Motylem jestem

Nie wiem kiedy i jak wpadł ten motyl do mojego pokoju. Owszem, okno było otwarte. Ale u mnie ani kwiatów /z wyjątkiem dwóch wytrwałych, które wytrzymują wszystkie moje amnezje i związane z tym nieregularne dostawy wody/, ani miejsca na przycupnięcie /od dłuższego czasu obiecuję sobie generalne porządki/. A jednak może ciekawość spowodowała, że wleciał. Niestety, kłopoty pojawiły się, kiedy rozczarowany chciał wrócić na łono przyrody. Widziałem jego bezradne próby, kiedy odbijał się od szyb. Nawet zaplątał się w firanki. Widział ten swój świat tak blisko, a jednak nie mógł się doń przedostać. Na drodze stała mu szyba, która jednocześnie dawała mu nadzieję, że to tak niedaleko. Pewnie trochę się zmęczył tymi próbami I rozczarowaniami. Ale nie poddawał się. Doszedłem do wniosku, że nie będę prowadził specjalnych badań i szybko otworzę jak najszerzej okna, by znalazł drogę do swojej ojczyzny. Wyleciał.
Ile razy podobny jestem do tego motyla. Zabrnę gdzieś z ciekawości lub innego powodu. I bywa, że szybko widzę drogę powrotu. Ale nie wracam, bo coś stoi mi na przeszkodzie. Obijam się, walczę, bo widzę tylko swój sposób na wydostanie się z tej matni. Podejmuję kolejne próby, bo przecież mój świat jest tak blisko. Muszę tylko jeszcze bardziej chcieć i walczyć, bić głową w mur czy szybę. A może… trzeba się rozejrzeć. Pewnie Pan Bóg otworzył już szeroko inne wyjścia. Nie widzę ich, bo zajęty jestem pokonywaniem swojej szyby. Warto odpuścić sobie tę walkę, by zobaczyć wyjście.
Ps. Bezpiecznie jest pisać o zwierzętach /póki się nie trafi na fachowca/. Choć pewnie nie wiem co czuje dorosły miś polarny, kiedy przypomni sobie traumę z dzieciństwa, gdy marzły mu nóżki. Nie wiem też jak bardzo cierpi, słysząc dyskusje spierających się naukowców o ociepleniu klimatu. Czy patrzy z niepokojem w przyszłość, myśląc o tym, jak będzie wyglądał w brązowym futrze /białe będzie niepraktyczne, a może nawet passe/? Cóż…
Nie wiem dlaczego mi ten miś polarny stanął przed oczami. Podświadomość? Może to z gorąca, bo za oknem skwar. Ale… w końcu przecież to tylko pięć, sześć miesięcy i też mogę poczuć jak marznie mi nos. Już mi chłodniej.

