Mniej więcej

Pewnie wielu już słyszało o modzie na „mniej”. Mniej mieć, mniej potrzebować do życia, zadowalać się tylko tym co najpotrzebniejsze. Myślę, że to taka odpowiedź na zalew produktów i nieustanną konsumpcję. Tak dużo jest rzeczy, które jawią się /głównie w reklamach/ jako niezbędne, tak wiele jest wrażeń, których trzeba doświadczyć, itp. itd., że właściwie brakuje nam nie tylko funduszy, ale przede wszystkim czasu, żeby to skonsumować. Przyznaję się bez bicia, że sam nieraz ulegam temu pędowi, głównie w dziedzinie posiadania i czytania książek /może nie jestem całkiem już „zepsuty”, ale mam wyrzuty sumienia/. Jako, że życie religijne i duchowe /warto to rozróżnić, bo wbrew pozorom nie musi to być tożsame/ dotyka tych samych ludzi, którzy ulegają lub nie modom, i w tych dziedzinach zauważam problem „posiadania”. Taki np. kościół może być pełny obrazów, figur i wszystkiego tego, co przyniosą wierni albo przygotuje im duszpasterz, by im się lepiej modliło. Nieraz zauważam, że w  niejednej świątyni w ciągu ostatnich kilkunastu lat przybyło więcej różnych ołtarzy, epitafiów itp. niż w całej jej – bywa, kilkuwiekowej – historii. Zdarzają się też kościoły /i nie myślę tu  o kościołach i zborach protestanckich, które z natury są oszczędne w wystroju/, swoiście puste i ubogie, ale jednocześnie bardzo czytelne i sprzyjające modlitwie. Nie chcę twierdzić, że brak czy wielość w przestrzeni kościelnej to lepiej czy gorzej. To sprawa naszych potrzeb, a one mogą być bardzo różne. I nie wyklucza to naszej relacji do tego samego Boga. W końcu On jest Ojcem wszystkich dzieci tej ziemi.

Podobnie jak z wystrojem kościołów sprawa się ma z ilością i rodzajami modlitw, które zanosimy do Boga. Jedni potrzebują pękatych książeczek z modlitwą na różne okazje i litaniami do wielu świętych. Innym /taka jak np. pustelnikom z pierwszych wieków chrześcijaństwa/ wystarcza jeden wers lub najwyżej kilka. Osobiście bardzo podoba mi się ta moda na „mniej” w Kościele. Uważam, że w ten sposób jest szansa na zwrócenie uwagi na to, co najważniejsze.  Bogactwo nie musi być w wielości, a nieraz staje się zwykłym zagracaniem przestrzeni /także  duchowej/.

W adwencie często słychać aramejskie wołanie: Marana tha. „Przyjdź Panie”. Mało to, czy dużo?

