Maj

To chyba najpiękniejszy miesiąc w kalendarzu. Co prawda – tak niektórzy przesądni twierdzą – nie najszczęśliwszy do zawierania małżeństw, bo nie ma w nazwie miesiąca literki „r”.  Ale odkładam na bok te wszystkie gusła i wchodzę do parku. A tam ruch i gwar. To co skrzydlate fruwa w parach i pojedynczo. Śpiewa, nawołuje i kwili. Jedni znoszą, inni wysiadują, a są i tacy, których pociechy pojawiły się już na świecie. Dzieci szkolne co i rusz przynoszą mi nowiny o ptaszku, co pewnie wyleciał z gniazda i płacze po swojemu za mamą. Jeszcze inny malec pod wpływem strachu przed małymi obserwatorami przyrody zdobywa się na wysiłek i ze strachu – mimo wszystko – wzbija się w powietrze i ląduje na najbliższej gałęzi. Nie wiem ile jest ptaków w naszym parku i otoczeniu. Miałem ochotę – i jeszcze mi nie przeszła – by je policzyć, poopisywać, ponagrywać głosy. Lubię odkrywać nowe gniazda i pomysłowość budowniczych. Ostatnio w naszym wirydarzu zauważyłem małego ptaszka, który najpierw chwycił w dziób dużą słomkę, a kiedy okazała się za duża, wziął mniejszą i na raty wznosił się do trzeciego piętra. Tam, gdzieś pod rynną mościł sobie gniazdko. Z racji, że nad moim obecnym – po przeprowadzce – mieszkaniem jest teraz tylko dach, z rana budzi mnie nieregularne stukanie dziobów o blachę. Nie wiem czy chodzi o sprawdzanie jakości pokrycie /w sumie jest do wymiany/ czy też chęć nawiązania ze mną kontaktu. Już kiedyś pisałem o moim zazdrosnym spojrzeniu na ptaki, bo mam wrażenie, że im się chce, że są takie radosne i nie mają problemów. Pewnie to tylko moje złudzenie, a może jakieś zmęczenie materiału.

W parku jest zielono i kwitnąco. Wszystko takie świeże i nowe. Może warto się tym nie tylko zachwycić, ale i coś ponaśladować.

Za kilka dni I komunia w parku, przy ołtarzu polowym, gdzie modlimy się w czasie nabożeństw fatimskich /w naszym małym kościele trudno byłoby się zmieścić/. Oby tylko była ładna pogoda.

Komunijny szyk

Proszę się ustawić w pary – rzekła Pani Wychowawczyni klasy trzeciej. W szyk komunijny? – zapytał któryś z uczniów. Uśmiechnąłem się, kiedy usłyszałem o tym dialogu. Tym bardziej, że dzień wcześniej po raz pierwszy „przymierzyliśmy się” do „komunijnych ustawień” podczas tej szczególnej Mszy św. dla trzecioklasistów. Dziewczynki na prawo, chłopcy na lewo. Niżsi z przodu, wyżsi z tyłu. Biorąc pod uwagę fakt, że mamy dokładnie po połowie dziewczynek i chłopców, nie było to takie trudne. Ale już poruszanie się wymagało skupienia i uwagi. No i proszę: wczoraj pierwsze „rządki”, a dziś już pada: „szyk komunijny”. Pewnie to i dobrze, że dzieci są przejęte uroczystością. Mam nadzieję, że to ich nie sparaliżuje, ale zachęci do spokoju i uwagi. Bo rozproszeń może być mnóstwo. Przed, w trakcie… Zawsze w maju uruchamia się cała maszyneria w mediach i  w domach, która wylicza ile to trzeba wydać na prezenty, stroje, przyjęcia… Dyskutują dorośli, bo to oni mają kasę. Ale dzieci mają uszy i swój rozum. Świadomie napisałem: kasę, bo często ona staje się najważniejsza. Ona decyduje o szczęściu, choć w przypadku I komunii powinno być coś innego. A nawet Ktoś. Zdaję sobie sprawę, że nie zawrócimy Wisły i nie wyjedziemy na księżyc. Tutaj i za chwilę dziecko z bardzo konkretnej klasy i rodziny przyjmie po raz pierwszy Pana Jezusa. Nie mam wielkiego wpływu na cały szum, który potrafi porwać nawet najspokojniejszych i rozsądnych. Mogę przypominać, podpowiadać i… modlić się za te dzieci i rodziny. Wierzę, że kiedy człowiek zrobi swoje, a Pan Bóg tchnie swojego Ducha, to będzie tak jak ma być. Szykownie, bo to I komunia. Nie byle co.