Piękna kobieta

Najpierw dwa obrazki. Na ławce na rynku siedzi grupa młodzieży. Widać, że już otrzymali swoje świadectwa. W końcu jest piątkowe czerwcowe południe. Moją uwagę zwróciła dziewczyna z otwartą butelką piwa. Drugi obrazek zobaczyłem tego samego dnia. Najpierw dobiegł do moich uszu soczysty dialog, w którym nie brakowało słów ogólnie przyjętych za wulgarne, a potem zza sklepu wyłoniły się trzy młode kobiety, które to tak barwnie opisywały co się im ostatnio zdarzyło.
Nie jest żadnym odkryciem zjawisko, które nazywamy schamieniem czy wulgaryzacją naszego życia. Można by dorzucić, że to się dzieje nie tylko na podwórku, ale i na salonach /może niektórzy nie zauważyli, że to się może czymś różnić/. Pewnie należałby się przestać dziwić. Niemniej jeszcze porusza mnie obraz pijących publicznie i „rzucających mięsem” młodych dziewcząt /żeby było jasne, nie usprawiedliwiam też chłopaków./ Nie potrafię przejść nad tym do porządku dziennego. Z jednej strony w tym brudzie ginie piękno, które chciałoby się ujrzeć. Z drugiej mam świadomość, że w młodym wieku wyrabiają się szybko nawyki i przyzwyczajenia. Pewnie przesadą będzie tworzenie na potrzeby tego tekstu obrazu podchmielonej matki, która pochyla się nad swoim małym dzieckiem i mówi do niego podwórkową łaciną. Ale nie potrafię się oprzeć, by to sobie wyobrazić. Media co i rusz rzucają nam pikantne i często dramatyczne informacje o pijanej matce, która wiozła samochodem dzieci, czy w inny sposób naraziła je na niebezpieczeństwo. Można by takie sytuacje wrzucić do rubryki z napisem: „rodziny patologiczne”, „problemy alkoholizmu”, itp. Wtedy uspokojeni stwierdzimy, że jest to margines, którym powinno zająć się jakieś np. Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie /skądinąd pożyteczna instytucja/. Wydaje mi się, że coraz bardziej to odchylenie staje się normą, a otaczający ludzie mówią: taki jest dzisiaj świat, takie są dzisiaj młode kobiety. Czy naprawdę pozostaje tylko przyjąć to do wiadomości i wieszczyć koniec cywilizacji? A może, nie zgadzając się, warto jeszcze powalczyć. Zdaję sobie sprawę, że to pod prąd i przeciwko wolności jednostki. A jak jeszcze dorzucimy agresywne słowa o prawie do szczęścia /alkohol i wulgarność to bliscy agresji/ może się nam odechcieć stawać do konfrontacji. Pewnie potrzebna jest odwaga, cierpliwość i szukanie dobrej okazji, by trafić do serca tej pięknej dziewczyny. Dla Boga nie ma nic niemożliwego. A św. Paweł mówi: „wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia” /Flp 4,13/.
PS. Przy okazji polecam do wakacyjnego oglądania krótki film: www.youtube.com/watch?v=sFXIF548JHM

Przylgnięcie

Ten przydrożny krzyż zauważyłem dzięki drogowemu korkowi / nierzadko okazuje się, że także problemy mogą być jakąś dobrą okazją; z reguły są szansą rozwoju, ale to temat na inne rozważanie/. W jednym kawałku kamienia zawarto dwie postacie. Na krzyżu wisiał Jezus, a u Jego stóp przytulała się do krzyża Maryja. Postać Matki Bożej była tak wyrzeźbiona, iż miało się wrażenie jedności z krzyżem. Całą sobą Jej postać przylegała do krzyża.
Czymże jest miłość, jak nie przylgnięciem do osoby, którą się kocha? Bliskość pragnąca być jednością. W tej jedności można rozróżnić postacie, ale przylgnięcie jest całym sobą. Kłopoty sprawia nam nieraz różność materiału, który trzeba połączyć. Być może także lęk przez utraceniem własnej postaci i tego co ją tworzy. Może się okazać, że nas już nie widać, nie jesteśmy na pierwszym planie. Utrata siebie boli i przeszkadza w tej jedności. Mieszają się pragnienia i obawy. Chcemy i boimy się. Tak się dzieje w każdej miłości. A ona jest jedna. Ta do Boga, drugiego człowieka, samego siebie.
Niekiedy, komentując wizerunek Piety, czyli Maryi trzymającej na kolanach zdjętego z krzyża Jezusa, wraca się do wcześniejszego obrazu Matki, która tuli w swych ramionach swojego małego Synka. Patrząc na przydrożny krzyż, pomyślałem jeszcze o innym wyobrażeniu. Ta, która nosiła pod swym sercem Syna, pragnie przylgnąć do Niego całą sobą. Jedność ciała.
Ps. Kilka dni temu pod oknem zakrystii zauważyłem, ku mojemu zaskoczeniu, szczygła. Ostatni raz widziałem tego ptaka ze czterdzieści lat temu w klatce. Ładnie śpiewał. Widzę pewną nić łączącą tego ptaka i moje rozważania. Szczygieł symbolizuje w sztuce mękę Chrystusa. Jest ciekawy obraz Rafaela przedstawiający Madonnę z Dzieciątkiem Jezus i św. Janem Chrzcicielem. Układ postaci i ich gesty mają symboliczne znaczenie, zwiastujące przyszłe wydarzenia. Maria siedzi ma kamieniu i czule spogląda na św. Jana, obejmując go prawą ręką, w lewej trzyma otwarta księgę, będącą symbolem objawienia dokonanego za sprawą Jana Chrzciciela, rozpoznającego Mesjasza w postaci Jezusa. Mały Jezus stoi pomiędzy nogami matki, spogląda na szczygła trzymanego przez Jana i głaszcze go.

