie są granice?/ zabezpieczenia. W historii, która mi się zdarzyła dochodzi jeszcze jeden ważny element: dawanie przykładu dzieciom. Skoro tatuś tak robi, to pewnie tak można. Tatuś bohater, choć tak naprawdę osioł /w tym miejscu przepraszam wszystkie osły, które nie są głupie tylko uparte/.
Inna historia kilka dni później. Na uwagę zwróconą pewnemu ojcu, że kilkuletnie dziecko może wyjechać na rowerku pod samochód /istniało duże prawdopodobieństwo/ nauczycielka usłyszała, że tatuś wie co robi /w końcu to dziecko ma już kilka lat/, ma zaufanie do dziecka i wiarę. Trochę inaczej /pewne objawy paniki/ zachowywał się tenże tatuś następnego dnia, kiedy dziecko zaginęło /na szczęście inne osoby je odnalazły/. Czy czegoś się nauczył? Nie dowiedziałem się.
P.S. Żeby nie było, że czepiam się ojców. Obok stały mamy. I nic. Znaczy się: podzielały zdanie swoich mężów. A może nie, ale nie miały odwagi, by mieć inne zdanie.

Elitarna szkoła

Kiedy inni narzekają na współczesnych rodaków, ja jestem pod wrażeniem ich twórczości i pomysłowości. Docierają do mnie nieraz różne opowieści /znaczy się: plotki/ o naszej szkole na Kopcu. Te, które usłyszałem budowane są najczęściej na niewiedzy /ktoś czegoś nie wie, a przecież musi wiedzieć, stąd wymyśla i zmyśla/. Niektóre opowiadania rodzą podejrzenia, że zrodziły się /aż strach pomyśleć/ z nieżyczliwości. Pewnie są i inne powody, ale – przyznam bez bicia – nie zgłębiłem ich na tyle i nie mam czasu na naukowe badania. Owe plotki z jednej strony poprawiają nam /przede wszystkim pracownikom szkoły/ samopoczucie /jak się o kimś mówi, to pewnie ktoś ważny/, z drugiej podnoszą nam ciśnienie /jak można takie głupoty wygadywać!/. Rzekłbym, że głównym zarzutem pod adresem plotek jest wprowadzanie innych w błąd. Nie zawsze można kogoś z tego błędu wyprowadzić, bo kiedy i gdzie należałoby podawać sprostowania /trzeba by pewnie na bieżąco monitorować ukazujące się na rynku historie/. Nieraz myślę sobie, że niektóre są tak niestworzone, że aż trudno w nie uwierzyć. A jednak. Tak jak wielka jest pomysłowość i twórczość dzielnych opowiadaczy, tak ogromna i bezkrytyczna jest wiara w owe historie /z wiary jako ksiądz powinienem się szczerze ucieszyć/. Cóż…
Mówi się, że nasza szkoła jest elitarna /z francuskiego: elitarny oznacza dostępny dla nielicznych, wybranych/. I to jest prawda. Choć myślę, że dla niektórych ta elitarność oznacza dostęp dla najbogatszych, najmądrzejszych, najlepszych itd. itp. I to jest fałsz. Szkoła jest dostępna dla tych nielicznych /możemy mieć w klasie – zgodnie ze statutem – 20 uczniów/, którzy chcą w takiej szkole się uczyć. Myślę, że tak jak z reguły nie czytamy wszelkich regulaminów, umów, instrukcji, tak może niewielu zainteresowanych szkołą /m.in. twórcy plotek/ raczyło zapoznać się z jej statutem /jest na stronie szkoły/. Jak do tego ktoś dorzuciłby jeszcze zerknięcie na zasady rekrutacji /tamże/, to powinien sobie odpowiedzieć na czym polega ta elitarność /wolałbym mówić o „inności”/. Zostaje jeszcze do uwzględnienia dobra wola, bo ona nie zakłada czarnych okularów i krzywych zwierciadeł.
Ps. Zainteresowanych, pytających, posiadających wątpliwości, zmieszanych i wstrząśniętych /np. plotką/ zachęcam do szukania odpowiedzi u źródła /szkolanakopcu@gmail.com/ lub na tym blogu.