Jedyni sprawiedliwi

Dziś dzięki szybkiemu przekazywaniu informacji i łatwemu dostępowi do Internetu można wysyłać w świat swoje przemyślenia i opinie /sam też z tego korzystam/. Pewnie zawsze byli tacy co wiedzieli „lepiej” od innych. I w ogóle byli lepsi /w swoim oczywiście mniemaniu/. Byli tez różni „wtajemniczeni” co to wiedzieli skąd i dokąd, i w ogóle… Mieli wyczulony węch i dobre oko. Szybko też potrafili postawić diagnozę: białe czy czarne, złe czy dobre. Tacy ludzie mówili, nauczali, bywało, że prowadzili innych. Zresztą historia naznaczona jest powstawaniem różnych grupek, które stawały się szybko sektami. A że historia toczy się kołem i mam wrażenie, iż przyspiesza, to dziś często napotykam na te same zjawiska i postawy. Może bym i nie zwracał na to większej uwagi, bo trzeba pozwolić – jak mówił Jezus – rosnąć do żniwa. Niestety, takich jedynych sprawiedliwych spotyka się na różnych katolickich /lub chcących aspirować do tego miana/ stronach internetowych. Boli mnie, kiedy atakują papieża, dzielą Kościół, księży… itd. Powołują się najczęściej na swoje źródła lub zręcznie korzystają z fragmentów tekstów, które mają przekonać czytelników do ich ortodoksyjności /przypomina mi się książka o szatanie sprzed ponad 25 lat, która miała zgodę władzy kościelnej –imprimatur-, ale do niemieckiego oryginału sprzed wojny/. Najczęściej posługują się epitetem i sugestią. Wszyscy, którzy nie podzielają ich poglądów to przeciwnicy Boga, a w najlepszym razie „pożyteczni idioci”.  Potrafią czytać miedzy wierszami treści, których autor nie miał nawet na myśli. Czepiają się słów i węszą zagrożenie. Często korzystają z różnych „znaków” i proroctw. I wiedzą… tak oni wiedzą…. Pewnie można by więcej o nich napisać… Ale nie chciałbym zamienić się z nimi miejscem i zacząć rzucać kamieniami w ich kierunku. Nie tędy droga, choć pokusa wymiany ciosów jest duża. Kiedyś nawet słyszałem taką „dobrą radę” co robić z „grzesznikami” i innymi „błądzącymi”: rozgrzeszyć i rozstrzelać. Prawda, jakie to proste.

Nie można zapominać o Ewangelii. Całej Ewangelii. Warto modlić się za nich i za siebie. W końcu wszyscy jesteśmy w ręku Boga. I tylko On wie.

Nie mieści się

Prawie przed chwilą miałem spotkanie z grupą z Przedszkola na Kopcu /dochodzę do nich przez park/. Nie ukrywam, że zawsze czuję przed sobą wyzwanie. Takie zajęcia wydają się prostym zadaniem, bo im mniejsze dzieci, tym mniejsze problemy. Ale te ich sprawy są dla nich wielkie. No i przede wszystkim chciałyby mi o tym opowiedzieć. Warto dodać, że nie zawsze sprawy te wiążą się z tematem, który chciałbym poruszyć, co trochę komplikuje te zajęcia. Otóż ostatnio przyniosłem im duży obraz /wisi u nas na korytarzu obok wejścia do zakrystii/ przedstawiający Jezusa Dobrego Pasterza w otoczeniu owiec. Liczyłem je z dziećmi. Mówiliśmy także o tej owieczce, którą Pasterz trzyma na swoich ramionach. Kiedy już zbierałem się do wyjścia i zamierzałem zabrać obraz do klasztoru, powiedziałem, żeby zachowali ten obraz w swojej głowie i sercu. No, nawet nieźle wybrnąłem – pomyślałem, bo dzieci liczyły, że go im zostawię. I wtedy usłyszałem: „ale mi się nie mieści” /ten obraz/. Przyznam, że lubię tę dosłowność dzieci. Bywa, że ona otwiera dorosłym – także mnie – oczy na sprawy, które wydają się „załatwione”. Mówimy, słuchamy, potakujemy, sprawiamy wrażenie, że rozumiemy, a potem … okazuje się, że to były tylko słowa, które od nas wyszły lub dotarły. Zdarza się – i to mówię także za siebie – że się nimi nawet zachwycamy. Ładnie powiedziane – mówimy. I… nieraz jest to wszystko co zostaje. Być może dlatego, że – jak zauważył to ten młody człowieczek – nie zmieściło się to w naszej głowie albo sercu. I nie chodzi tu o brak wyobraźni. Można ją mieć bardzo bujną. To raczej rozmiar naszego otwarcia się na słowo i rzeczywistość, która kryje się pod nim. Aperite portas…

