Szeroka droga

Nieraz wydaje się, że więcej jesteśmy w stanie przemyśleć, kiedy prowadzimy z kimś rozmowę, dyskutujemy. Ktoś obok zadaje pytania, odpowiada, poszerza temat itd. Ale nie zawsze tak bywa. Ostatnia moja wyprawa uświadomiła mi sprawy, do których rozważań potrzebna była samotność. Tak się nimi zająłem, że idąc w pojedynkę coraz mniejszą uwagę zwracałem na znaki wyznaczające szlak. Zresztą najczęściej szlak był wytyczony po istniejącej drodze lub ścieżce. Wędrowałem już kilka godzin, idąc dość sprawnie w upalny dzień. W pewnym momencie doszedłem do rozwidlenia. Przed sobą miałem trzy możliwości do wyboru. Nie widziałem znaków, ale pomyślałem, że mogą być dalej. Wybrałem najszerszą drogę. Po kilku minutach na drodze pojawiły się połamane gałęzie, ale wyjaśniłem sobie, że przecież niedawno były burze, a ja idę /nie spotykałem ludzi/ mało uczęszczanym szklakiem. Kiedy dalej nie widziałem znaków, w końcu wróciłem do rozwidlenia dróg. Nagle dotarło do mnie, że może zbłądziłem. Zacząłem wracać tą szeroką, dobrze ubitą kamieniem drogą. Ciągle szukałem jakichkolwiek znaków. Musiałem wracać kolejne długie minuty /choć przyspieszałem, bo w powietrzu wisiała burza/. Dopiero po jakimś czasie zobaczyłem znaki i uświadomiłem sobie, że przegapiłem moment, kiedy szlak skręcał. Trzeba było zejść z szerokiej bitej drogi i wejść na wąską ścieżkę. To miejsce nawet dość dobrze oznaczono /jak w ogóle w tym rejonie wszystkie szlaki/. Nie dostrzegłem tego, bo byłem zajęty swoimi myślami i zaufałem szerokiej drodze. Nie uważałam na znaki, nie rozglądałem się na boki, maszerowałem szybko, bo czas i burza goniły.
Już Jezus w Ewangelii ostrzega przed szeroką drogą i bramą. Bywa, że może człowieka zwieść. Najgłupszymi doradcami bywają pośpiech i pewność siebie. Kiedy nie rozglądamy się na boki, nie upewniamy, że idziemy dobrą drogą, możemy nieraz zabrnąć. Trzeba wtedy wrócić do pewnego miejsca. Nie próbujmy skrótów /choć pokusa wielka/, bo jak mówi przysłowie: kto drogę skraca do domu nie wraca. Tym bardziej to ważne im szlak trudniejszy.
Ps. Ominęła mnie burza. Bezpiecznie zszedłem z gór.