Nowa dziupla

Ostatnio dość wyraźnie słychać w naszym parku pracę dzięciołów. Rozjaśniło mi się w głowie, kiedy doczytałem, że dzięcioły co roku muszą sobie wykuć nową dziuplę /starą pozostawiając innym ptakom/. Przyznam, że dzięki nim ptasi wtórny rynek mieszkaniowy ma się nie najgorzej. Patrząc na pracowite dzięcioły przeprowadzające się do nowych mieszkań, myślę jak często dopada nas /pewnie nie wszystkich i daj Boże/ chęć, by wszystko zostało po staremu. Zatrzymać czas i historię. Niech woda przestanie płynąć, a ludzie zmieniać. Niech będzie wszystko takie jak teraz i na wieki wieków. Ale… nie da się. Ten pociąg jedzie /niektórzy twierdzą nawet, że przyspiesza/.
Ta niechęć do zmian bierze się może z lenistwa, ze strachu, a może jeszcze z innych powodów. Okazuje się, że trzeba mieć otwarte oczy i serce. I używać – na miarę swych możliwości –rozumu /badacze mózgu podkreślają jak ważne jest dla niego ćwiczenie/. Rozwiązywanie problemów, szukanie nowych dróg to niełatwe zadania i bywa, że człowiek wolałby znaleźć jakieś rozwiązanie – choćby – w internecie i metodą „kopiuj i wklej” wykorzystać jako swoje. Pewnie można też ponarzekać na nowe czasy, wspominając jak to drzewiej dobrze było. Uważam, że człowiek wtedy czyni sobie świat poddanym /jak tego chciał Bóg w Księdze Rodzaju/, kiedy pragnie siebie i to co wokół zmieniać na lepsze. Reformatorzy i prorocy zawsze mieli pod górkę, choćby dlatego, że dla obrońców „starego” byli zbyt postępowi, dla „postępowych” za mało odcinający się od przeszłości.
Osobiście dostrzegam, że kusi mnie znalezienie jakiejś starej dziupli /po co się męczyć z szukaniem miejsca na nową i wykuwanie jej/ i zaszycie się w niej. Zabieranie głosu /choć przepowiadanie jest obowiązkiem księdza wynikającym z przyjętych święceń/ jest coraz bardziej ryzykowne, bo niezależnie od twoich intencji naznaczą cię odpowiednią etykietką. A poza tym czy potrzebne są kolejne słowa…
Cztery lata temu napisałem pierwszy wpis: „Czy to się opłaca?” Dziś to pytanie stawiam sobie w kontekście mojego pisania. W sumie pisałem i piszę z własnej potrzeby, a nie na zamówienie /choć niektóre teksty ukazuję się także poza blogiem/. A więc … może jednak warto naśladować dzięcioły.

Do góry nogami

Mogłoby się wydawać, że podstawą dobrego postrzegania świata jest zdrowy rozsądek. Nierzadko w różnych historiach, opowieściach i anegdotach pojawia się prosty człowiek, który może i nie skończył wielu szkół, ale trzeźwo /nie mam tu na myśli abstynencji/ patrzy na świat. To on jest tym mądrym, który puentuje opowieść , ukazuje prawdę i właściwe ścieżki postępowania.