Ps. Teraz po przeprowadzce /mojej i zwierząt/ mam za oknem wędrujące owieczki, oślicę Grację i mulicę Tulę.  Ładny widok w kwitnącym sadzie. Może trzeba by ponazywać te owce? Przecież pasterz zna swoje owce po imieniu… Dobry pasterz. Właśnie. Ehhhh…..

W tym samym miejscu

W ostatni poniedziałek miałem okazję odprawiać Mszę św. w Łapszach Niżnych, na Spiszu /byłem z klasą 2 na „zielonej szkole”/. Kiedy stałem przy ołtarzu w małym parafialnym kościółku, uświadomiłem sobie, że 75 lat temu stał w tym samym miejscu bł. ks. Józef Stanek, pallotyn. Pochodził z tej wsi, uczył się w gimnazjum na Kopcu, w Collegium Marianum, a następnie w seminarium w Ołtarzewie. Święcenia kapłańskie przyjął już w czasie wojny, w 1941 roku. Potem udało mu się przekroczyć granicę /Łapsze były pod słowacką okupacją/ i mimo trudności, odprawić jedną jedyną Mszę św. w parafii, w której dorastał. Wrócił do Warszawy, a kiedy wybuchło powstanie, służył żołnierzom i  ludności cywilnej jako kapelan i kapłan. Oddał swoje miejsce w łodzi, którą można było się przeprawić przez Wisłę i uratować życie. Został, a kiedy dopadli ich hitlerowcy, był męczony, a potem powieszony – jak mówią świadkowie – na stule. Oddał życie, był znakiem. Miał tylko 28 lat i 3 lata zaledwie służył jako ksiądz. Pomyślałem o nim, o sobie. Szukałem rzeczy, które nas łączą. Zmienił się wystrój kościoła parafialnego, wygląd wioski i wiele, wiele innych rzeczy. Tylko Bóg jest ten sam. I powołanie kapłańskie to samo, choć realizowane na swój niepowtarzalny sposób. Jak najlepiej wykorzystać ten czas, który mi dobry Bóg podarował? Jak odróżnić wśród rzeczy nieważnych i ważnych, sprawy najważniejsze? Jak przygotować się do egzaminu, który nie wiem kiedy będzie i jak będzie wyglądał? Wiele pytań i… brak odpowiedzi. Myślę sobie, że nie przypadkiem pojawiłem się w tym kościele właśnie teraz. Chciałbym dać sobie szansę na próbę odczytania tego znaku i osoby ks. Józefa. W końcu dzień wcześniej była Niedziela Dobrego Pasterza, a klerycy z naszego seminarium mówili na Kopcu o swoim powołaniu. Warto się rozglądać, bo Pan Bóg – mocno w to wierzę – daje swoje znaki. Jaki jest znak dla Ciebie?