Szara mysz

Zajrzała do mnie w ostatnią niedzielę. Byłem tak zaskoczony, że w pierwszej chwili pomyślałem: jak to możliwe? Otóż kilka miesięcy temu – myśląc o ptakach, które muszą u nas zimować – postanowiłem zainstalować mały karmnik. Zakupiłem w sieci i umieściłem przy oknie. Trochę wisi, ale właściwie stoi na parapecie. Nie brakuje w nim ziarna. Mieszkam wysoko, na poddaszu, to prawie drugie piętro /zależy jak liczyć/. Może dlatego nie ma u mnie tłoku i rzadko widuję sikorki /a może jest jeszcze za ciepło/. Ale niedawno… spojrzałem znad biurka i … ujrzałem jak w uchylonym oknie zagląda do mnie mały pyszczek. Tak, tak, to była mysz. Mała i polna. A może kościelna? Na pewno była odważna, a nawet ciekawska. Mysz w karmniku?! Śmiem wątpić, że jej celem było poznanie mojego pokoiku /a może?/. To pewnie ziarno, zwykły głód i okazja do posilenia się zaprowadziły ją tak wysoko. Przywędrowała na poddasze i zajrzała przez okno… Już kiedyś wyznałem, że lubię zwierzęta. Małe i duże. Te, które wydają się pożyteczne i te, które traktuje się z lekceważeniem, a nawet tępi się. Wydaję mi się, że raczej nie jestem jakimś nawiedzonym obrońcą zwierząt. Nawet nie jestem wegetarianinem. W dzisiejszym świecie /jak ja „lubię” ten zwrot, który tak się rozgościł na ambonie/ tak została zaburzona równowaga w świecie przyrody, że ludzie próbują decydować o kształcie rzeczywistości. A skoro nie są Stwórcą i noszą ludzkie słabości, to ten świat wygląda tak, a nie inaczej. W tym obrazie przyrody znajduję też odniesienia do sytuacji człowieka i nie chodzi mi o fakt, że jesteśmy częścią przyrody. Tylko o konkretne obrazy. Ta szara mysz szukająca jedzenia… I proszę, odsuńmy tani sentymentalizm i wygodną puszkę na biednych, nieznanych /choć są potrzebne na jałmużnę, tak ważny element obok pokuty i postu/. Przyznaję się, że bardzo często nie wiem jak pomóc /nieraz mi się nie chce albo jestem zły, widząc zwykłe naciągactwo/, ale podobnymi obrazami /jak te odwiedziny myszy/ bronię się przed pokusą stworzenia na ziemi raju i ludzkiej sprawiedliwości społecznej. Dobrze, że dane mi jest je widzieć, bo mogę ciągle zadawać sobie pytania, czy nie zamykam oczu lub okna na innego. Tak, innego.

PS. Maksymalnie długi będzie w tym roku adwent. Oby to nie był dla nas tylko czas biegania po sklepach, kupowania prezentów, sprzątania domów. Chciałbym nie zapomnieć na Kogo czekam.

Odpowiedzialne słowo

Ludzie dziś statystycznie żyją dłużej. Słowa też. Podobnie jest z prędkościami przemieszczania się. W dobie internetu i różnych komunikatorów, słowa zapisane mkną z prędkością światła. Docierają nie tylko do tych, do których pisaliśmy, ale bywa, że do wielu innych, którzy gdzieś te nasze słowa znaleźli w sieci. Pomyśli się, zapisze … i już. Pofrunęło, ćwierknęło. Nie zdążyliśmy dołączyć komentarza, a już inni nas komentują i bywa, że mleko się rozlało. Jak tu posprzątać? Ta refleksja nie zrodziła się z jakichś moich ostatnich bolesnych doświadczeń. To raczej obserwacja innych. Bywa, że czytając pamiętniki czy dzienniki duchowe świętych czy wielkich ludzi, napotykamy na ich ciemne noce, wątpliwości w wierze, chwile słabości…itp. I zdarza się, że dziwimy się /mam przed oczami dziennik św. Matki Teresy z Kalkuty/, że nie można było zobaczyć tego co przeżywali. Tak świetnie grali, czy też włączali jakiś filtr, który miał nas uchronić przed nieszczęściem? Myślę o tym, gdy dziś czytam, że ktoś dzieli się swoimi wątpliwościami, pytaniami, a powinien /na to liczą niektórzy, słychać to w komentarzach/ tchnąć pewnością siebie, być jak fundament, ostoja. Zdaję sobie sprawę, że w tym chwiejnym świecie, w którym wartości i życie coraz mocniej się bujają jak w łodzi miotanej wiatrem, ludzie szukają dobrych sterników czy pewnych świateł latarni. Ale może warto trochę zrewidować te poszukiwania i  nie pokładać – jak mówi psalm – ufności w człowieku. To tylko trzcina kołysząca się na wietrze i pył, który zmiata historia. Trzeba szukać wyżej i może nawet nie dalej, bo On jest – jak sam mówi – blisko ciebie, w twoim sercu. Być może dzielenie się swoimi słabościami, zgorszy maluczkich. Ale jeśli to nie jest ostentacja czy prowokacja, to tylko może uzmysłowić, że jesteśmy ulepieni z jednej gliny i to Twórca, Rzeźbiarz, Garncarz jest najważniejszy. Nie zamierzam bronić tezy o pisaniu co nam w duszy gra i co ślina na język przyniesie. Warto /czynię to zawsze/ przeczytać zdania, które pragnie się przekazać innym. Znajoma, z którą nieraz wędrowałem po pielgrzymkowych szlakach, widząc moje wzburzenie /a bywały podbramkowe sytuacje i trudne osoby/ i mikrofon w ręku, mówiła: pomyśl co chcesz powiedzieć. Te słowa były jak szklanka /nie kubeł/ zimnej wody. Bywało, że trzeba było machnąć ręką na ludzką słabość albo spokojnie wytłumaczyć.