Na łonie przyrody

Wszyscy udali się do wód, a ja z racji, że nie czuję pokrewieństwa z rybami /może tyle, że niekiedy próbuję płynąć pod prąd/, udałem się na wyprawę w góry. Na trasie czułem się jak pustelnik /nomen omen, tego dnia w Kościele było wspomnienie dwóch pustelników/. Przez pierwsze 40 minut towarzyszyły mi tylko motyle /Mikołaj z trzeciej już klasy miałby używanie/. A i potem sporadycznie spotykałem wędrujących ludzi. Może był to za gorący dzień na górskie wyprawy, a może szlak bardziej niedostępny, miejscami niełatwy. Pokonywałem kolejne przeszkody, podziwiałem niesamowite widoki i działanie przyrody. I pomyślałem sobie: po co to łażenie po górskich szlakach? Znalazłoby się kilka odpowiedzi. Ale do mnie dotarło /pewnie bardzo banalnie/, że mogę w ten sposób zobaczyć i doświadczyć piękna stworzenia. Tylko za jaką cenę? Zmęczenie, pot, dyskomfort. A może nie trzeba by łazić po górach? Wystarczyłoby zasiąść przed ekranem z niezwykłą rozdzielczością, gdzie widać bardzo wyraźnie każdy szczegół. Uruchomić odtwarzacz z przestrzennym dźwiękiem, który doskonale oddaje śpiewy ptaków, szum drzew, czy plusk wody. I włączyć przyrodniczy film. No, może jeszcze dziś brakowałoby zapachu, ale za kilka lat… ktoś połączy np. ekstrakt z czarnej rzepy, wywar z pokrzyw z kilkunastoma chemicznymi składnikami i poczujemy się jak w górskim lesie. Tylko czy to nie będzie tylko namiastka – nawet jeśli dość doskonała – przyrody przygotowana przez człowieka? Poza tym czy da się dotknąć drzewa czy zanurzyć dłoń w górskim potoku, korzystając z ludzkich wynalazków? Być w otoczeniu przyrody bez pośredników to dać sobie szansę na zachwyt nad naturą, której jesteśmy częścią.
Ps. Zdaję sobie sprawę, że dzisiejszy wpis może zdenerwować tych, którzy – z różnych powodów – nie mają okazji wybrać się w góry. Z góry ich przepraszam. Ale mam nadzieję, że może im uda się kiedyś ruszyć na szlak. Życzę tego z serca.

Wolność szaraka

Zaskoczył mnie ten zajączek. Zdarzało się już, że w parku czy sadzie buszowały zające, ale żeby podejść pod okno zakrystii?… Najpierw pomyślałem, że może ta zakrystia albo ja /ale się dowartościowałem/ tak przyciągam zwierzaki. Niedawno szczygieł, teraz szarak… Później jednak dotarło do mnie, że ta wizyta może spowodowana jest zmniejszeniem się pola do zajęczych popisów. Otóż nie tak dawno ogrodziliśmy elektrycznym pastuchem sad. Pasą się w nim owce, a z racji braku żywego pasterza, trzeba było coś wymyślić, by ukrócić wałęsanie się stada. Niestety, okazuje się, że jedni mają spokój, a drudzy brak wstępu. W sumie wszyscy mają mniej miejsca, choć jest porządek /pewnie byłby większy, gdyby zającom porobić kojce:-)/.
Skacząc myślą do naszych ludzkich spraw, trzeba stwierdzić, że coraz bardziej się odgradzamy. Każdy kto był w Ziemi Świętej widział pewnie mur, który dzieli Żydów i Palestyńczyków. Słychać o nowych murach, które mają powstać między państwami. Są jeszcze ogrodzone osiedla mieszkaniowe i domy zamienione w warownie. Trochę to rozumiem, bo obok ludzi o złych zamiarach są i tacy, którym brak wychowania czy szacunku do prywatnej własności. Życie pokazuje, że ktoś odpowiedzialny za jakiś teren dba o niego, a to co bywa wspólne jest niczyje i niszczeje /choć pewnie są chlubne wyjątki/. Odgradzanie się i zamykanie we własnych światach zabezpiecza i chroni. Niestety, jednak zmniejsza naszą życiową przestrzeń. Mamy coś tylko dla siebie i… nic więcej, bo ten drugi też ma tylko dla siebie. A mury stawiamy przecież nie tylko z kamieni i betonu. Warto oznaczać granice, ale trzeba uważać, by nie zamknąć się w nich.
Ps. Spieszę wyjaśnić, że brak mojej reakcji na komentarze wynika z faktu, że nawet jeśli mam czas je przeczytać, to już brakuje go, by sensownie odpowiedzieć /ale czy potrzeba?/. Bywa, że warto poczekać aż opadną emocje. W końcu zdarza się, że „pisze się trochę tak jak nie jest”. Sapienti sat. A przy okazji i a propos komentarzy pozwolę sobie przytoczyć przedszkolny dowcip. Mały jeżyk pałaszuje pyszne jabłko. Spotyka go zajączek i pyta: „Co jesz?” Jeżyk odpowiada: „Co zajączek?”