Nowe nad stare

Stary chyba nie jestem. Zramolały chyba też nie. No, może trochę zrzędzę. Jakoś nie mogę przyzwyczaić się do szukania nowinek i zmian. Nie chodzi mi tu poprawę, szukanie czegoś lepszego. Myślę raczej o zmianie, bo tamto już jest stare, opatrzyło się czy osłuchało. Dajmy na to pieśni czy piosenki w kościele /nie przypadkiem rozróżniam te kategorie/. Bywa, że szuka się ciągle nowych, a stare kwituje się krótkim machnięciem ręką czy żachnięciem. Te nawet nie tak wiekowe i zapisywane słowami zrozumiałymi dla dzisiejszych Polaków /a może nie?…/ skreśla się z repertuaru, bo się znudziły. A poza tym są nowe. Przyznam, że sama nowość danego utworu mnie nie przekonuje. Bywa, że te nowe często nie mają tej głębi słów i muzyki. Nie odbieram szczerości i gorącego serca autorów. Niemniej jeśli to ma być publiczne i dla wszystkich, to może warto by szukać najlepszych i… powtarzać, powtarzać… Powtarzanie jest matką nauki, ale także drogą do pogłębienia tego co dobre i piękne. Już w pierwszych wiekach po zmartwychwstaniu Chrystusa (ok. IV w.) – pod wpływem św. Makarego Wielkiego i jego ucznia Ewagriusza z Pontu powstała modlitwa, w której powtarzano: „Panie Jezu Chryste, Synu Boży, zmiłuj się nade mną grzesznikiem”. Tylko tyle i aż tyle. Ktoś mógłby zauważyć, że to stare i może być dość nudne. Okazuje się jednak, że ta modlitwa Jezusowa /bo taką ma nazwę/ jest ciągle ważna dla wszystkich chrześcijan /coś nas może jednak połączyć/, a przede wszystkim prowadzi do życia w Bożej obecności i pokoju serca. Nie bez powodu nazywa się ją modlitwą serca lub modlitwą prostoty. Piękna jest ta zachęta Jezusa zamieszczona w Ewangelii według św. Mateusza: Dlatego każdy uczony w Piśmie, który stał się uczniem królestwa niebieskiego, podobny jest do ojca rodziny, który ze swego skarbca wydobywa rzeczy nowe i stare (13,52). Patrząc na wczoraj i dziś Kościoła, mamy potężny skarbiec pieśni, piosenek, tekstów, obrazów, itp. itd. Trzeba tylko umieć się z pokorą schylić i nie ulegać podszeptom, że tylko to co nowe jest piękne. Wobec gonitwy świata, który mówi, że modne jest tylko „dziś” warto za Horacym odważyć się być mądrym /sapere aude/.

Komunia, czyli być razem

Niedawno rozdawałem Pana Jezusa ukrytego w chlebie w naszej górnej kaplicy. Bardzo często „lądują” tam rodziny z małymi dziećmi. Bo – tak sobie myślę – mają tam mniej powodów do konfuzji z powodów nadpobudliwości ruchowej i „dźwiękowej” swoich pociech. Pewnie często ta ruchliwość jest w normie, a pytanie w stylu „mamo, kiedy się skończy?” nie świadczy o brakach w wychowaniu religijnym dzieci, ale o zwykłym znużeniu liturgią, która bywa „za trudna” nawet dla niektórych dorosłych /i tu kłania się potrzeba katechezy dorosłych, by wyjaśniać całe Boże misterium/. Warto też zaznaczyć, że w naszym kościele na Kopcu przyjęło się /i nie jesteśmy tu jacyś szczególni/, że do komunii podchodzą często rodzice z dziećmi, które jeszcze nie przyjmują Pana Jezusa pod postacią chleba. Otrzymują za to /choć to nie jesteś jakiś – przepraszam za określenie – „zamiennik”/ uczyniony przez księdza na czole krzyżyk. Chciałbym podkreślić, że w ten sposób dzieci też otrzymują Pana Jezusa, ale inaczej. Często widzę, że to jest dla nich bardzo ważne. Dla mnie, duszpasterza, bardzo cenne. Otóż, kiedy w tę niedzielę płynął strumień wiernych do komunii świętej, w pewnym momencie do młodej kobiety, która właśnie stanęła przede mną, podszedł mały chłopiec i chwycił ją za rękę. Dodam, że w kaplicy ten młody człowiek siedział z przodu, z innym chłopcem /może z dalszej rodziny/. Gdy podawałem tej kobiecie Pana Jezusa, to – myślę, że jej syn – trzymał mocno mamę za rękę. Chciał być razem – to było widać, bo – dodam – bywa, że dzieci podchodzą same /niestety, często dlatego, że rodzice nie mogą, nie chcą, czy… /. Pomyślałem sobie, jak komunia /słowo to pochodzi od łacińskiego communio, które oznacza wspólnotę, jedność, solidarność z kimś, wzajemną więź, oddanie, współudział i uczestnictwo w kimś lub czymś/ może się realizować. Bo tu mamy nie tylko wspólnotę z Bogiem, ale ludzką, konkretnie rodzinną. Piękny widok, ale i bardzo pouczający. Kiedyś usłyszałem takie zdanie, że komunia nie jest dla dzieci. Rozumiem, że dotyczy to przyjmowania Jezusa Eucharystycznego, ale w tym krótkim twierdzeniu, niestety, umyka prawda o jedności w Bogu i z Bogiem na innych płaszczyznach. Czy gorszych? – zapytam prowokacyjnie. Nie chcę umniejszać niewyobrażalnego daru Bożej łaski i miłości, które dają nam się pod postacią chleba i wina w Eucharystii. To przecież Jezus, ukrzyżowany i zmartwychwstały, który przychodzi do mnie. Ale On też przychodzi do wszystkich, którzy otwierają dla Niego serce, a są za mali lub „przeszkodzeni”, by Go przyjąć pod świętymi postaciami. I tu warto dodać, że nie należy szukać przeszkód, które są do pokonania. Miłość pragnie zawsze więcej. Czy ja robię więcej, by tego Boga przyjąć najlepiej jak potrafię?