P.S. Ostatnio zauważyłem przez okno jak do gołębi /siedziały w wolierze i gołębniku/ przyleciały i weszły /tak mi się zadawało/ do środka wróble. Może na małą kawkę? :-) Nie ma to jak odwiedziny. To chyba było w niedzielę.

Śnieg w ognisku

Rzeczywiście pierwszy śnieg w tym roku zobaczyłem w ognisku, a dokładnie w Ognisku Miłości. To taka Wspólnota Życia powołana do istnienia przez Martę Robin. Tak jak paradoksalnie brzmi zwrot „śnieg w ognisku”, tak ktoś, znając życiorys Marty /trwa proces beatyfikacyjny/, może poczuć się dziwnie słysząc, że Marta założyła jakąś wspólnotę. Zdecydowaną większość swojego życia spędziła w ciemnym pokoju, leżąc w łóżku. Chora, cierpiąca, nosząca stygmaty. W jej cierpieniu Bóg złożył siłę dla innych. I nią posłużył się, by nieść życie i nadzieję innym. Ogniska Miłości mają być miejscami, w których ludzie doświadczą Bożej miłości. Właśnie tam podczas rekolekcji dowiedziałem się o śmierci znajomego jezuity. Bardzo dawno go nie widziałem, bo ja na południu, a on pod Warszawą. Większość czasu spędził na wózku inwalidzkim. Kiedy go poznałem miał tylko sprawną głowę /i korzystał z niej m.in. tłumacząc książki z języków obcych/. Pamiętam jak trzeba było właściwie spleść jego ręce, by mógł utrzymać w nich lufkę z papierosem /trochę palił/ i we właściwym czasie zbierać popiół. Kiedyś udało nam się go namówić na rekolekcje dla chorych na stwardnienie rozsiane w Magdalence. Niby miał mi pomagać /byłem tuż po święceniach kapłańskich?!!!/, bo sam nigdy wcześniej /tak się złożyło jego życie z postępującą chorobą/ nie prowadził rekolekcji. Ale szybko rolę się zmieniły i było ok. On odszedł po ostatniej Wielkanocy do Pana, a Joannę, która wtedy była modus vivendi całego stowarzyszenia chorych na SM i rekolekcji, Bóg po latach uzdrowił /jest karmelitanką bosą/. A ja patrzę, słucham i zbieram.

Bywamy jak ten śnieg, który pada do ogniska. Ogień go topi i zmienia stan skupienia. Jesteśmy w jednej postaci przez chwilę. Potem woda, para wodna. Nie widzimy tego naszymi oczami, trzeba mieć inne przyrządy. Ale jesteśmy. Dzięki Bogu.

Wyznanie Michasi

Kiedyś obiecałem tekst napisany przez zmarłą w lipcu Michasię. W tym tygodniu pochowaliśmy jej koleżankę z pokoju, także niepełnosprawną do dziecka, Elę. Znałem obie 30 lat. A oto część wyznań Michasi.