Regulaminy

Pojawiają się prawie na każdym kroku. Są krótkie i długie. Proste i zawiłe, pisane językiem prawniczym. Bywa, że trzeba je podpisać lub zaznaczyć, że się z nimi zapoznano. To, że dość szybko je akceptujemy wynika nie tyle z zaufania do drugiej strony /przedstawiającej nam regulamin/, ale raczej z braku czasu i kłopotów z przebrnięciem przez nieraz zawiłą terminologię. Być może to wszystko sprawia, że specjalnie nie przejmujemy się regulaminami. I wszystko jakoś się kręci. Moment krytyczny następuje, kiedy wydarza się coś złego i okazuje się, że ktoś /w tym regulaminie/ nas ostrzegał, czy podpowiadał co należy robić. Czujemy się skrzywdzeni podwójnie: przez konkretne zdarzenie i przez niemiłosierne prawo, które czarno na białym pokazuje nam konsekwencje. Mam wrażenie, że w mniejszości są ci, którzy powiedzą: moja wina, bo nie doczytałem. Najczęściej pretensje będą do wszystkich, tylko nie do siebie.
Te rozważania nie zrodziły się z problemów kredytobiorców /choć mogły/, ale z obserwacji prostego placu zabaw /niestety – bo chodzi o moje nerwy – mam go za oknem/. Zdarza mi się prowadzić ludzi do prostego /kilka punktów i rysunków – jakby ktoś nie umiał czytać/ regulaminu i tłumaczyć, że projektant urządzeń, przewidując ewentualne wypadki, podpowiada czego nie wolno robić. I pisze to w trosce o bezpieczeństwo, a nie by zabraniać przyjemności zabawy. Niestety… większość wie lepiej. Pewnie problem jest z wyobraźnią. I tu usprawiedliwiam dzieci, ale nie starszych. Może to znak dobroci Pana Boga, że jak na razie nic strasznego się nie wydarzyło, ale… może kiedyś to ucho od wiadra, w którym Opatrzność nosi cierpliwość się urwie. Wtedy to i Pan Bóg będzie oskarżany o to, że nie jest dobry Ojcem, a Anioł Stróż, że się zdrzemnął. Pewnego razu słyszałem takie powiedzenie, że gdy człowiek wyłącza zdrowy rozsądek i szacunek do prawa /np. drogowego/ to Anioł Stróż zwalnia się od odpowiedzialności /to z szacunku dla ludzkiej wolności/.
Kiedyś wydawało mi się, że mówienie dziesięciu przykazań w codziennym pacierzu jest niepotrzebnym klepaniem katechizmu. I tak może się zdarzyć, gdy ów pacierz nie jest modlitwą. Niemniej codzienne przypominanie sobie /ze świadomością/ Bożego regulaminu daje kolejną szansę, że nie zrobimy czegoś głupiego i bolesnego. Choć zdaję sobie sprawę, że od mówienia do działania bywa daleka droga.