Motylem jestem

Nie wiem kiedy i jak wpadł ten motyl do mojego pokoju. Owszem, okno było otwarte. Ale u mnie ani kwiatów /z wyjątkiem dwóch wytrwałych, które wytrzymują wszystkie moje amnezje i związane z tym nieregularne dostawy wody/, ani miejsca na przycupnięcie /od dłuższego czasu obiecuję sobie generalne porządki/. A jednak może ciekawość spowodowała, że wleciał. Niestety, kłopoty pojawiły się, kiedy rozczarowany chciał wrócić na łono przyrody. Widziałem jego bezradne próby, kiedy odbijał się od szyb. Nawet zaplątał się w firanki. Widział ten swój świat tak blisko, a jednak nie mógł się doń przedostać. Na drodze stała mu szyba, która jednocześnie dawała mu nadzieję, że to tak niedaleko. Pewnie trochę się zmęczył tymi próbami I rozczarowaniami. Ale nie poddawał się. Doszedłem do wniosku, że nie będę prowadził specjalnych badań i szybko otworzę jak najszerzej okna, by znalazł drogę do swojej ojczyzny. Wyleciał.
Ile razy podobny jestem do tego motyla. Zabrnę gdzieś z ciekawości lub innego powodu. I bywa, że szybko widzę drogę powrotu. Ale nie wracam, bo coś stoi mi na przeszkodzie. Obijam się, walczę, bo widzę tylko swój sposób na wydostanie się z tej matni. Podejmuję kolejne próby, bo przecież mój świat jest tak blisko. Muszę tylko jeszcze bardziej chcieć i walczyć, bić głową w mur czy szybę. A może… trzeba się rozejrzeć. Pewnie Pan Bóg otworzył już szeroko inne wyjścia. Nie widzę ich, bo zajęty jestem pokonywaniem swojej szyby. Warto odpuścić sobie tę walkę, by zobaczyć wyjście.
Ps. Bezpiecznie jest pisać o zwierzętach /póki się nie trafi na fachowca/. Choć pewnie nie wiem co czuje dorosły miś polarny, kiedy przypomni sobie traumę z dzieciństwa, gdy marzły mu nóżki. Nie wiem też jak bardzo cierpi, słysząc dyskusje spierających się naukowców o ociepleniu klimatu. Czy patrzy z niepokojem w przyszłość, myśląc o tym, jak będzie wyglądał w brązowym futrze /białe będzie niepraktyczne, a może nawet passe/? Cóż…
Nie wiem dlaczego mi ten miś polarny stanął przed oczami. Podświadomość? Może to z gorąca, bo za oknem skwar. Ale… w końcu przecież to tylko pięć, sześć miesięcy i też mogę poczuć jak marznie mi nos. Już mi chłodniej.

