Akcja- reakcja

Jest taki piękny film „Pan od muzyki”, nakręcony dziesięć lat temu. Zawsze ile razy do niego wracam, wzruszam się tematem i muzyką. Mam wrażenie, że główną myślą filmu jest pytanie: jak wychowywać? To problem nie tylko w sierocińcu, choć pewnie tam zagęszczenie problemów i cierpienia małych ludzi jest największe. Różne są metody wychowawcze i różna jest ich skuteczność. Dyrektor filmowego sierocińca jest przekonany o jedynym słusznym sposobie oddziaływania na podopiecznych. A metoda ta jest krótko przez niego nazwana: akcja-reakcja. Skądinąd właściwe jest w miarę szybkie działanie, które uświadamia sprawcy problem. Im młodsi ludzie, tym krótszą mają pamięć /a wydawać by się mogło, że gorzej jest na starość/. Bywa, że konsekwencje wyciągane po niewczasie tracą swoją skuteczność wychowawczą, bo delikwent nie pamięta za co ponosi karę. Na filmie widać jednak, że metoda dyrektora jest nie tylko surowa, ale i nieprzynosząca korzyści /chyba z wyjątkiem satysfakcji władzy i upokorzenia winowajcy/. Może dlatego, że chodzi tu tylko o reakcję na akcję, a nie o dobro wychowanka. Nie ma tu też miejsca na refleksję, dobór metod do konkretnego dziecka, perspektywę dalszych działań.
Nie zamierzam prowadzić kącika filmowego. Ten film skojarzył mi się kilka dni po zebraniu z rodzicami. Przypatrując się dzieciom, dotarło do mnie podejrzenie, że być może metoda akcja-reakcja nie jest znowu tak rzadką metodą. I nie chodzi tu o brak serca czy brutalne metody /jak na filmie/. Nie, to nie o to chodzi. Raczej to obawa, że korzystając z tej metody, mamy poczucie, że zajęliśmy się problemem. Ale go nie rozwiązaliśmy.

Recepta i analogia

Jestem chory. Idę do lekarza. Bada mnie, stawia diagnozę. Pisze na recepcie nazwy leków i sposób ich przyjmowania. Potem wizyta w aptece. Teraz tylko zostało mi zastosowanie się do zaleceń lekarza. Proste, prawda? Ale niełatwe. I wiem to z własnego doświadczenia. Gdzieś tam w całym tym procesie, który świetnie brzmi w krótkich zdaniach, pojawiają się wątpliwości, nieuporządkowanie i nierzadko zwykłe lenistwo. Co ten lekarz może wiedzieć? A jeśli postawił złą diagnozę? Pomylił się, bo miał ciężki dzień, nie wysłuchał mnie i porządnie nie osłuchał. Zresztą poradzę sobie, mam mocny organizm. Nieraz już przecież przeżywałem podobną infekcję. Leki są drogie. A może lekarz ma jakiś układ z firmą farmaceutyczną /albo uległ kolejnej świetnej reklamie/ i dlatego przepisuje mi te leki. Co one pomogą? No dobra, kupiłem, ale nie mam cierpliwości, by się trzymać tych godzin i zaleceń. Z resztą już się czuję lepiej, po co mam sobie zatruwać organizm jakąś chemią. Przecież każdy lek ma jakieś działanie uboczne.
Jezus jest lekarzem. Moim.

Rozróżnianie głosów

Mówi się: do trzech razy sztuka. Tyle razy wstawał młody Samuel i biegł do swojego nauczyciela, Helego, myśląc, że to on go woła. Także dopiero za trzecim razem Heli spostrzegł się, że to może Bóg chce mówić do jego ucznia.
Ile razy do mnie mówi Bóg, a ja Go nie słyszę? A może tylko nie wiem, że to Bóg? Kiedyś dawno, dawno temu umiejętność rozpoznawania głosów w przyrodzie, odczytywania różnych zjawisk pozwalała człowiekowi nierzadko uratować życie. Dziś wystarczy GPS, smartfon z aplikacją… Wystarczy, choć najlepiej mieć przewodnika, szczególnie w okolicznościach, których nie da się przewidzieć, kiedy wszystko zmienia się często w oka mgnieniu, a zachodzące reakcje /szczególnie te międzyludzkie/ nie są do opisania żadnym sensownym algorytmem. Takie jest właśnie nasze życie. Stąd niektórzy gubią się i innych. Co prawda ukazuje się mnóstwo różnych rozmówek, słowników, tłumaczeń obcych języków, poradników, mowy ciała… Jednak nie dają nam pewności, że rozumiemy to co się dzieje, czy to co do nas ktoś mówi.
„Mów Panie, bo sługa Twój słucha” – to rada Helego dla Samuela. Dobry nauczyciel sam słucha i wie, że trzeba innych uczyć słuchania. Co dziś chce mi powiedzieć Bóg?