„Jako mała dziewczynka zachorowałam na reumatoidalne zapalenie stawów. Mimo pobytu w wielu szpitalach i szybkiej odpowiedniej diagnozie, choroba postępowała, powodując ogromne zmiany stawowe i ograniczenia fizyczne. W wieku 18 lat zostałam skierowana na leczenie i rehabilitację do Domu Sue Ryder w Konstancinie – Oddział Instytutu Reumatologicznego. Wtedy byłam załamana płacząca, nie mogłam zaakceptować pogarszającego się stanu zdrowia. Tutaj poznałam grupę osób chorujących na tą samą chorobę o rożnym stopniu zaawansowania oraz oddanych ludzi, którzy leczyli, rehabilitowali i służyli pomocą. Kontakty i rozmowy z ludźmi stopniowo pomagały mi przezwyciężać fizyczne ograniczenia. Zaczęłam myśleć inaczej i dążyć do czegoś w życiu. Zapragnęłam ukończyć szkołę, zdobyć kwalifikacje – po prostu zająć się czymś pożytecznym, co daje satysfakcję i pozwala osiągnąć cokolwiek, gdyż nic nie miałam – ani średniej szkoły, (przerwane technikum rachunkowości) ani renty. W Domu Sue Ryder zorganizowano nam liceum ogólnokształcące, które ukończyłam egzaminem dojrzałości. Jednocześnie dążyłam, aby korzystać z możliwości nauki kroju i szycia. Chociaż ręce były już bardzo zniekształcone, cieszyłam się z każdej uszytej przez siebie rzeczy. Zdobyłam „czeladnika” z krawiectwa damskiego. Bardzo chciałam studiować, ale dojazdy na wykłady były niemożliwe. I tak z ogromnym trudem poruszałam się w domu bez barier, który został zbudowany przez Lady Ryder (Angielkę) specjalnie dla nas – chorych na reumatyzm. Moja oraz koleżanek wdzięczność i miłość do Pani Ryder były zachętą do nauczenia się języka angielskiego, więc zaczęłam uczyć się angielskiego. Wiedziałam, że jest on potrzebny, aby rozmawiać z Lady Ryder podczas jej wizyt w naszym Domu. Po latach nauki i regularnych kontaktach z Lady Ryder i z Paniami z Brytyjskiej Ambasady w Polsce przystąpiłam do egzaminu FCE przy British  Council w Warszawie. Otrzymałam dyplom z bardzo dobrym wynikiem.

Chciałam być niezależna – między innymi – finansowo, dlatego dążyłam, aby wypracować sobie rentę. Było to możliwe, bo w Domu Sue Ryder założono Zakład Pracy Chronionej. Zostałam tu zatrudniona na pół etatu. Dzięki własnemu uporowi, wytrwałości i wewnętrznej mobilizacji po latach pracy otrzymałam najniższą rentę – stałe finansowe zabezpieczenie. Twierdzę, że był to ogromny obowiązek i wysiłek, ale wtedy właśnie uczyłam się cierpliwości, wyrzeczenia i determinacji do pokonywania wszelkich trudności.

Szczęśliwie, że od 1993 roku mamy w Domu kaplicę, która powstała dzięki staraniom Fundatorki – Lady Ryder. Była ona osobą głębokiej wiary i bezgranicznej miłości. Tej wiary i miłości uczyła nas. Nigdy nie afiszowała się swoją wiarą, ale jej stosunek do Kościoła i miłość do ludzi były przykładem do naśladowania. Sama wiedziała, jakie znaczenie odgrywa modlitwa w życiu człowieka, dlatego dążyła, aby w każdym Fundacyjnym domu znajdowała się kaplica.             Teraz my modlimy się tam wspólnie lub osobiście, składając Bogu swoje troski, bóle, żale, a także radości dnia codziennego. A modlitwa, adoracja przed Najświętszym Sakramentem – bardzo mnie umacnia, dodaje otuchy w walce z cierpieniem i problemami związanymi z życiem. A nade wszystko pozwala mi pozytywnie patrzeć przed siebie w przyszłość. Żyję Bogiem.

Czuje się odpowiedzialna za naszą kaplicę, za ludzi, więc staram się organizować niedzielne czy świąteczne msze święte, gdyż nie ma tu stałego kapelana. Ogromna to radość i zadowolenie. Codziennie wieczorem zbieramy się wspólnie i prowadzę wtedy modlitwę różańcową. Odmawiamy też Koronkę do Miłosierdzia Bożego. W zależności od pory roku – rozważamy Drogę Krzyżową, śpiewamy „Gorzkie żale” i organizuję inne modlitewne spotkania.