Piękna kobieta

Najpierw dwa obrazki. Na ławce na rynku siedzi grupa młodzieży. Widać, że już otrzymali swoje świadectwa. W końcu jest piątkowe czerwcowe południe. Moją uwagę zwróciła dziewczyna z otwartą butelką piwa. Drugi obrazek zobaczyłem tego samego dnia. Najpierw dobiegł do moich uszu soczysty dialog, w którym nie brakowało słów ogólnie przyjętych za wulgarne, a potem zza sklepu wyłoniły się trzy młode kobiety, które to tak barwnie opisywały co się im ostatnio zdarzyło.
Nie jest żadnym odkryciem zjawisko, które nazywamy schamieniem czy wulgaryzacją naszego życia. Można by dorzucić, że to się dzieje nie tylko na podwórku, ale i na salonach /może niektórzy nie zauważyli, że to się może czymś różnić/. Pewnie należałby się przestać dziwić. Niemniej jeszcze porusza mnie obraz pijących publicznie i „rzucających mięsem” młodych dziewcząt /żeby było jasne, nie usprawiedliwiam też chłopaków./ Nie potrafię przejść nad tym do porządku dziennego. Z jednej strony w tym brudzie ginie piękno, które chciałoby się ujrzeć. Z drugiej mam świadomość, że w młodym wieku wyrabiają się szybko nawyki i przyzwyczajenia. Pewnie przesadą będzie tworzenie na potrzeby tego tekstu obrazu podchmielonej matki, która pochyla się nad swoim małym dzieckiem i mówi do niego podwórkową łaciną. Ale nie potrafię się oprzeć, by to sobie wyobrazić. Media co i rusz rzucają nam pikantne i często dramatyczne informacje o pijanej matce, która wiozła samochodem dzieci, czy w inny sposób naraziła je na niebezpieczeństwo. Można by takie sytuacje wrzucić do rubryki z napisem: „rodziny patologiczne”, „problemy alkoholizmu”, itp. Wtedy uspokojeni stwierdzimy, że jest to margines, którym powinno zająć się jakieś np. Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie /skądinąd pożyteczna instytucja/. Wydaje mi się, że coraz bardziej to odchylenie staje się normą, a otaczający ludzie mówią: taki jest dzisiaj świat, takie są dzisiaj młode kobiety. Czy naprawdę pozostaje tylko przyjąć to do wiadomości i wieszczyć koniec cywilizacji? A może, nie zgadzając się, warto jeszcze powalczyć. Zdaję sobie sprawę, że to pod prąd i przeciwko wolności jednostki. A jak jeszcze dorzucimy agresywne słowa o prawie do szczęścia /alkohol i wulgarność to bliscy agresji/ może się nam odechcieć stawać do konfrontacji. Pewnie potrzebna jest odwaga, cierpliwość i szukanie dobrej okazji, by trafić do serca tej pięknej dziewczyny. Dla Boga nie ma nic niemożliwego. A św. Paweł mówi: „wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia” /Flp 4,13/.
PS. Przy okazji polecam do wakacyjnego oglądania krótki film: www.youtube.com/watch?v=sFXIF548JHM

Przylgnięcie

Ten przydrożny krzyż zauważyłem dzięki drogowemu korkowi / nierzadko okazuje się, że także problemy mogą być jakąś dobrą okazją; z reguły są szansą rozwoju, ale to temat na inne rozważanie/. W jednym kawałku kamienia zawarto dwie postacie. Na krzyżu wisiał Jezus, a u Jego stóp przytulała się do krzyża Maryja. Postać Matki Bożej była tak wyrzeźbiona, iż miało się wrażenie jedności z krzyżem. Całą sobą Jej postać przylegała do krzyża.
Czymże jest miłość, jak nie przylgnięciem do osoby, którą się kocha? Bliskość pragnąca być jednością. W tej jedności można rozróżnić postacie, ale przylgnięcie jest całym sobą. Kłopoty sprawia nam nieraz różność materiału, który trzeba połączyć. Być może także lęk przez utraceniem własnej postaci i tego co ją tworzy. Może się okazać, że nas już nie widać, nie jesteśmy na pierwszym planie. Utrata siebie boli i przeszkadza w tej jedności. Mieszają się pragnienia i obawy. Chcemy i boimy się. Tak się dzieje w każdej miłości. A ona jest jedna. Ta do Boga, drugiego człowieka, samego siebie.
Niekiedy, komentując wizerunek Piety, czyli Maryi trzymającej na kolanach zdjętego z krzyża Jezusa, wraca się do wcześniejszego obrazu Matki, która tuli w swych ramionach swojego małego Synka. Patrząc na przydrożny krzyż, pomyślałem jeszcze o innym wyobrażeniu. Ta, która nosiła pod swym sercem Syna, pragnie przylgnąć do Niego całą sobą. Jedność ciała.
Ps. Kilka dni temu pod oknem zakrystii zauważyłem, ku mojemu zaskoczeniu, szczygła. Ostatni raz widziałem tego ptaka ze czterdzieści lat temu w klatce. Ładnie śpiewał. Widzę pewną nić łączącą tego ptaka i moje rozważania. Szczygieł symbolizuje w sztuce mękę Chrystusa. Jest ciekawy obraz Rafaela przedstawiający Madonnę z Dzieciątkiem Jezus i św. Janem Chrzcicielem. Układ postaci i ich gesty mają symboliczne znaczenie, zwiastujące przyszłe wydarzenia. Maria siedzi ma kamieniu i czule spogląda na św. Jana, obejmując go prawą ręką, w lewej trzyma otwarta księgę, będącą symbolem objawienia dokonanego za sprawą Jana Chrzciciela, rozpoznającego Mesjasza w postaci Jezusa. Mały Jezus stoi pomiędzy nogami matki, spogląda na szczygła trzymanego przez Jana i głaszcze go.