Gada, gada

W czasie okołoświątecznym, bodajże w „Wiadomościach” zobaczyłem krótką migawkę ze Wspólnoty Burego Misia. Dom na Kaszubach, gdzie żyją, pracują, modlą się sprawni z niepełnosprawnymi. W trakcie programu ksiądz mieszkający we Wspólnocie opowiadał m.in. o otwartości osób upośledzonych w wyrażaniu swoich opinii. Najbardziej podobało mi się stwierdzenie jednego chłopaka, któremu najwidoczniej dłużyło się kazanie księdza: „gada i gada, porzygać się można”. Może i nie brzmi to ładnie. Kiedy jednak pomyślę o tym jak nieraz mówię na ambonce, to chciałoby się powtórzyć za tym niepełnosprawnym… Tak łatwo uwierzyć w swoje zdolności, zapomnieć w czyim imieniu się przemawia. Bywa, że z rozpędu powie się za dużo i za mocno, tłukąc niemiłosiernie słowami. Chciałoby się szybko opublikować jakąś erratę.
Słowo padło… Zdarza się, że ich jest za wiele, bo tak łatwo przeciskają się przez usta. Leją się jak woda, zatapiając sens. Usypiają siedzących w ławkach i drażnią przestępujących z nogi na nogę. Czytane z kartki, dają kaznodziei poczucie bezpieczeństwa i nierzadko pozbawiają się życia. Mówione „z głowy” ryzykują odlotem.
A Pan Bóg próbuje się w nich zmieścić. I wystarczy mu oślica. Może być Balaama.

……………….

„Kiedy więc dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak obłudnicy czynią w synagogach i na ulicach, aby ich ludzie chwalili. Zaprawdę, powiadam wam: ci otrzymali już swoją nagrodę. Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie”/ Mt 6,2-4/.

Słodko-gorzki

W naszym kościele można poznać zbliżający się czas świąt po kolejkach do konfesjonału. Najpierw jest pracowita ostatnia niedziela przed świętami, a potem im bliżej, tym dłuższe kolejki. Apogeum następuje w wigilię /przed Wielkanocą w Wielką Sobotę/. Pewnie można by pozbyć się kolejek, nie siadając w tych dniach do konfesjonału. Ale… po to między innymi zostaliśmy wyświęceni, by pomagać w pojednaniu się z Bogiem. Widok garnących się tłumów winien cieszyć każdego, komu leży na sercu powrót człowieka do Boga. W tej beczce miodu jest jednak łyżka /a może więcej/ dziegciu. To sposób traktowania spowiedzi przez penitentów. Nierzadko można podejrzewać /wiem, że nieładnie/ chęć uspokojenia sumienia czy odbycia świątecznej praktyki. Pisałem już kiedyś o trudzie tłumaczenia w konfesjonale, o co tu chodzi. Jednak brak czasu i nastawienie penitentów często uniemożliwiają jakąś pomoc. Odnoszę wrażenie, że mogę jedynie temu choremu szybko opatrzyć rany podstawowym zestawem i w krótkich słowach – oceniając stan – zalecić dalsze leczenie. Zdaję sobie sprawę, że „pacjent” może mnie nie posłuchać i za niedługo zapadnie na jeszcze gorszą chorobę, ale co mam robić? Być może chory nie traktuje moich słów poważnie /wie lepiej/, a chorobę bagatelizuje /”daj mi księże coś, żeby tak nie bolało i bym mógł jakoś siąść do wigilii, przeżyć te święta”/. Kiepski jest stan wiedzy pacjentów o własnym zdrowiu, sposobach leczenia /szczątkowa wiedza z katechezy szkolnej/. A najbardziej dotkliwe jest przekonanie, że nic mi nie dolega. Nie można zapomnieć o tym, że wielu jest przekonanych jak się leczyć i nie zamierza nic zmieniać. Nie ukrywam, że dopada mnie nieraz pokusa, by odmówić pomocy lub tłumaczenia choroby. Ale czy mogę? W końcu mam pomagać w leczeniu. Dał mi tę pracę najlepszy Lekarz. I ja przy Nim jestem jedynie instrumentariuszem. Dlatego nie narzekam na dyżury /trochę ściemniam, ale to lepiej brzmi/, choć bywa, że trudno się dogadać z pacjentem. Czy jest jednak coś wspanialszego, niż dar życia i zdrowia? Życzę zdrowia…
Niech Bóg narodzi się w Twoim sercu i Domu. Gloria in excelsis Deo!