Dzięki łasce Bożej uchwyciłam się mocno Eucharystii i staram się poznawać Chrystusa przez czytanie Jego Słowa. To pozwala mi odkrywać piękno życia z Bogiem mimo postępującej choroby i cierpienia. Czuję się blisko Boga i wiem, że On dodaje mi odwagę, abym nie poddawała się i umiała przyjąć cierpienie. Swoje ograniczenia, ból łączę z cierpieniem Chrystusa, ofiarując je Wszechmocnemu Bogu w tak różnych swoich i polecanych mi intencjach.

Choroba, cierpienie i trudne doświadczenia życia dużo mnie nauczyły i jeszcze bardziej zbliżyły do Boga. One sprawiły, że jakby szybciej dojrzewałam i uczyłam się innego spojrzenia na rzeczywistość. Rzeczy, ludzie, Bóg nabrały innej wartości w moim życiu. Wierzę w Boga – On po prostu jest dla mnie Najważniejszy – i nikt tego nie zmieni. Jest moją Miłością i Siłą. Pomaga mi, gdy się do Niego zwrócę i nie wątpię w Niego. Z głębi serca dziękuję Bogu za całe moje życie i za każdy kolejny, darowany dzień.

Moja choroba przez cały czas jest bardzo aktywna i pomimo intensywnego leczenia farmakologicznego i operacyjnego proces chorobowy trwa. Korzystam z wózka inwalidzkiego. Przy łóżku, chociaż z ogromną trudnością poruszam się drobnymi kroczkami (dzięki Bogu). Byłam wielokrotnie operowana (12 razy) na wszystkich stawach. Natomiast zaawansowana osteoporoza całego organizmu, upadki, wypadek samochodowy spowodowały, że jestem zakwalifikowana do reoperacji obu stóp i wymiany endoprotez biodrowych. Ogromne zniekształcenie i osłabienie kończyn górnych i dolnych powoduje, że potrzebuję ciągłej pomocy osób drugich we wszystkich codziennych czynnościach.

W 2004 roku przeszłam bardzo poważną i skomplikowana operację guza mózgu. Natychmiastowa interwencja neurochirurgiczna, pomoc i troska lekarzy sprawiły, że żyję. Szczęśliwie okazało się, że nowotwór jest niezłośliwy (jak długo -?). W wyniku tej operacji mam porażony słuch i uszkodzony nerw oczny – to wszystko nic w porównaniu z wiecznością.

Przez wiele lat choroby uczę się od innych koleżanek akceptować ją i przyjmować swoją bezradność i niepełnosprawność. Sama nic nie byłabym w stanie zrobić ani osiągnąć, ale ukochana Lady Ryder i wielu przyjaznych i wrażliwych ludzi, którzy z oddaniem i poświeceniem służyli i nadal nam służą, sprawiło, że jestem optymistycznie nastawiona do życia. Moją pogodę ducha, radość serca, zainteresowanie sprawami innych i światem umacnia wiara, że nie może być zniszczony Dom, w którym przynosi się pomoc, miłość, dobro, nadzieję oraz nadaje sens i wartość człowiekowi.

Ogromne znaczenie dla mnie mają kontakty z ludźmi chorymi, z przebywającymi na leczeniu, zaprzyjaźnionymi osobami z terenu oraz z bliższych i dalszych okolic. Szczególną wagę przywiązuję do kontaktów z młodzieżą i dziećmi przyjaciół, personelu i znajomych. Służę im pomocą w angielskim, tłumacząc gramatyczne formy, zasady oraz pogłębiając ich znajomość języka lub też przygotowując do egzaminów. Przebywanie z nimi napełnia mnie nowa siłą, radością i młodością.  Obserwując młodych, którzy pozostają w regularnych kontaktach ze mną, uczą się wrażliwości, na czyjeś nieszczęście, potrzeby i niepełnosprawność. Chętnie służą gotowością pomocy i zrobienia choćby czegoś najmniejszego, aby mi ulżyć, zrobić przyjemność i przynieść radość. Okazuje się, że jest w tym obopólna korzyść, niosąca wzajemną przysługę i wsparcie.