W dzisiejszych czasach /ehh, jak ja lubię to sformułowanie w kazaniach/ najważniejsza jest umowa i ustalone przepisy. Ustalimy, że dwa dodać dwa nie jest cztery i tak będzie. Na przykład w unijnych przepisach ślimak jest rybą, a marchewka owocem. Coraz częściej określenie „małżeństwo” to niekoniecznie on i ona /choć wielu woli używać sformułowania „związek partnerski” – jest pojemniejsze/. Także moja płeć nie wynika z układu chromosomów, ale z tego jak się czuję i co o sobie powiem w tej sprawie innym. Można by mnożyć różne przypadki, które do niedawna zaliczone by zostały do absurdów lub zwyczajnej głupoty. Ale nie dzisiaj, kiedy wielu podpiera twory swojej bujnej i nierzadko chorej wyobraźni nauką, a tytuł profesora pozwala nierzadko na bzdurzenie. I to jest chyba największy paradoks naszych czasów. Choć pewnie, patrząc z perspektywy wiary, dość zrozumiały, kiedy człowiek porzuci Boga, a w Jego miejsce postawi siebie. I czyni to co zrobił Bóg w raju /myślę tu o obrazie z Księgi Rodzaju/: nazywa rzeczy, przypisuje im właściwą rolę, ustala zasady. Mówi też o człowieku. Dziś człowiek przypisuje sobie atrybuty boskie. W historii /warto jej się uczyć, choć tnie się programy szkolne i bębni, że szkoda na nią czasu/ zdarzało się, że ludzie uważali się za bogów i innych zmuszali, by ich tak traktować. Oni też ustanawiali prawa i nowy porządek, który wywracał Boży pomysł na świat do góry nogami. Wtedy najczęściej świat zalewały wojny i inne nieszczęścia. Dopiero śmierć tych „bogów w ludzkich skórach” pokazywała ograniczoność ich i ich myślenia.

Czy dzisiaj zmierzamy do wojny?… Pewnie do chaosu. I im bardziej człowiek uwierzy w swoją wszechmoc i możliwość nadawania nowego sensu rzeczom i sprawom, tym gorzej dla ludzi.

Jeden podręcznik

Raczej nie wypowiadam się publicznie na tematy polityczne. Jednak, gdy usłyszałem o pomyśle jednego podręcznika dla wszystkich pierwszoklasistów od września, postanowiłem skreślić kilka zdań. Tym bardziej, że trochę wiem – także z praktyki – o nauczaniu. Na szczyt góry /a tak widzę zdobywanie wiedzy/ można wchodzić różnymi drogami. Wiele zależy od różnych czynników. Jednak to jaką drogą pójdziemy wynika z wolność wyboru, czegoś co jest jednym – a może nawet najcenniejszym – darem od Stworzyciela. W imię /no właśnie naprawdę czego?/ pomocy biednym rodzicom wykorzystywanym przez chciwych autorów podręczników i jeszcze bardzie zachłannych wydawców i księgarzy, próbuje się zabrać wolność. Tak, używam tak wielkiego słowa, bo coraz częściej pod pozorem różnych dóbr, korzyści, obrony, pomocy, itd. odbiera się człowiekowi to, co ma niezależnie do tego co posiada ani kim jest. Z jednej strony straszy się liberalizmem /pozwolę sobie przypomnieć, że łacińskie słowo: „liber” oznacza „wolny”/, a z drugiej coraz bardziej niewoli człowieka. Nieustannie pojawiają się głosy, że ludzie, rodzice, wychowawcy, itd. nie wiedzą co jest dobre i najlepsze dla nich, czy ich dzieci. I w imię dobra /jak pięknie to brzmi/ odbiera się wolność wyboru. Gdzieś tam wysoko albo trochę bliżej /ale zawsze wyżej/ jest KTOŚ, kto lepiej wie co jest potrzebne, niezbędne, najwłaściwsze… Nie mam nic przeciwko temu, by przedstawiać różne pomysły i teorie. Ale burzę się, gdy ktoś mnie zmusza pod karą sankcji, bym przyjął jedyną i słuszną drogę, która jest mi obca. Nie, nie jestem anarchistą i wiem, że człowiek potrzebuje prawa, które reguluje życie, ale w jego podstawach, które przede wszystkim mają nie szkodzić drugiemu. Niestety, coraz bardziej krępuje się człowieka i czyni w imię /o ironio!/ wolności, niewolnikiem. Oficjalnie nikt nie nosi łańcuchów, a Pan kryje się za pięknie brzmiącymi hasłami i instytucjami. Patrząc jednak w historię, może się okazać, że niejednokrotnie dawny niewolnik był w większym stopniu wolnym człowiekiem niż dzisiejszy obywatel.
Pomysł „jednego podręcznika” to tylko przykład jak komunizm /w pięknych szatach/ zabiera człowiekowi wolność.
Ps. Tekst nie jest sponsorowany przez wydawców podręczników.