Let it be

To nie promocja Beatlesów, choć utwór napisany przez Paula Mccartneya podoba mi się. Doczytałem, że napisał go po tym, jak przyśniła mu się zmarła mama, Maria, która przyszła do niego i „mówiła mu słowa mądrości”. Dodam, że inny muzyk sławnego zespołu – Lennon – nienawidził „Let It Be”, gdyż twierdził, że piosenka ta ma zbyt religijny charakter. Czyżby w tym tekście słyszał historię z Ewangelii św. Łukasza? I tu dochodzimy do innej Marii, tej z Nazaretu. Bo Ona na koniec rozmowy z Bożym posłańcem powiedziała tak samo, jak mama Paula: let it be – niech się mi stanie /oby to się stało/. To były bardzo ważne słowa. Słowa otwierające na życie. Można różnie wyrażać tę zgodę na życie. Z rezygnacją… Z poddaniem… Z ochotą… Bywa, że nie rozumiemy o co chodzi w tej propozycji, którą słyszymy. Zdarza się, że nie jesteśmy w stanie przewidzieć jaka będzie cena naszej zgody. Ale można powiedzieć komuś: „tak”, jeśli mu ufamy, jesteśmy przekonani, że nas nie oszuka.
Często pewnie mówimy: „bądź wola Twoja, jako w niebie tak i na ziemi” w „Ojcze nasz”. Świadomie? Dobrowolnie?
P.S. W czasie łamania opłatkiem usłyszałem życzenie od pierwszoklasisty: aby ksiądz szedł prostą drogą do Pana Boga. Okazuje się, że nie tylko Jan Chrzciciel przypomina o prostowaniu dróg. Mam zadanie domowe. Na całe życie.

Dobre przesłania

Już kiedyś ktoś zauważył, że najlepiej sprzedają się złe wiadomości. Dlatego jest ich tak dużo w różnych mediach /także i w rozmowach/. Myślę, że nie mniej na świecie jest dobrych wieści, ale im trudno przebić się na pierwsze strony czy do głównego wydania. Podobnie dzieje się z opowiadaniem dłuższych historii i kręceniem filmów. Tym bardziej – tak uważam – trzeba podkreślać to, co niesie dobre wieści.
Ostatnio w ramach prezentu od św. Mikołaja dostaliśmy – w naszej Szkole na Kopcu – bilety do kina na „Wielką Szóstkę”. Film jest animowany i amerykański od Walta Disneya. No i można go obejrzeć w technologii 3D. Choć to wszystko nie jest najważniejsze. Nie będę opowiadał fabuły, by nie psuć dobrej zabawy tym, którzy zdecydują się ten film obejrzeć. Mimo, że na ekranie pojawia się fantastyczny i technologicznie rozwinięty świat, roboty, to najważniejsza jest braterska więź, grono przyjaciół. Bardzo mocno brzmi przesłanie, iż zemsta zaślepia, niszczy i nie rozwiązuje problemów. Usłyszałem od dzieci, że któreś z nich popłakało się, kiedy na ekranie jeden z bohaterów poświęcał swoje życie, by mógł żyć ten drugi. Ktoś powie: piękna i wzruszająca bajka. Jednak taki obraz – mam wielką nadzieję – zapada w serce. Niedaleko też prawdy o Bogu, który staje się człowiekiem i oddaje życie za nas. A to już nie jest film i bajka.
PS. Proszę o modlitwę za pewną 8-letnią Martę. Dziś dowiedziałem się, że rozpoznano u niej nowotwór. Rozpoczyna walkę i chemię.

Co ludzie powiedzą?