Łyżka dziegciu w beczce miodu

Dobry film ostatnio widziałem /tak zaczynał się kiedyś skecz w radiowej „Powtórce z rozrywki”/. A momenty były? /tu padało każdorazowo pytanie z tego skeczu/. No właśnie… Mam wrażenie, że dziś każdy film, sztuka teatralna musi zawierać jakieś sceny czy dialogi nawiązujące do erotyki. I nie chodzi mi tu o nagość, ale przede wszystkim o tworzenie stereotypów. Tak jak w tym ostatnio obejrzanym filmie: życie uczniów /wygląda, że gimnazjalistów/ toczy się głównie wokół tego kto kogo „zaliczył”. Owszem tematem przewodnim jest coś innego, ważniejszego, głębszego. Mimo to jakoś dziwnie byłoby mi zapraszać na ten film młodzież /choć jestem przekonany, że wart jest obejrzenia/. Nie jestem staroświecki /tak mi się wydaje/ i zdaję sobie sprawę, czym karmi się młodzież /a może lepiej: czym jest karmiona/. Nie wydaje mi się jednak konieczne, by w dobrą sztukę z niezłym przesłaniem trzeba koniecznie wrzucić scenę u lekarza omawiającego z rodzicami bohaterki szczegółowe problemy dotyczące współżycia seksualnego. „Golizna” dobrze się sprzedaje i może dlatego trzeba ją dodawać do wszystkiego, by produkt „poszedł”. Pragnę też zauważyć, że tak jak tematyka erotyczna jest nieodłącznym dodatkiem do dzisiejszej kultury, tak w Kościele postrzegana jest ona jak tabu. Kwitowana jest uśmieszkiem i sprowadzana do grzechu. Jeśli ktoś wchodzi na te tereny, to z wypiekami na twarzy stąpa po polu minowym. Choć przecież jest to część naszego życia /tak nas Pan Bóg stworzył/. Ważne jest, by wiedzieć gdzie, z kim i w jaki sposób mówić o ważnych sprawach, które dotyczą więzi, bliskości czy wreszcie przekazywania życia. I tak dochodzimy do tego, że nie uciekniemy przed trudnymi tematami /choć niektórzy zaproponują wycinanie scen – bywa, że i to trzeba zrobić/. Istotne jest, by o nich rozmawiać, komentować, wyjaśniać. Słychać nieraz ubolewania na temat seksualnego wychowania młodzieży. I niektóre organizacje proponują instruktaż o zabezpieczeniu się przed konsekwencjami /to szeroki temat/. Ale wychowanie nie polega na szkoleniu. I mimo, że uważają, że się do tego nie nadają, najlepszymi nauczycielami są rodzice. Oni są sobie najbliżsi /mimo, że dzieci, dobijając się o swoją niezależność, sprawiają wrażenie, że oddalają się/, a przecież tu mowa o bliskości.
Nie wystarczy obejrzeć film. Trzeba jeszcze o nim porozmawiać. Bo cóż znaczy ta łyżka dziegciu? Szkoda miodu.

Bocian

Duży ptak. Mimo, że nie jest biało-czerwony i spędza dużo czasu na obczyźnie, uważany jest przez wielu za ważny element polskiego krajobrazu. Gości na różnych znaczkach i logach. Zwiastuje wiosnę i szczęście, choć niektórzy trochę się go obawiają, nie planując powiększenia rodziny. Nie należy oczekiwać arii w jego wykonaniu, raczej klekotu. Nie jest też wybredny w swoim żywieniu. Ostatnio zwrócił moją uwagę jego lot /miałem okazję przyjrzeć się dłużej/. Z racji swoich rozmiarów bocian stara się szybować, bo machanie dużymi skrzydłami pewnie nie należy do najlżejszych zadań. Jak wszystkie duże ptaki, próbuje wykorzystać prądy powietrza i zminimalizować wysiłek. Jego rozpiętość skrzydeł jest z jednej strony atutem, z drugiej wyzwaniem. Pomyślałem o tym locie boćka, bo uświadomiłem sobie, że trochę odnajduję w tym siebie. Gdy pomyślę o zadaniach, pracach, pomysłach itp. itd. to mam wrażenie, że trudno się macha skrzydłami, by się wznieść i lecieć dalej. Co może pomóc? Dobre prądy. Ciepłe prądy powietrzne. Trzeba je tylko odnajdywać i właściwie obrać pozycję lotu. Czym jest ten „mój” prąd powietrzny? Łaską. Bożym darem, który pozwoli wzlecieć. Często zapominam o tym. Boję się, że jak przestanę pracować skrzydłami to przepadnę. Bywa, że lękam się je za szeroko rozłożyć, bo co jak nie będzie Tego, który wznosi? Dotykam wiary i zaufania.
Ps. Kiedyś fascynowały mnie szybowce /nawet chyba nie przestały/. Tylko przyroda i umiejętności człowieka. I wcale nie chodzi o to, by na wszystko spojrzeć z góry… Choć przy okazji widać jak problemy człowieka stają się mniejsze.