Pożerana rybka

Niektórzy mówią, że auto upodabnia się do właściciela. Ale to nie jest działanie auta. Raczej człowiek wybiera model „pod siebie”, potem go wyposaża, dba lub nie dba o niego. Tak samo jest z tym co się namaluje, napisze czy przyklei na karoserii. Pomysłowość nie zna granic. Choć są pewnie granice smaku, to dziś ludzie potrafią je bezkrytycznie przekraczać. Niekiedy to, co jest na aucie pełni funkcje informacyjne dla innych użytkowników dróg. Kiedyś częściej można było spotkać auta oznakowane zielonym liściem, które podpowiadało, że mamy do czynienia z niedoświadczonym kierowcą. Pamiętam takie złośliwe twierdzenie: z przodu liść, z tyłu liść, a w środku głąb. W pewnym momencie zaczęły się pojawiać na samochodach rybki i nie dlatego, że w ten sposób chcieli wyróżnić się wędkarze. Ryba, stary znak, którym rozpoznawali się pierwsi chrześcijanie. To akrostych, czyli słowo, które można utworzyć z pierwszych liter wyrazów w zdaniu. Ichthys (ΙΧΘΥΣ) składa się ze starogreckich słów: Jezus Chrystus Boga Syna Zbawiciel (https://pl.wikipedia.org/wiki/Ichthys). Wystarczyło narysować rybę i chrześcijanie wiedzieli z kim mają do czynienia. To był ważny komunikat, szczególnie w czasie prześladowań. Przypomniały mi się one niedawno, bo dostrzegłem w czasie różnych wędrówek pojazdy, na których ktoś przylepił rekina próbującego pożreć rybkę. Nie wiem czy ten obrazek jest dosłowny /rekiny żywią się mniejszymi rybami/, czy też należałoby doszukiwać się ukrytego znaczenia. Ten wizerunek ma oznaczać czasy, w których żyjemy, prześladowanie chrześcijan? A może właściciel auta, chce oznajmić wszem i wobec, że jest chrześcijanożercą? Wieje grozą i smutkiem. Nie wiem, nie miałem okazji wymienić zdań z kierowcami tychże aut. Gdzieś w mojej głowie zakiełkowała jednak myśl, że być może ten rekin pożerający rybkę jest tylko próbą dowcipnej dopowiedzi do rybek, które się pojawiły na samochodach. Mam taką nadzieję.

Nauczycielu dobry…

Mignął nam Dzień Nauczyciela. Patrzę na ten zawód, powołanie /*niepotrzebne skreślić/ z różnych stron. Pracuję jako nauczyciel /mam zajęcia  nie tylko z religii/, zatrudniam nauczycieli, niekiedy miewałem spotkania czy rekolekcje dla tej szczególnej grupy zawodowej. Praca z człowiekiem – zwłaszcza młodym – może być fascynująca. Szczególnie, kiedy obserwuje się zmiany. Ale jednocześnie jest wyzwaniem. Bo każdy jest inny. I nawet mając skończone studia i kursy, doświadczenie i wypracowane metody, nie można czuć się zbyt pewnym siebie. Z młodym człowiekiem do szkoły wkracza całe jego otoczenie, rodzina, podwórko, to co ogląda i czego słucha. I – żeby było bardziej ciekawie – co roku pojawiają się nowe zmienne, jak zmienia się świat, który nas otacza. Wkraczają w jego i nasze życie treści, urządzenia techniczne, które uczą pokory i każą ciągle się uczyć. Zmienia się język, którym się porozumiewamy /mimo, że np. jest to język polski, to ktoś pyta: „czy mnie rozumiesz?”/ i sposoby komunikacji. Choć myślę, że to co jest gdzieś tam najgłębiej, nie zmienia się. Mam nadzieję, że człowiek, tak jak kiedyś, i dziś potrzebuję akceptacji, miłości, pragnie poznawać.