Ważne jest dobre imię i dbanie o nie. Dziś dość łatwo jest rzucić złe słowo, które przykryje szczelnie całego człowieka i zakryje to wszystko co zrobił. Odtąd ma tylko jedno imię. I najczęściej trudno jest wtedy przebić się z prawdą. Bywa, że dopiero czas – dla tych, którzy mają cierpliwość – ukazuje prawdziwe oblicze, intencje. Może dlatego tak dziś walczy się – jest to nieraz niejedna bitwa, a nawet wojna – do upadłego o swoje dobre imię, ale i niestety o złe dla przeciwnika. Kiedyś kanałem, którym płynęły informacje były spotkania i rozmowy. Teraz mamy nie tylko radio, telewizję, ale internet ze swoją szybkością przewyższającą nieraz zdolność do refleksji i zastanowienia się co się pisze /sam się na tym nieraz łapię/. Stąd pojawiają się ludzie pomagający /bywa, że i nie/ w dbaniu o dobry wizerunek. Pragnę dodać, że nie tylko można dbać o dobre imię człowieka, rodziny, ale i np. choćby miasta. Piszę to wszystko, bo dotarło do mnie – wobec wadowickich wyborów – prawie rozpaczliwie wołanie: co teraz o nas powiedzą? Pewnie warto o to pytać, ale nie sądzę, żeby – posługując się cytatem z filmu „Rozmowy kontrolowane” – robić z tego zagadnienia. A już na pewno nie najważniejsze. Przyznam, że kiedy usłyszałem to pytanie, to przed oczami pojawił się – nie wiem dlaczego, może pomogłaby w tym psychoanaliza – obraz młodej niezamężnej córki, która komunikuje swoim rodzicom, że spodziewa się dziecka. Co oni wtedy robią? Często pytają: co ludzie powiedzą? A potem… bywa różnie: pomoc w narodzinach i wychowaniu dziecka, szukanie w pośpiechu kandydata na męża, który nie umie liczyć do dziewięciu, wyrzucenie z domu, a bywa, że i namawianie do pozbawienia życia dziecka. Dodam, że ci rodzice nie są złymi ludźmi, chyba nawet chodzą regularnie do kościoła i przyjmują księdza po kolędzie. Niestety, głównym motywem ich działania staje się: co inni o nas powiedzą? Pytanie, które paraliżuje i odbiera niekiedy zdrowy rozsądek.
Można dalej snuć rozważania czy poszerzać obraz. Niestety, odnoszę wrażenie, że dziś nie opadły jeszcze emocje, a one nie są dobrym towarzyszem do stawiania właściwych ocen. Dostrzegłem tylko, że cała ta kampania wyborcza była brudna. Bardzo brudna.
PS. Wiem, że pisząc ten tekst wchodzę na cienki lód, ale niepokoi mnie to co widzę i słyszę.
Wbrew pozorom wybory to bliski temat dla księdza. To sprawa wiary: któremu kandydatowi wierzymy, że to co mówi jest prawdą, a obietnice będzie chciał zrealizować.

Teraz

Grecy w swojej mitologii mieli dwie postacie, które „zajmowały się” czasem. Jedną z nich był Chronos, starszy gość uważany za personifikację Czasu, który wszystko widzi, ujawnia i wyrównuje. Zwykle przedstawiany jako stary, mądry mężczyzna z długą, szarą brodą. Taki „ojciec czas” od godzin, dni tygodni. Drugi to Kairos od szczęśliwego zbiegu okoliczności, szczęśliwego momentu lub wręcz odwrotnie: niewykorzystanej szansy. Kairos był łysy /polubiłem go jak się o tym w odpowiednim czasie dowiedziałem/. Miał tylko długą grzywkę /tego mu zawsze zazdrościłem/. Ten, kogo mijał, miał jedynie krótką chwilę, mgnienie, by go uchwycić, a wraz z nim swoją szczęśliwą szansę. Kiedy Kairos minął, nikt już nie mógł go złapać. Dlaczego o nich piszę? A bo chronos i kairos pojawiają się w Nowym Testamencie, jako greckie słowa /wszak ta cześć Biblii jest napisana po grecku/ oznaczające czas.
Dziś w Ewangelii można było usłyszeć słowa Jezusa: „Uważajcie, czuwajcie, bo nie wiecie, kiedy czas ten nadejdzie”. I tu czas jest zapisany jako… kairos. Jezus mówi o tym szczególnym momencie, o tej chwili. Łatwo jest ją przegapić, bo lubimy śnić. O przeszłości i przyszłości. Teraz myślę o „potem” albo o „przedtem”. A Bóg chce się ze mną spotkać. Teraz. I zawsze. I na wieki wieków. Amen.