Jak do nieba

Ostatnio na lekcji religii /edukacja wczesnoszkolna/ zastanawialiśmy się co trzeba robić, by dostać się do nieba. Najczęściej można było usłyszeć: być grzecznym. Ale dość szybko usłyszałem coś milszego moim uszom: trzeba kochać Pana Boga. No właśnie. Co jest ważniejsze? A może: co jest pierwsze? Wiara czy uczynki? Zdaję sobie sprawę, że temat stary jak świat chrześcijański. A bywało w historii, że mocno on rozgrzewał dyskusje uczniów Chrystusa. Zbawienie dokonuje się przez wiarę i to jest streszczenie całej Ewangelii, tej Dobrej Nowiny. Niemniej wiara bez uczynków jest martwa, jak czytamy w Liście św. Jakuba. To co mnie niepokoi i nieraz zasmuca to sprowadzanie chrześcijaństwa do dobrego zachowania. Bycie „wierzącym” /już w tym miejscu słychać, że coś nie pasuje/ to bycie człowiekiem przyzwoitym, który ma na swoim koncie dobre uczynki. W konsekwencji Kościół powinien realizować się przez działalność społeczną na rzecz bliźnich. Upraszczam, ale tak często można to usłyszeć nie tylko w kręgach niekatolickich. Może dlatego, że dekalog staje się ważniejszy niż wyznanie wiary. Dzieje się to już na etapie wychowania. Ale czy też wychowania chrześcijańskiego? To znaczy takiego, które prowadzi nas do czynienia dobra ze względu na Boga, na Jego miłość do nas i naszą do Niego. Może trzeba często powtarzać dzieciom: „Jesteś zawsze kochany przez Boga. On dla Ciebie zrobi wszystko, bo umarł z miłości do Ciebie. Jeśli robisz coś złego, to swoim złym postępowaniem zasmucasz Tego, który Cię kocha. I sam odsuwasz się od Niego i nieba.” Odnoszę wrażenie – poparte różnymi głosami – że może i mamy niezłą katechezę /głównie chodzi o ilość podręczników, godzin lekcji religii, ludzi zaangażowanych/, ale szwankuje ewangelizacja. Wielu wie jak postępować, ale w zmaganiu się z życiem /realizacją dobrych uczynków/ nie korzysta z tego co ma za darmo, z łaski pochodzącej z miłości Boga. „Uwierz w Pana Jezusa – powiedział św. Paweł strażnikowi – a będziesz zbawiony ty i twój dom”. To jest pierwsze, a wszystko inne ma z niego wypływać.