Regulaminy

Pojawiają się prawie na każdym kroku. Są krótkie i długie. Proste i zawiłe, pisane językiem prawniczym. Bywa, że trzeba je podpisać lub zaznaczyć, że się z nimi zapoznano. To, że dość szybko je akceptujemy wynika nie tyle z zaufania do drugiej strony /przedstawiającej nam regulamin/, ale raczej z braku czasu i kłopotów z przebrnięciem przez nieraz zawiłą terminologię. Być może to wszystko sprawia, że specjalnie nie przejmujemy się regulaminami. I wszystko jakoś się kręci. Moment krytyczny następuje, kiedy wydarza się coś złego i okazuje się, że ktoś /w tym regulaminie/ nas ostrzegał, czy podpowiadał co należy robić. Czujemy się skrzywdzeni podwójnie: przez konkretne zdarzenie i przez niemiłosierne prawo, które czarno na białym pokazuje nam konsekwencje. Mam wrażenie, że w mniejszości są ci, którzy powiedzą: moja wina, bo nie doczytałem. Najczęściej pretensje będą do wszystkich, tylko nie do siebie.
Te rozważania nie zrodziły się z problemów kredytobiorców /choć mogły/, ale z obserwacji prostego placu zabaw /niestety – bo chodzi o moje nerwy – mam go za oknem/. Zdarza mi się prowadzić ludzi do prostego /kilka punktów i rysunków – jakby ktoś nie umiał czytać/ regulaminu i tłumaczyć, że projektant urządzeń, przewidując ewentualne wypadki, podpowiada czego nie wolno robić. I pisze to w trosce o bezpieczeństwo, a nie by zabraniać przyjemności zabawy. Niestety… większość wie lepiej. Pewnie problem jest z wyobraźnią. I tu usprawiedliwiam dzieci, ale nie starszych. Może to znak dobroci Pana Boga, że jak na razie nic strasznego się nie wydarzyło, ale… może kiedyś to ucho od wiadra, w którym Opatrzność nosi cierpliwość się urwie. Wtedy to i Pan Bóg będzie oskarżany o to, że nie jest dobry Ojcem, a Anioł Stróż, że się zdrzemnął. Pewnego razu słyszałem takie powiedzenie, że gdy człowiek wyłącza zdrowy rozsądek i szacunek do prawa /np. drogowego/ to Anioł Stróż zwalnia się od odpowiedzialności /to z szacunku dla ludzkiej wolności/.
Kiedyś wydawało mi się, że mówienie dziesięciu przykazań w codziennym pacierzu jest niepotrzebnym klepaniem katechizmu. I tak może się zdarzyć, gdy ów pacierz nie jest modlitwą. Niemniej codzienne przypominanie sobie /ze świadomością/ Bożego regulaminu daje kolejną szansę, że nie zrobimy czegoś głupiego i bolesnego. Choć zdaję sobie sprawę, że od mówienia do działania bywa daleka droga.