Ps. Tekst napisałem przed przeczytaniem nowej adhortacji posynodalnej papieża Franciszka. Ucieszyłem się niewymownie, kiedy okazało się, że niedaleko jestem od ducha tego dokumentu.

Dobra energia

Jaki ten temat jest pojemny. Może być o ekologii w kontekście szukania lepszych źródeł energii albo o np. bioenergoterapii i zagrożeniach duchowych. Pewnie znalazłoby się jeszcze kilka możliwości. A ja bym chciał o tym, że ludzie potrafią dać życie lub je odebrać. Nie są bogami i nie tworzą życia. Raczej je przekazują lub nie. Wiem o czym chcę pisać, bo nie tak dawno dość mocno dotarło do mnie to doświadczenie. W pierwszym odruchu to tylko była rozmowa. Pewnie trudna, ale przecież idąc pod górę nie jest łatwo, a bywa, że trzeba jeszcze uważać na przeszkody. Jednak po tym spotkaniu czułem się jakby ktoś odciął mnie od zasilania. Wyłączono mi prąd. Siąść i… nawet nie płakać /nie ma powodu/. Raczej opuścić ręce, zwiesić głowę. Poczuć brak sensu /gdzieś zniknął/. Pusto, bardzo pusto… Już kiedyś coś podobnego przeżywałem…. Na szczęście niedługo potem /w międzyczasie pojawiały się różne dobre i złe małe sprawy/ odbyły się spotkania, po których poczułem, że można też dostać dawkę energii. I nie były to jakieś szczególne słowa np. otuchy. Nic w tym sensie… Myślę, że po prostu ktoś przekazuje energię albo ją zabiera. Piszę „przekazuje”, bo mam świadomość, że człowiek nie jest dawcą życia. Raczej służy jak przewód, przez który płynie prąd. Także nie wiem czy chciałbym wprowadzać rozróżnienie na dobrą i złą energię. Raczej na dawanie lub zabieranie energii, życia. Myślę także, że ważne jest to kto nam tę energię zabiera albo daje. To może powodować dłuższe lub krótsze dochodzenie do siebie, łapania drugiego życia, nowego oddechu.
PS. Zawsze jestem pod wrażeniem wiosennego życia naszego parku. Jeszcze drzewa nie zazieleniły się, a już trwają śpiewne koncerty przerywane miarowym stukaniem dzięcioła. I to bieganie za sobą i dla siebie. A przygotowanie gniazda? To są problemy. I radości… Nadzieja to nie tylko zielony kolor…