Czas po burzy

Lubię taki czas po burzy czy deszczu, kiedy pojawia się słońce. Najczęściej powietrze staje się takie czyste, słońce – tak się wydaje – świeci jaśniej. Przyroda, to co nas otacza, nabiera barw. Kolory są intensywniejsze i wszystko jest takie … żywsze. To wrażenie dotyka mnie szczególnie mocno, kiedy słońce ma już krótszą drogę do swojego zachodu. Zdaję sobie sprawę, że moja przyrodnicza obserwacja jest subiektywna. To tylko wrażenia. Niemniej ten obraz osobiście odnajduję w świecie relacji międzyosobowych. Piszę „międzyosobowych”, bo oprócz ludzi mam tu tez na myśli Boga /a według chrześcijańskiej nauki jest On Osobą/. W tych relacjach dochodzi niekiedy do sytuacji, które przypominają burze i różne wyładowania atmosferyczne. Deszczem bywa płacz. Kiedy to minie, w tych międzyosobowych relacjach pojawia się słońce i wszystko to, co napisałem na początku o przyrodzie. Kiedy obeschną łzy, opadną podniesione dłonie, krzyk przejdzie w zwykły ton, a serce uspokoi się i znowu zacznie pompować krew z normalnym ciśnieniem, człowiek odzyskuje spokój. Stan, w którym życie i ludzie wydają się barwniejsi. I tak jak zieleń uspokaja nasz wzrok, a co za tym idzie nasz umysł, tak słowa przeprosin, przebaczenie daje ulgę naszemu sercu /w tym przypadku serce to nasze „ja”, a nie tylko ”pompa”, jak mówią medycy/. Myślę, sobie, że przyroda nie lubi burz. Są takie niebezpieczne, ale muszą się pojawić. Podobnie i człowiek nie przepada za wyładowaniami w naszych relacjach, ale czy można przejść przez życie, nie doznając burz? Deszcz zmywa brud i nawadnia. Nasze łzy…
Bywa, że po deszczu, kiedy pojawia się słońce, ukazuje się nam na niebie tęcza. Meteorolodzy i fizycy nie mają problemu z wyjaśnieniem tego zjawiska. Ale dla mnie jest to piękny obraz tego, co trzeba zrobić po każdej kłótni i – choć brzmi to paradoksalnie – cichych dniach. Trzeba „przerzucić” łuk tęczy, który połączy i ukaże całą paletę barw tej naszej relacji czy związku. Warto się zachwycić na nowo.
P.S. Szkoda mi tęczy. To taki dobry, stary, piękny, biblijny znak. Dziś ryzykownie jest pisać o tęczy. Niestety, tak się dzieje z każdym znakiem, który ktoś zawłaszcza. Moje niszczy nasze.

Własne tempo

Na drodze zrobił się duży korek. Wypadek? Jakieś prace drogowe? Samochody posuwają się do przodu, ale niespiesznie. Dopiero po jakimś czasie znalazłem się w miejscu, w którym mogłem zobaczyć co się naprawdę dzieje. Na początku zatoru /nomen omen byłem blisko miejscowości o nazwie Zator/ widać było zaprzęg konny. Woźnica pospieszał konia, ale i tak prędkość była niewielka. Za nim jechało auto ze znakiem „Nauki Jazdy”. Kierowca raczej nie miał odwagi czy umiejętności, by spróbować na ruchliwej drodze wyprzedzić. Za nim podążał autobus z grupą dzieci /widać było ten szczególny znak na pojeździe/. Ten też miał kłopoty. Wreszcie toczył się samochód ciężarowy z naczepą /TIR/, który nie miał szans, by zerwać auto do wyprzedzania, wykorzystując okazję. Za nimi jeszcze wiele innych aut, które utknęły w tym korku. Wszyscy odetchnęli, kiedy woźnica zjechał w boczną drogę. Ten przydługi opis /pewnie już ktoś zasnął/ to nie tyle okazja, by ponarzekać na polskie wąskie drogi. To raczej pewien obraz /który zrodził się w mojej głowie/, że każdy z nas wędruje przez życie swoim tempem. Niekiedy trzeba poczekać na innych. Ci, którzy stoją nam na drodze /czasem tej do naszego szczęścia/, nie muszą być li tylko zawalidrogami. Bywa, że dają nam okazję, by troszkę zwolnić, pomyśleć, zauważyć innych. Wpatrzeni w cel do którego podążamy, zerkamy z niepokojem na zegarek, denerwując się, że czas /który jest często przeliczany na pieniądze/ ucieka nam, a my ciągle jesteśmy daleko. Przyspieszamy więc, podejmując niejednokrotnie ryzykowne decyzje. I złościmy się na tych, którzy przeszkadzają. Cel i czas zawężają nasze patrzenie i podnoszą cieśnienie. To nie służy naszemu zdrowiu. Fizycznemu, psychicznemu, duchowemu…
Kiedyś usłyszałem od emerytowanej nauczycielki, że gdyby na sukcesy swoich uczniów patrzyła tylko przez pryzmat realizowanych programów i zaliczanych testów, to pewnie zgubiłaby po drodze wielu swoich podopiecznych. Pędziłaby z tymi najlepszymi, a ci, którzy by nie dali rady, zostaliby sami z tyłu. Nie zgubić nikogo to dać każdemu czas, by posuwał się swoim tempem. To niełatwe. Ale ważne. Byle do przodu.