Łyżka dziegciu w beczce miodu

Dobry film ostatnio widziałem /tak zaczynał się kiedyś skecz w radiowej „Powtórce z rozrywki”/. A momenty były? /tu padało każdorazowo pytanie z tego skeczu/. No właśnie… Mam wrażenie, że dziś każdy film, sztuka teatralna musi zawierać jakieś sceny czy dialogi nawiązujące do erotyki. I nie chodzi mi tu o nagość, ale przede wszystkim o tworzenie stereotypów. Tak jak w tym ostatnio obejrzanym filmie: życie uczniów /wygląda, że gimnazjalistów/ toczy się głównie wokół tego kto kogo „zaliczył”. Owszem tematem przewodnim jest coś innego, ważniejszego, głębszego. Mimo to jakoś dziwnie byłoby mi zapraszać na ten film młodzież /choć jestem przekonany, że wart jest obejrzenia/. Nie jestem staroświecki /tak mi się wydaje/ i zdaję sobie sprawę, czym karmi się młodzież /a może lepiej: czym jest karmiona/. Nie wydaje mi się jednak konieczne, by w dobrą sztukę z niezłym przesłaniem trzeba koniecznie wrzucić scenę u lekarza omawiającego z rodzicami bohaterki szczegółowe problemy dotyczące współżycia seksualnego. „Golizna” dobrze się sprzedaje i może dlatego trzeba ją dodawać do wszystkiego, by produkt „poszedł”. Pragnę też zauważyć, że tak jak tematyka erotyczna jest nieodłącznym dodatkiem do dzisiejszej kultury, tak w Kościele postrzegana jest ona jak tabu. Kwitowana jest uśmieszkiem i sprowadzana do grzechu. Jeśli ktoś wchodzi na te tereny, to z wypiekami na twarzy stąpa po polu minowym. Choć przecież jest to część naszego życia /tak nas Pan Bóg stworzył/. Ważne jest, by wiedzieć gdzie, z kim i w jaki sposób mówić o ważnych sprawach, które dotyczą więzi, bliskości czy wreszcie przekazywania życia. I tak dochodzimy do tego, że nie uciekniemy przed trudnymi tematami /choć niektórzy zaproponują wycinanie scen – bywa, że i to trzeba zrobić/. Istotne jest, by o nich rozmawiać, komentować, wyjaśniać. Słychać nieraz ubolewania na temat seksualnego wychowania młodzieży. I niektóre organizacje proponują instruktaż o zabezpieczeniu się przed konsekwencjami /to szeroki temat/. Ale wychowanie nie polega na szkoleniu. I mimo, że uważają, że się do tego nie nadają, najlepszymi nauczycielami są rodzice. Oni są sobie najbliżsi /mimo, że dzieci, dobijając się o swoją niezależność, sprawiają wrażenie, że oddalają się/, a przecież tu mowa o bliskości.
Nie wystarczy obejrzeć film. Trzeba jeszcze o nim porozmawiać. Bo cóż znaczy ta łyżka dziegciu? Szkoda miodu.