Miara

Przykładam miarę i często się mylę. Taka spowiedź w Wielkim Tygodniu. Mogłoby się wydawać, że w kolejce czekają wszyscy ci, którzy wcześniej nie mogli: kierowcy tirów, pracujący za granicą, którzy ściągnęli na święta do ojczystego domu, zapracowane kasjerki z supermarketów, kurierzy, itd. A jednak… A może garną się do spowiedzi ci, którzy robią to tylko z okazji świąt? Ciekawe jak wyglądałoby ich życie duchowe, gdyby nie dali rady na święta…? Z rozmów „pozakonfesjonałowych” wynika, że po rozgrzeszenie stoją ci, którzy muszą być na święta „doczyszczeni”. I jaką miarą zmierzyć to wszystko? Pewnie Bożą i miłosierną. Ale ja, człowiek, w swoim maleńkim rozumku nie zawsze o tym pamiętam. Mylę się, mówię za dużo, za mało, nie w porę… Wierzę mocno, że Pan Bóg ma swoje drogi i potrafi przemówić, uleczyć i „puścić wolno”. Wydał się w ludzkie ręce i dał się ukrzyżować… Nie bez powodu i nie na darmo.
W cichą Wielkopiątkową noc kątem oka widzę jak przed ukrytym w grobie Jezusem klęczy rodzina: mąż, dwie starsze córki, żona i najmłodsza córka. Nie wiem na pewno, domyślam się. I podnosi mnie to na duchu. Ale nie z poczucia, że z tą demograficzną zagładą nie jest wcale tak źle. To raczej radość, która ma odsunąć na bok smutek wszystkich niepełnych „już” albo „za chwilę” rodzin.
W Wielką Noc zapalamy szczególną świecę – paschał, symbol Chrystusa Zmartwychwstałego. Tylko On może rozjaśnić mroki naszych nocy. Tylko On może nam wskazać drogę, po której warto iść. Zbędne i złudne są wszystkie nasze życiowe zapałki. To nie my mamy światło. To On nam je daje. Na drogę. Do nieba. Po ziemi.

Kierunek patrzenia

Spojrzenie i… osąd. Myśli biegną i układają się w podejrzenie. Jeszcze gdzieś w głowie dobija się głos „obrońcy”, który mówi: to nie tak jak myślisz, to tylko pozory. Ale to co zobaczyłem boli, a jak boli to muszę znaleźć winowajcę. I nie we mnie, w tym drugim. O, gdyby jeszcze ten ból był tylko skurczem serca albo kilkoma łzami. Nie. To zamienia się w gniew, który zamyka szczelnie umysł na wątpliwości. Trzeba uważać, żeby w tych emocjach nie powiedzieć czegoś, czego będzie się za chwilę żałować. Lepiej odejść i zająć się czymś co odwróci wzrok i myśli. Kiedy miną ból i gniew, zrobi się miejsce na spokojny namysł. Teraz lepiej widać. Łatwiej też o podjęcie dobrej decyzji.
To co napisałem wyżej, to moje niedawne doświadczenie i refleksja.
Kiedy dziś spoglądam na postacie, które pojawiają się w ostatnich ziemskich chwilach Jezusa, dokonuję różnych ocen. Niektóre mi są podsuwane przez kaznodziejów i moje religijne wychowanie. Mam do nich prawo. Niemniej w gąszczu ludzi, którzy przyłożyli rękę, nie uczynili nic – lub niewiele – w obronie Niewinnego, nie mogę zgubić Tego najważniejszego – Jezusa. On jest tym, na którego chcę patrzeć. I On ze mną pragnie się spotkać. To z tego rodzi się relacja i moja wiara. Wszystko inne to tylko tło i zapis ewangeliczny, historyczny lub tradycyjny. Słyszę, że trzeba spojrzeć na siebie, na swoje grzechy /tak zresztą radzi płaczącym kobietom zdążający z krzyżem na Kalwarię Jezus/. Tylko jeśli na tym poprzestanę, grozi mi pokusa samozbawienia /”jak się bardziej postaram…”/ albo lakoniczne: „już taki jestem”. Jeśli mam gdzieś szukać życia, to właśnie u Tego, który to życie za mnie oddał.
PS. Z dziećmi z klasy trzeciej ułożyliśmy z klocków makietę Jerozolimy z czasów Jezusowej męki. Są też oznaczone ważne dla chrześcijańskich wydarzeń budynki i szlaki, po których w Wielki Czwartek i Piątek stąpał Jezus. Może będzie łatwiej nam iść za Jezusem Nazarejczykiem Królem Żydowskim, jak głosił m.in. po łacinie napis na krzyżu /INRI/.