Jeśli coś mnie niepokoi w szkolnictwie, to poczucie, że status nauczyciela nieustannie się obniża. I nie chodzi mi tu o stawianie pomników. Raczej obniżanie autorytetu, który jest bardzo potrzebny w prowadzeniu innych. Jeśli rodzice na wpisaną w dzienniczku uwagę o złym zachowaniu reagują przy dziecku słowami: „I co ci ona /tu bywa, że następują epitety/ znowu wpisała? Pewnie nie radzi sobie z sobą i teraz się na tobie wyładowuje”, to pokazują, że stoją po stronie dziecka, ale nie po stronie szukania prawdy i dobra tego dziecka. Burzenie autorytetów jest dość łatwe i wygodne, ale najczęściej prowadzi do anarchii. A stąd już niedaleko to bezradności, pustki i rezygnacji. Szkoła i dom – jeśli tylko chcą pomóc w rozwoju ucznia – muszą współpracować, a nie niszczyć się.

Człowiek z reguły chodzi na dwóch nogach. Dlatego często powtarzam, że w szkołach trzeba tak samo dbać o kształcenie, jak i o wychowanie. Są ludzie z głową, ale bez serca. Bywają z sercem, ale bez głowy. Mądry i dobry. Nie tylko uczeń. Nauczyciel też.

Profesjonalista

Minąłem dziś na ulicy kilku rowerzystów. Starsi panowie. Ubrani w kolarskie stroje. Jak zdążyłem zauważyć, nieźle wyekwipowani. Profesjonaliści, zawodowcy – pomyślałem odruchowo. Pewnie, jak byli młodzi, brali udział w niejednym wyścigu, nie z jednego bidonu pili wodę i złapali niejedną gumę w swoim życiu. Ale, ale… w tej chwili stanął mi przed oczami dobrze wyposażony sklep sportowy /nie zdradzę nazwy, by nie uprawiać kryptoreklamy/. Przecież w takim miejscu mogę zaopatrzyć się we wszystko, by wyglądać jak zawodowy kolarz. Potrzebna jest tylko odpowiednia kasa, fantazja i pragnienie. Wszedłem jak amator, wyjeżdżam jak profesjonalista. Czy ktoś może mnie rozpoznać? Pewnie fachowiec od kolarstwa może dostrzeże fałsz, ale póki nie muszę kręcić kilometrów… Mogę przez chwilę poczuć się lepszym niż jestem. Mogę innych trochę nabrać. Takie przeistoczenie z amatora w profesjonalistę dziś możliwe jest bardzo często. Jak ktoś wydrukuje sobie odpowiednie wizytówki, ma pewność siebie i „gadane” to szybko znajdzie nie tylko przebranie /fachowe/, ale i ludzi, którzy uwierzą w tę zewnętrzność.

Czy tak samo jest życiu duchowym? Po czym to poznać? Po ilości wizyt w kościele? Odmawianych modlitwach /ilość i rodzaje/? Przeczytanych mądrych książkach o duchowości? Przynależności do odpowiedniej grupy religijnej czy wspólnoty? Stroju duchownym? … Ludzkie oko jest zawodne, a nasze miary ludzkie i nieraz nawet bezbożne. To Bóg patrzy w nasze serce i to On jest naszym najlepszym recenzentem. Patrzy z miłością, bo jesteśmy Jego stworzeniami. Ukochanymi.

Nieraz dobrze jest się przebrać, by się poczuć inaczej. Byleby nie trwało to za długo i nie było na poważnie, bo można zakłamać siebie. Ubranie i przebranie to dwie różne sprawy, choć leżą na jednej półce. Biorąc pod uwagę biblijne strony /symbolikę/ to przebranie leży po lewej.