Bocian

Duży ptak. Mimo, że nie jest biało-czerwony i spędza dużo czasu na obczyźnie, uważany jest przez wielu za ważny element polskiego krajobrazu. Gości na różnych znaczkach i logach. Zwiastuje wiosnę i szczęście, choć niektórzy trochę się go obawiają, nie planując powiększenia rodziny. Nie należy oczekiwać arii w jego wykonaniu, raczej klekotu. Nie jest też wybredny w swoim żywieniu. Ostatnio zwrócił moją uwagę jego lot /miałem okazję przyjrzeć się dłużej/. Z racji swoich rozmiarów bocian stara się szybować, bo machanie dużymi skrzydłami pewnie nie należy do najlżejszych zadań. Jak wszystkie duże ptaki, próbuje wykorzystać prądy powietrza i zminimalizować wysiłek. Jego rozpiętość skrzydeł jest z jednej strony atutem, z drugiej wyzwaniem. Pomyślałem o tym locie boćka, bo uświadomiłem sobie, że trochę odnajduję w tym siebie. Gdy pomyślę o zadaniach, pracach, pomysłach itp. itd. to mam wrażenie, że trudno się macha skrzydłami, by się wznieść i lecieć dalej. Co może pomóc? Dobre prądy. Ciepłe prądy powietrzne. Trzeba je tylko odnajdywać i właściwie obrać pozycję lotu. Czym jest ten „mój” prąd powietrzny? Łaską. Bożym darem, który pozwoli wzlecieć. Często zapominam o tym. Boję się, że jak przestanę pracować skrzydłami to przepadnę. Bywa, że lękam się je za szeroko rozłożyć, bo co jak nie będzie Tego, który wznosi? Dotykam wiary i zaufania.
Ps. Kiedyś fascynowały mnie szybowce /nawet chyba nie przestały/. Tylko przyroda i umiejętności człowieka. I wcale nie chodzi o to, by na wszystko spojrzeć z góry… Choć przy okazji widać jak problemy człowieka stają się mniejsze.

Jak do nieba

Ostatnio na lekcji religii /edukacja wczesnoszkolna/ zastanawialiśmy się co trzeba robić, by dostać się do nieba. Najczęściej można było usłyszeć: być grzecznym. Ale dość szybko usłyszałem coś milszego moim uszom: trzeba kochać Pana Boga. No właśnie. Co jest ważniejsze? A może: co jest pierwsze? Wiara czy uczynki? Zdaję sobie sprawę, że temat stary jak świat chrześcijański. A bywało w historii, że mocno on rozgrzewał dyskusje uczniów Chrystusa. Zbawienie dokonuje się przez wiarę i to jest streszczenie całej Ewangelii, tej Dobrej Nowiny. Niemniej wiara bez uczynków jest martwa, jak czytamy w Liście św. Jakuba. To co mnie niepokoi i nieraz zasmuca to sprowadzanie chrześcijaństwa do dobrego zachowania. Bycie „wierzącym” /już w tym miejscu słychać, że coś nie pasuje/ to bycie człowiekiem przyzwoitym, który ma na swoim koncie dobre uczynki. W konsekwencji Kościół powinien realizować się przez działalność społeczną na rzecz bliźnich. Upraszczam, ale tak często można to usłyszeć nie tylko w kręgach niekatolickich. Może dlatego, że dekalog staje się ważniejszy niż wyznanie wiary. Dzieje się to już na etapie wychowania. Ale czy też wychowania chrześcijańskiego? To znaczy takiego, które prowadzi nas do czynienia dobra ze względu na Boga, na Jego miłość do nas i naszą do Niego. Może trzeba często powtarzać dzieciom: „Jesteś zawsze kochany przez Boga. On dla Ciebie zrobi wszystko, bo umarł z miłości do Ciebie. Jeśli robisz coś złego, to swoim złym postępowaniem zasmucasz Tego, który Cię kocha. I sam odsuwasz się od Niego i nieba.” Odnoszę wrażenie – poparte różnymi głosami – że może i mamy niezłą katechezę /głównie chodzi o ilość podręczników, godzin lekcji religii, ludzi zaangażowanych/, ale szwankuje ewangelizacja. Wielu wie jak postępować, ale w zmaganiu się z życiem /realizacją dobrych uczynków/ nie korzysta z tego co ma za darmo, z łaski pochodzącej z miłości Boga. „Uwierz w Pana Jezusa – powiedział św. Paweł strażnikowi – a będziesz zbawiony ty i twój dom”. To jest pierwsze, a wszystko inne ma z niego wypływać.