Czarodziejka czy czarownica

Jedna i druga w swojej działalności wykorzystują czary. Pierwsza stosuje je z reguły, by komuś pomóc. Druga – by zaszkodzić. /Choć zdaję sobie sprawę, że tak dzieląc upraszczam./ Czarodziejka kojarzy się pozytywnie i pewnie niejeden chciałby ją spotkać na swej drodze życia. Gorzej jest z czarownicą. Ta w historii raczej nie miała dobrej prasy. Jeśli jakaś kobieta zyskiwała przydomek czarownicy /często niesłusznie/, to kończyła żywot w odosobnieniu lub nawet na stosie. Dlaczego tak mi się zebrało na te rozważania? Bo ostatnio zauważyłem, że zmienia się ta optyka patrzenia. Czarodziejka – na szczęście – nie straciła swojego dobrego imienia. Czarownica natomiast staje się postacią, którą warto naśladować. To widać szczególnie w „przemyśle dziecięcym”. Literatura, filmy, zabawki, gadżety pokazują jak fajnie jest być czarownicą. Można rzucić na kogo urok, zaszkodzić komuś. Daleki jestem od szukania w tym spisku ciemnych mocy /choć tego nie można też wykluczyć/. Widzę raczej sposób na zarabianie pieniędzy. Taka promocja zła /bo ktoś kto drugiemu szkodzi nie jest przecież pozytywnym bohaterem/ szczególnie niszczy dzieci. One lubią baśnie i bajki. I to jest ich wspaniały świat. Niestety coraz częściej czarodziejka, która zamienia kopciuszka w piękną księżniczkę w balowej sukni, przegrywa z czarownicą, która ma zamiar przyrządzić potrawkę z Jasia i Małgosi. My, dorośli możemy się uśmiechnąć i pisać ze spokojem ołówkiem, na którym namalowana jest jakaś „High Monster” /sam kiedyś coś takiego dostałem jako gratis/. Inaczej rzecz się ma z dziećmi. One budują w głowach swój porządek i wartości. Uczą się co jest dobre i złe. I robią to sprawnie i bezwiednie. Uczą się od nas, z telewizji, Internetu, gadżetów, tego wszystkiego co je otacza. Może nieraz trzeba by wyłączyć telewizor. Na pewno zawsze warto z dzieckiem o tym rozmawiać. Ono często miesza rzeczywistość z fikcją. Ale jeśli karmić się będzie niezdrowymi potrawami czy wręcz trucizną, zachoruje. Problemem jest, kiedy małe dziecko moczy się w nocy ze strachu. Ale może być znacznie gorzej, kiedy czynienie zła stanie się sposobem działania. Bywa, że my dorośli trochę lekceważymy sobie tę dziecięcą fascynację czarownicą. Ale to dlatego, że zapominamy, że dzieci są dziećmi i inaczej wchłaniają to co do nich dociera. Ich osobowość i wszystko co jest z nią związane dopiero się kształtuje.
Ps. Zasłyszane i złośliwe. Dla dorosłych. Jaka jest różnica między czarodziejką a czarownicą? Jakieś 40 lat :-). /Mam nadzieję, że nikt się nie obraził/.