Służyć sobie

Ostatnio za mną „chodzi” pewna parafraza słów Jezusa. Może i brzmi dziwnie, ale jest w niej logika. Smutna, lecz niestety prawdziwa: Wszystko co uczyniliście sobie, sobie uczyniliście. Tak bym inaczej odczytał słowa Jezusa: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” /Mt 25, 40/. Zdaję sobie sprawę, że to Jezusowe stwierdzenie jest zaproszeniem, wezwaniem. Mieści się w nim jednocześnie nagroda. Bo kto usłuży temu najmniejszemu, spotka się z Jezusem. Nieraz mam wrażenie, że ludzie bardzo by chcieli się spotkać z Bogiem /nawet żalą się, że tyle spraw im tym przeszkadza/. I właściwie w tej służbie drugiemu, można znaleźć Niewidzialnego. Przecież zapewnia nas, że Jemu służymy. Wiem, że trudno dopatrzeć się nieraz Jezusowego oblicza w drugim człowieku. Jak piszę te słowa, to przypominają mi się wykrzywione, niemiłe twarze ludzi z obrazów Goi. A jednak Jezus nie daje nam możliwości, która mogłaby wyłączyć jakąś grupę z tej naszej służby. Owszem, warto przypominać o tym, że mamy być mądrzy i roztropni /dla mnie swego rodzaju żyjącą obok mistrzynią w pomocy ubogim jest Siostra Chmielewska/. Ale ci „najmniejsi” to nie tylko ubodzy czy chorzy. Służąc tylko sobie, tracimy okazję, by spotkać Jezusa. I właściwie odbieramy już naszą nagrodę /jak w historii o bogaczu i łazarzu/. Nic nie zostaje nam na koncie na naszym niebieskim funduszu emerytalnym /wiem, że ten termin dziś w Polsce jest zdewaluowany/. Ale nie wybiegałbym aż tak daleko. Dobrze byłoby spotkać Jezusa dziś. Bo „dziś” jest ważne dla nas. Przez to „teraz” wchodzimy do wieczności. Zresztą w Bożym czasie jeden dzień jest jak tysiąc.

Argument

Rozmowy i dyskusje nie należą do łatwych rzeczy /no chyba że o pogodzie albo gdy dyskutanci mają takie samo zdanie/. Kiedy pojawia się konfrontacja, wymiana zdań, to okazuje się, że  argumenty to nie wszystko. Zdarza się, że dyskutanci rozprawiają – jak to głosi stare porzekadło – „jedni o chlebie, drudzy o niebie”. Trudno wtedy o jakieś porozumienie, czy nawet sensowną wymianę myśli. Wygląda to raczej na monologi osób, które przypadkiem znalazły się obok siebie i coś tam mówią. Łączy je przestrzeń i wspólny czas. Być może mylę się (dziś coraz mniej jest spraw oczywistych) twierdząc, że punktem wyjścia dyskusji winna być chęć porozumienia się, by być dobrze zrozumianym. Dopiero później idą argumenty, które mają przekonać do mojej racji. Właśnie, argumenty. Mam z tym nieraz niemały problem. Rozmawiam z kimś, kto – na moje oko – uznaje głównie argumenty z nauk przyrodniczych czy ekonomicznych, a tymczasem ten ktoś sięga do filozofii czy religii. Np. dyskutujemy o sprawach materialnych, kosztach, amortyzacji, a rozmówca zaczyna cytować mi Jezusa czy jakiś fragment Biblii /bywa, że dość opacznie zrozumiany/. I odwrotnie: rozmawiam z osobą duchowną, mówimy o ewangelizacji i słyszę, że u podstaw leży przede wszystkim rachunek ekonomiczny. Nie przeczę, że sfery ducha i materii, religii i ekonomii się przecinają, łączą i zazębiają. Moją trudnością jest znalezienie wspólnej płaszczyzny dyskusji, wspólnego języka. Może to wynika z mojego błędu co do osoby /pozory i nie tylko one mylą/ i przesadnych oczekiwań. Pocieszeniem zawsze są rozmowy z dziećmi. Tam najczęściej jest wszystko proste, nawet jeśli życie dziecka jest skomplikowane. Jak ostatnio usłyszałem tłumaczenie pięciolatka: „Wie ksiądz, spóźniłem się do szkoły, bo musiałem dośnić sen. Gdybym się wcześniej obudził to bym go zapomniał”. Proste i jasne, choć zabawne.